Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Waldemar Fornalik mówi, jak naprawić ekstraklasę. "Nikt nas nie słucha"

- Chciałbym normalnej ligi. To, co wypracujesz w sezonie, masz na końcu. A dziś kumulacja meczów może wszystko zmienić - mówi w wywiadzie dla Sport.pl Waldemar Fornalik, trener mistrzów Polski, Piasta Gliwice.

Tomasz Włodarczyk: W piątek wraca ekstraklasa. Podczas zimowej przerwy obserwowaliśmy exodus czołowych piłkarzy z ligi. Czy da się tu jeszcze kogoś zatrzymać?

Waldemar Fornalik: Życie pokazuje, że raczej nie. To tylko kwestia ceny. Jeżeli za młodego zawodnika na stole pojawiają się duże pieniądze, sprawa jest raczej przesądzona. To nie tylko kwestia podejścia klubu, ale także drugiej strony – piłkarza i jego doradców. Trudno się oprzeć decyzji o wyjeździe z Polski, jeśli pensja poważnie szybuje w górę. Oczywiście, możemy starać się przekonywać podopiecznego. Stawiać na swoim. Zatrzymywać, gdy zawodnik ma pół roku kontraktu. W praktyce to jednak bez sensu. Mamy mało argumentów. Szkoda, że najlepszych nie sprzedajemy z większym zyskiem. Krzysztof Piątek wyjechał do Włoch i po pół roku kosztował prawie dziesięć razy więcej niż wyjeżdżając z Polski.

Zobacz wideo

Bo został zweryfikowany na mocniejszym rynku.

Zgoda. Trudno polemizować z tą tezą. Mimo wszystko wyszedł w pełni z naszego szkolenia. Został dobrze poprowadzony. Podjął dobrą decyzję o pozostaniu dłużej w Polsce. Wyjechał za granicę, gdy naprawdę czuł, że jest gotowy. Jego transfer z Zagłębia Lubin, jak na nasze warunki stabilnego i zamożnego klubu, do Cracovii był niespodzianką. Z perspektywy czasu okazał się słuszną drogą. To powinna być podpowiedź dla młodych. Nie rzucać się na pierwszą okazję. Przemyśleć sprawy. Wielu daje się uwieść pierwszej dużej ofercie. A potem szybko tonie w nowej rzeczywistości. Dlaczego za rok, gdy zawodnik popracuje dłużej i zdobędzie więcej doświadczenia, nie miałby kosztować i zarabiać kilka razy więcej?

U nas często działa zasada: "Sprzedajemy/wyjeżdżamy teraz. Drugiej okazji może nie być. Po co ryzykować?'.

Niestety. Wiele siedzi w głowie zawodnika. Jeśli on sam widzi, że jeszcze nie do końca wszystko dobrze funkcjonuje i ma przekonanie, że może się rozwinąć, a przede wszystkim zdobyć praktykę grając regularnie, powinien zostać w kraju. Pół roku czy rok go nie zbawi. Może wyjechać jako bardziej kompletny zawodnik. Dać sobie większą szansę na sukces. Może będę niepopularny w swoim działaniu, ale staram się walczyć o młodych. Tłumaczyć. Ale druga strona musi mieć otwarty umysł. Nie starać się brać wszystkiego wielkimi garściami. Na "tu i teraz".

Udaje się?

Jest ciężko. Wiele szkód wyrządza najbliższe otoczenie. Nie mam zamiaru wymieniać nazwisk, ale niektórzy agenci zupełnie nie planują ścieżki kariery swoich zawodników. Wręcz wymuszają zmianę klubu, bo pojawiła się lepsza oferta, a co za tym idzie zarobek. Zawodnikowi wydaje się, że łapie pana Boga za nogi, ale nie ma w tym długofalowego planu. Głębszej analizy, czy miejsce w którym znajdzie się piłkarz będzie dla niego dobre. Jakie ma warunki do treningu i szansę gry. Jaki może stamtąd zrobić kolejny krok. Wiele ruchów transferowych jest wręcz beznadziejnych. Bezsensownych. Umówmy się, wyjazd Arka Milika w wieku 18 lat do Bundesligi to za wysokie progi. Nie da się przeskoczyć z pierwszego poziomu na dziesiąty. Bez żadnej stacji pośredniej. Stracił czas, w którym mógł spokojnie grać w Polsce. Zawieruszył się i dopiero odbudował w Ajaksie Amsterdam. Inny przykład – Bartek Kapustka. Zastanówmy się... Czy naprawdę mógł poradzić sobie w Premier League? Rachunek prawdopodobieństwa podpowie, że to raczej nie mogło się udać. Czy nie lepiej było wysłać go np. do Holandii? Podobnie Szymon Żurkowski rzucony na bardzo głęboką wodę.

Jest pan zaskoczony liczbą transferów wychodzących?

Trudno, żebym nie był. Jestem zły. Chciałbym pracować i rywalizować z najlepszymi. Nie chcę umniejszać piłkarzom przychodzącym do naszej ligi, ale też jednocześnie mydlić czytelnikom oczu. Piłkarze trafiający do ekstraklasy to często jedna wielka niewiadoma. Wydaje się, że mają sensowne CV. Statystyki się zgadzają. Ale gdy trafiają do nowej kultury, nie radzą sobie. Nasza liga jest nisko w rankingu UEFA. Przegrywamy na zewnątrz. Natomiast poziom nie jest jeszcze taki zły. Rozgrywki są wyrównane i dla wielu obcokrajowców to wciąż za wysokie progi.

Ich sprowadzanie to działanie na polu minowym? Pan raczej ostrożnie dobiera zawodników.

Oczywiście, że chciałbym wzmocnień, ale myśli pan, że na kogoś działa dziś formułka "Piast Gliwice – mistrz Polski"? Nie. Idzie tam, gdzie zapłacą mu większą pensję. Taka jest rzeczywistość. Piast po wywalczeniu tytułu nie został obsypany złotem. Musimy poruszać się według określonego budżetu, a to oznacza ostrożność. Nie możemy przeciągnąć struny. Jeśli w jednym miejscu wydamy więcej, w innym będzie mniej. Wiem, że jak kilka klubów walczy o jakiegoś piłkarza, to on jest dobry. Pytanie, czy nas na niego stać. Dlatego wolę spojrzeć w stronę takiego, którego nie widzi nikt lub nie dostrzega pełni jego potencjału. Który pasuje konkretnie pod mój zespół. Dlatego ciągle szukamy. Staramy się ściągać graczy według własnych kryteriów. To nie jest proste, ale w ten sposób wygraliśmy ligę. Nie przez pieniądze, nie przez szeroką kadrę, a systematyczną pracę – także wytężone poszukiwania piłkarzy. Wypracowaliśmy model i chcemy się go trzymać. Jakiś dziennikarz powiedział przed startem eliminacji Ligi Mistrzów, że Piast powinien się zadłużyć, żeby wejść do fazy grupowej. Gdyby jeszcze z pożyczką dawali gwarancję takiego awansu.

W ciągu trzech okienek transferowych nasze kluby zarobiły blisko 70 milionów euro. Dużo.

A ile wydały?

Siedemnaście.

No to mamy odpowiedź, dlaczego jest tak źle. Jakość kosztuje. Nie da się porównać samochodu za 150 tysięcy do tego za 50 tysięcy i być zadowolonym, że jeździ tak samo. Może w wewnętrznym wyścigu zajmę tę samą lokatę, ale na torze międzynarodowym strata będzie jedynie się powiększać. To czysta logika. Przecież u nas transfer na poziomie miliona euro to wciąż święto. Dlaczego mamy się porównywać do zespołów operujących na zupełnie innych budżetach? Ciągle krytykuje się trenerów, ale warto spojrzeć też na inne strony tej piłkarskiej układanki. Mało mówimy o zarządzaniu, o bazie treningowej, która mocno kuleje, choć w wielu miejscach na szczęście się poprawia. Jednak jej generalny standard wciąż pozostawia wiele do życzenia. Ministerstwo Sportu też stara się pomóc. Ale to wciąż za mało. Liczę, że uda się zrobić jeszcze kilka kroków naprzód. Dopóki nie staniemy się konkurencyjni na rynku transferowym czy w proponowaniu zawodnikowi odpowiednich kontraktów, taki Joel Valencia będzie nie do zatrzymania. Na zewnątrz nie mamy szans.

Pieniądze ze sprzedaży zawodników są całkiem duże. Dlaczego nie wracają na rynek?

Nie wiem. To pytanie nie do mnie.

Zbigniew Boniek mówił ostatnio na łamach "Przeglądu Sportowego", że ekstraklasie brakuje flagowych klubów. Takich, które łatwo wygrywałyby ligę, miały finansową i sportową przewagę nad resztą. Wreszcie w ten sposób mogły rywalizować w Europie.

Zgoda. Jednak jest jeszcze problem kalendarza. Jego wytężonego początku. Proszę zauważyć, że gdy już dostawaliśmy się do fazy grupowej Ligi Mistrzów czy Ligi Europy, potrafiliśmy rywalizować. Robiły to Legia czy Lech. Nie pomaga kształt ligi i jej terminarz.

Dlaczego?

Rok temu Legii przełożono jeden mecz ligowy w związku z el. Ligi Europy. Od razu było widać efekty. Zespół odpoczął i wyglądał lepiej. Wielu uważa, że granie spotkań co trzy dni tuż po przepracowanym okresie przygotowawczym, na samym starcie rozgrywek, to coś normalnego. Nic bardziej mylnego. Później można się do tego dostosować. Jednak na początku sezonu, gdy dla polskiego zespołu występującego w eliminacjach to kluczowy moment, sami stwarzamy mu przeszkody.

Co by pan poprawił?

Wydłużył letni okres przygotowawczy. Musi być odpowiednia relacja między odpoczynkiem a treningiem. W roku kalendarzowym Bundesliga odpoczywa dłużej od ekstraklasy (od ostatniego meczu Bayern Monachium w Bundeslidze 2018/19 do pierwszego 2019/20 minęło 90 dni – przyp. red.). A przecież klimat mamy niemal identyczny. Kto w takim razie robi coś źle? Gdybyśmy mieli pięć tygodni na pracę, a nawet w międzyczasie musieli zagrać już w pierwszej rundzie eliminacyjnej, ale jeszcze nie w lidze, jesteśmy w stanie zdziałać coś więcej. W przeciwnym razie będziemy się męczyć, bo nie da się tak wydrenować organizmu. Zmniejszenie liczby kolejek pozwoliłoby inaczej ułożyć kalendarz. Ale u nas najbardziej liczą się słupki. Co z tego, że Ekstraklasa pochwali się kilkoma milionami więcej, skoro w globalnej skali, po rozłożeniu na kilka klubów, to żadne wzmocnienie budżetu. A ucieka nam i wielki futbol, i wielka kasa z UEFA.

Weszliśmy na drugi gorący temat przerwy zimowej. Zmiana formatu ekstraklasy.

Jestem za ligą 18-zespołową. Od 2013 roku mamy ESA-37 i nic to nie zmieniło. Patrząc na nasze występy w Europie poziom wręcz się pogorszył. Nie kupuję argumentu, że dwa dodatkowe zespoły cokolwiek zabiorą innym. Naprawdę mamy się bić o milion lub dwa, czy powinniśmy skupić się nad podniesieniem naszych szans na regularne uczestnictwo w poważnej piłce? Chciałbym normalnej ligi. To co wypracujesz w sezonie, masz na końcu. A dziś kumulacja meczów może wszystko zmienić. Ktoś zapyta, czy Piast nie skorzystał na rundzie finałowej i nie wygrał mistrzostwa? Skorzystał. Takie mamy reguły. Jasne dla wszystkich. Ale dla mnie normalne to nie jest. Grajmy każdy z każdym, w systemie mecz-rewanż, a potem rozdawajmy nagrody. Liga może będzie spokojniejsza, ale dzięki temu też można inaczej budować drużyny. Inaczej planować. Najważniejsze, że zyskalibyśmy cenne trzy terminy. Należałoby wtedy korzystnie ułożyć kalendarz, aby w maksymalny sposób pomóc klubom reprezentującym nas w Europie.

Ekstraklasa m.in. w celu przeprowadzenia ewentualnej reformy chce powołać Strategiczną Radę ds. futbolu.

Jaką radę? Złożoną z kogo?

Z przedstawicieli Ekstraklasy S.A. i PZPN.

Czym ta Rada miałaby się różnić od obecnych struktur? Szkoda, że nikt nie pyta o reformy ludzi będących na produkcji – na przykład trenerów. Ludzi, którzy dotykają najważniejszych obszarów na co dzień. Tu nie chodzi o decydujący wpływ. O przekonywanie, kto ma rację. Ale jako trenerzy nawet nie możemy wyrazić swojego zdania. Nikt się z nami nie konsultuje. Nikt nie pyta i nie słucha. Szkoda.