Piłkarz, trener, geodeta. Wołodymyr Kostewycz jest w Lechu Poznań trzy lata. A już ma największy staż ze wszystkich

Wołodymyr Kostewycz niemal równo trzy lata temu debiutował w Lechu Poznań. Dziś w kadrze Kolejorza nie ma zawodnika, który byłby w klubie dłużej. - Były momenty bardzo złe i bardzo dobre. Nie mogę powiedzieć, że jestem w stu procentach zadowolony z tego okresu - mówi.

Dawid Szymczak: Nie przeraża pana, że wystarczy być w klubie trzy lata, by mieć najdłuższy staż? To najlepiej pokazuje jak młodą i niedoświadczoną drużyną jest Lech.

Wołodymyr Kostewycz: - Dobrze, że jestem tu już tyle lat. Przez ten czas miałem kilku trenerów i każdy na mnie stawiał. Ale nie patrzę na to, ile tutaj jestem i się tym nie zachwycam. Mam takie samo podejście jak pierwszego dnia. Chcę wreszcie coś z Lechem wygrać.

Zobacz wideo

Mickey van der Hart jest od pana dwa lata młodszy, a żartuje, że wokół są tak młodzi zawodnicy, że momentami czuje się staro. Pana status bardzo się zmienił. Z zawodnika wchodzącego na było nie było - weterana.

- Też jestem młody! Wiem, że taki staż do czegoś zobowiązuje. Choćby do brania większej odpowiedzialności, do niepopełniania prostych błędów i pomocy innym zawodnikom. Staram się to robić, ale nie czuję żadnej presji z tego powodu. 

A jakie to były trzy lata?

- Trudno je podsumować jednym słowem. Były momenty bardzo złe i bardzo dobre. Nie mogę powiedzieć, że jestem w stu procentach zadowolony z tego okresu, bo brakuje mi mistrzostwa. Byliśmy też blisko zdobycia Pucharu Polski, zagraliśmy w finale. Mecz był dobry, ale nie wykorzystaliśmy wielu okazji. Nie udało się. 

Ale patrząc na pana karierę to były najspokojniejsze trzy lata. Początki miał pan tak wyboiste, że ponoć rozważał pan, żeby dać sobie spokój z piłką.

- Miałem bardzo nieudany debiut. Trener mnie zdjął z boiska po 42 minutach. Trenowałem z drużyną raptem parę dni i od razu wyszedłem w pierwszym składzie na otwarciu nowego stadionu w Odessie, przeciwko bardzo dobremu zespołowi. Nie byłem wtedy gotowy. Powrót do pierwszej drużyny miałem później bardzo trudny. Rok mi to zajęło. Wtedy może pojawiła się w głowie myśl, żeby dać sobie spokój. Ale to nigdy nie było na poważnie.

A jednak się pan zabezpieczał. Studia geodezyjne, później kolejne studia, by zostać trenerem.

- To wyszło od rodziców, którzy chcieli, żebym miał jeszcze jakieś wyjście. Naciskali na studia. Byłem dobry z matematyki, więc poszedłem na geodezję.

Pomysł bycia trenerem po zakończeniu kariery jest nadal aktualny?

- Kiedyś myślałem, że praca trenera jest super, bo wciąż się rywalizuje, jest w tej piłce, żyje nią. Ale żeby być dobrym trenerem, musisz bardzo ciężko pracować. To nie tak, że się tego boję. Nie. Lubię ciężko pracować, ale życie piłkarza wiąże się z tym, że jesteś daleko od rodziny. Często za granicą. Ja jestem w Polsce od trzech lat i od tego czasu do domu wracam może dwa razy do roku. Jeśli zostanę trenerem, to nic się nie zmieni. Będę co chwilę gdzieś wyjeżdżał, zmieniał kluby. Nadal będę daleko. A rodzina pewnie będzie większa, bo dojdą dzieci. Wciąż zakładam, że tym trenerem będę, ale teraz widzę więcej. Jest jeszcze czas.

Czego panu najbardziej brakuje w Polsce?

- Kulturowo jesteśmy bardzo podobni, dlatego po przyjściu do Lecha aklimatyzacja właściwie nie była mi potrzebna. Poszło to bardzo szybko. Pod wieloma względami miałem łatwiej niż koledzy, którzy do nas przychodzą z bardziej odległych krajów. Znałem język ukraiński i rosyjski, więc polskiego nauczyłem się w dobry miesiąc. Dziewczynę też mam przy sobie. Ona też szybko się nauczyła języka. Podoba jej się w Poznaniu. To dla mnie ważne. Ale na Ukrainie zostali rodzice i dużo znajomych. Tęsknię za nimi.

A przez to, że w Poznaniu jest ponad 100 tys. Ukraińców, jest trochę łatwiej? Zaprzyjaźnił się pan z kimś na miejscu?

