Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

ŁKS grając tak, jak z Legią się nie utrzyma. Zabrakło im kluczowego piłkarza

ŁKS przegrał swój pierwszy mecz po wznowieniu rywalizacji w Ekstraklasie. Uległ 1:3 Legii Warszawa na wyjeździe i zagrał mecz bez środka. Najlepiej wypadł w nim najmniej doceniany, a najbardziej potrzebny zawodnik łodzian. Zawiedli za to dwaj piłkarze, którzy mieli zastąpić Daniego Ramireza. Jego brak był w grze ostatniej drużyny ligowych rozgrywek widoczny od pierwszej do ostatniej minuty. Grając tak, jak z Legią, zespół Kazimierza Moskala nie utrzyma się w Ekstraklasie.

Wynik 3:1 to i tak najmniejszy wymiar kary, jaki Legia mogła wymierzyć ŁKS-owi w niedzielnym meczu na Łazienkowskiej. Co najmniej dwa gole więcej na koncie powinien mieć Jose Kante, a kilka innych piłek w drodze do bramki zatrzymał Arkadiusz Malarz. To nie znaczy jednak, że łodzianie zagrali tragiczny mecz. Co więcej, nie zagrali także w tak złym stylu, jak jesienią, czy początkiem wiosny. Ale ani przez minutę nie byli lepsi od Legii, nawet w momencie gdy obejmowali prowadzenie. Nowy ŁKS grający przez resztę sezonu tak, jak w Warszawie nie potrafiłby się utrzymać w Ekstraklasie.

Zobacz wideo

Bez środka pola i wyraźnie bez Ramireza

Pierwsza połowa w wykonaniu ŁKS-u na Łazienkowskiej to coś, czego w ŁKS-ie nie było nawet w przypadku tych najgorszych meczów w trakcie kolejek przed zimową przerwą. Rozgrywanie piłki przez środek pola, nawet jeśli nieskuteczne zawsze było obecne w drużynie Kazimierza Moskala. Tutaj po prostu go nie było, albo pojawiało się tylko, gdy było wymuszone przez dobre przesuwanie się legionistów. Formalnie ŁKS zagrał na trzech pomocników, ale w praktyce przez tę strefę przemieszcza się zawsze pięciu graczy. W Warszawie tworzyli ją debiutujący Sajdak, młody Trąbka, doświadczony Piątek, oswojony z drużyną, choć nie etatowy zawodnik składu łodzian Guimaraes i zaskoczenie w wyjściowej „11” - Wolski.

Największa odpowiedzialność ciążyła na dwóch nazwiskach. Maciej Wolski miał wspierać skrzydło, które zazwyczaj obsadzał w łódzkiej drużynie Dani Ramirez, a jego rolę na pozycji numer 8 częściowo przejął Ricardo „Guima” Guimaraes. Zimą Hiszpan odszedł do Lecha Poznań i pozostawił w środku pola ŁKS-u dziurę widoczną od pierwszej do ostatniej minuty pierwszego meczu po zimowej przerwie. Jedyny moment, gdy obaj zawodnicy, na których barki spadła ogromna odpowiedzialność zastąpienia Ramireza, wyraźnie podołali zadaniu to wejście w drugie 45 minut. Wtedy ŁKS był agresywny w odbiorze piłki i wyprowadzaniu kontr. Wiedział, czego chciał i udowodnił to trochę szczęśliwym golem. Zawodnicy Moskala nie byli wtedy lepsi od Legii, ale stanowili realne zagrożenie, które wcześniej mogli sobie tylko wyobrażać. Podobnie jak po 65. minucie, gdy kompletnie przygaśli.

Zadecydował wyrównujący gol w stylu Milika z Niemcami

- Kluczowym momentem nie był wcale karny po ręce Janka Sobocińskiego, a gol wyrównujący Legii, który padł za łatwo. Muszę sprawdzić, co tam dokładnie się wydarzyło – mówił po meczu Legia-ŁKS trener gości, Kazimierz Moskal. W 70. minucie akcję przeprowadziło dwóch dopiero wprowadzonych na boisko zawodników Legii. Valeriane Gvillia dostał za dużo miejsca od piłkarzy drużyny z Łodzi i dośrodkował piłkę w pole karne idealnie na głowę pozostawionego bez krycia Macieja Rosołka, który tyłem głowy pokonał wyskakującego do strzału Arkadiusza Malarza. Bramka niemalże skopiowana z meczu Polska – Niemcy z 2014 roku, gdy w taki sposób Manuela Neuera na Stadionie Narodowym pokonywał duet Łukasz Piszczek – Arkadiusz Milik.

Po tej bramce ŁKS na boisku zniknął. Stał się tą samą drużyną, która próbowała grać z Legią w pierwszej połowie, tylko o wiele mniej przekonaną, że to się może zakończyć pozytywnym rezultatem. A to duża różnica, zwłaszcza jeśli parę minut później traci się utrzymującego skupienie w defensywie Macieja Dąbrowskiego. Zawodnik zszedł z boiska ze stłuczonym mięśniem czworogłowym uda, a zmienił go Jan Sobociński. Jego błędy – ręka w polu karnym, a potem zasłonięcie strzału Jose Kante bramkarzowi, w dużej mierze przyczyniły się do tego, że ŁKS stracił szansę na dobry wynik. O wiele bardziej winić należy jednak zawodników linii pomocy, którzy nie przecinali piłek swobodnie rozrzucanych przez Legię na połowie łodzian.

Bohater drugoplanowy

Największym wygranym meczu po stronie ŁKS-u był Łukasz Piątek, który strzelił jedynego gola dla gości. - Bardziej niż z bramki cieszyłbym się mimo wszystko choćby z jednego punktu – przyznawał po meczu. - Nie takiej gry od siebie oczekiwaliśmy, ale nadal wierzymy w utrzymanie. Gdybyśmy nie mieli tego w głowach, nie byłoby sensu wychodzić na kolejne mecze. A spotkaniem z Legią niczego sobie nie przekreśliliśmy – zapewniał wychowanek Polonii. Jak mówił bramka na Łazienkowskiej to tylko dodatkowy smaczek. Wszystko przykryła gorycz kolejnej porażki.

Piątek był najlepszy także, jeśli spojrzeć na statystyki. Najwięcej celnych podań po stronie ŁKS-u, tylko dwie straty piłki – najmniej spośród zawodników grających pełne 90 minut i dwa kluczowe podania, które mieli na koncie poza nim jeszcze tylko Trąbka i Grzesik. Tego drugiego należy wyróżnić także za wiele wygranych pojedynków, co wśród gości było rzadkością. Piątek od wielu miesięcy pełni w ŁKS-ie dwie funkcje. Jeśli Kazimierz Moskal nie stawiał obok niego Dragoljuba Srnicia, pomocnik był jedynym zawodnikiem tej strefy, który zabezpieczał pole karne. Jednocześnie jego charakterystyka gry każe mu czasem zapędzać się do ofensywy i przez to często rywale dostawali dużo wolnego miejsca na wysokości, w której zazwyczaj operował Piątek. W Warszawie było kilka momentów, kiedy przekonała się o tym obrona „Rycerzy Wiosny”, ale także ten jeden w 53. minucie, gdy szeroko mógł się uśmiechnąć praktycznie najbardziej doświadczony zawodnik łodzian. I jednocześnie najbardziej niedoceniany, choć bardzo potrzebny, żeby wszystko funkcjonowało lepiej niż w niedzielę.

Mecz z Legią nie skreśla szans ŁKS-u, choć pozostają ostatnią drużyną tabeli Ekstraklasy ze stratą sześciu punktów do wyprzedzającej ich Wisły Kraków. W tej sytuacji nie pomogłoby powtarzanie takich meczów, jak z Legią. Gra łodzian przy chęci utrzymania się w lidze musi się poprawić. Potrzeba uwidocznić linię pomocy, unikać kolejnych błędów w defensywie i wykorzystywać nadarzające szanse. To proste środki, ale momentami właśnie ich najbardziej brakuje zespołowi Moskala.