- Mam tutaj jednego kolegę i taką rodzinę, z którą co jakiś czas się spotykamy na kawę. Przy Lechu pracuje jeszcze Kostia Mazur, który pomaga zawodnikom mówiącym po rosyjsku i często na meczach jest stewardem. Pamiętam, że on mnie na początku oprowadzał po Poznaniu. Zrobił mi taką wycieczkę po najfajniejszych miejscach i od tamtego czasu się kumplujemy. 

Ma pan swoje ulubione miejsce w Poznaniu?

- Stary Rynek i palmiarnię. Jak przyjeżdżają do nas znajomi z Ukrainy to zawsze ich tam zabieramy.

Wracając do piłki. Pana trener, Dariusz Żuraw, gdy sam był piłkarzem, miał znakomitych trenerów i już wtedy notował sobie różne rzeczy na przyszłość. Robi pan podobnie?

- Zbieram się do tego od dawna. Miałem już wielu trenerów i dużo się od nich nauczyłem. Staram się zapamiętywać, ale wiadomo - jak się nie zapisze, to to później ucieka. Muszę koniecznie się za to wziąć. Wiem o tym.

Miał pan taki sezon w Karpatach Lwów, że w jednym sezonie przewinęło się sześciu trenerów. W Lechu też miał pan Nenada Bjelicę, Ivana Djurdjevicia, Adama Nawałkę i Dariusza Żurawia. Wie już pan, do którego z nich będzie panu najbliżej, gdy sam zostanie trenerem?

- Nie chciałbym, żeby to był po prostu jeden z nich. Od każdego chciałbym coś wziąć i wykorzystać, a niektórych ich błędów uniknąć. Teraz jestem zawodnikiem i widzę jak to wszystko wygląda od środka. Widzę jak na niektóre zasady czy pomysły trenera reaguje szatnia. Nie chciałbym któregoś z nich naśladować, przez to, że dzisiaj mi się podoba.

To co od kogo by pan wziął?

- Powiem ogólniej. Uważam, że bardzo ważna jest atmosfera w drużynie. Teraz mamy bardzo dobrą, a dzisiaj umiejętność znalezienia wspólnego języka z zawodnikami jest bardzo ważna. Trener musi wyczuć swój zespół, bo czasami coś zrobi w jednym klubie i wszyscy powiedzą: „o, ale super”, a później to samo zrobi w drugim i to nie wyjdzie, bo ktoś starszy zacznie marudzić. Za nim pójdzie reszta i też będzie gadać „co on wymyśla, co on robi. Zrób proste rzeczy, a nie”.

Trener musi uważać, żeby nie podpaść liderom?

- Nie o to mi chodziło. Bardziej o to, że są różne szatnie i nie ma uniwersalnego schematu działania. Nie uważam, że w Polsce musi być trener-kumpel. Najważniejszy jest obustronny szacunek i prawdziwość. Żeby to, co trener ci mówi, później robił. Autentyczność, szczerość. To chyba nie tylko w piłce się sprawdza.

Jaka to będzie runda dla Lecha?

- Na pewno mieliśmy w tym roku więcej szczęścia do pogody, dzięki czemu trenerowi udało się zrealizować wszystkie plany. Atmosfera w drużynie też jest przez to lepsza. Naprawdę, śmialiśmy się, że nie poznajemy tego hotelu, bo przy tej pogodzie wszystko w tym roku wygląda tutaj lepiej. Sparingi też mieliśmy dobre, ale w Turcji jestem chyba dziesiąty raz i już się nauczyłem, że to są zupełnie inne mecze. Później liga wszystko weryfikuje. Kiedyś z Karpatami miałem taki obóz, że wygraliśmy wszystkie sparingi. Super wyglądaliśmy. Zaczął się sezon i przegraliśmy chyba z dziesięć meczów z rzędu. Teraz czuję, że idziemy w dobrym kierunku, robimy postępy. To co mówi trener, udaje się przekładać na boisko.

- A dla pana indywidualnie? Zastanawiam się, czy nie brakuje panu asyst i goli. Ciągle postrzegamy pana jako ofensywnego bocznego obrońcę, który chętnie się podłącza i dośrodkowuje. Tak też chce grać Lech. A jednak te liczby nie są zbyt dobre.

Lewemu obrońcy trudno o gola. Tym bardziej, że przy stałych fragmentach zostaję z tyłu. W jakiej sytuacji mam strzelić gola? Mam mało okazji. Z asystami to też nie jest prosta sprawa: możesz dograć najgorszą piłkę, a napastnik dobrze trafi i masz tę asystę, ale nawet głupio się nią komuś pochwalić. Możesz podać idealnie, ale napastnik tego nie wykorzysta. Liczby są ważne, ale nie najważniejsze. Dla mnie ważniejsze jest po prostu stwarzanie sytuacji. Reszta ode mnie nie zależy.

Więcej o: