Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Anatomia porażki ŁKS-u według Kazimierza Moskala. "Nie czułem momentu rezygnacji"

Kazimierz Moskal obejmując ŁKS, dostał zadanie wprowadzenia go do Ekstraklasy w 2 lata. Udało się po pierwszym sezonie, w stylu jakiego dawno nie tylko w Łodzi, a niemalże całej Polsce nie widziano. Najwyższa liga sprowadziła łódzki klub na ziemię i niewykluczone, że po sezonie na stadion przy alei Unii wróci I liga. Trener Moskal nie przestaje jednak wierzyć w zespół i swoją filozofię gry.

ŁKS w jeden rok wystrzelił w kierunku Ekstraklasy i jeszcze nie zdążył spokojnie tam wylądować, a już obrał kurs powrotny. Przed przerwą zimową zespół Kazimierza Moskala znajduje się na 16. miejscu, a w 20. kolejce został ograny przez bezpośredniego rywala w walce o utrzymanie – Wisłę Kraków. Trener łodzian tłumaczy nam przyczyny problemów w drużynie, stara się wyjaśnić, czemu jeden rok w I lidze dałby mniej niż brutalne doświadczenia z tego sezonu w najwyższej lidze i ma nadzieję na pozytywny powrót do rozgrywek w 2020 roku.

Jakub Balcerski: Jak często śnią się panu mecze? Był taki, który można by nazwać wymarzonym?

Kazimierz Moskal: Nie, takiego nie miałem. Bardzo trudno zasnąć po takich meczach, jak ten z Wisłą i zdarza się, że jakiś mecz się przyśni, ale nie jest to żadną regułą, a nawet powiedziałbym, że rzadkością.

Zobacz wideo

Nawiązując do snów i marzeń, na klubowej wigilii mówił pan, że gdyby mógł napisać list do św. Mikołaja to poprosiłby o kilka punktów więcej. Mogło być ich chyba nawet więcej niż 3, prawda?

Ja myślałem nawet o 7-8. Myślę, że spokojnie moglibyśmy mieć więcej, stąd gdzieś ta ocena postronnego widza, który spogląda tylko na tabelę, wyniki, punkty i bramki, wydaje mi się nie do końca sprawiedliwa. Zdaję sobie sprawę, że ktoś zaraz może mi to wytknąć, ale uważam, że śmiało powinniśmy mieć tych punktów kilka więcej.

Po meczu z Wisłą trener Skowronek zapytany o różnice pomiędzy ŁKS-em, który pokonał go na wiosnę w I lidze i tym, z którym wygrał w Ekstraklasie mówił o błędach indywidualnych, które przyćmiły styl i kierunek, w jakim dalej podąża drużyna. Jak pan to ocenia – to bardziej satysfakcja, że ten styl jest widoczny, czy przykrość ze względu na to, co zamazuje ten obraz?

Gdyby szukać odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego jest, jak jest?” to najprostszą odpowiedzią byłoby stwierdzenie faktu, że popełniliśmy zbyt wiele tych błędów indywidualnych. One przekładały się bezpośrednio na straty bramek, ale moim zdaniem to pół prawdy. Błędy nie brały się z tego, że mamy tak słabych zawodników tylko z tego, że trochę przerosła nas ta Ekstraklasa w sensie, że nie byliśmy przygotowani na taką sytuację. Wielu zawodników walczyło o ten awans w Łodzi od 3. ligi i nie do końca mieli jak się oswoić z momentem, gdy porażki przychodzą często. Było mniej doświadczenia przez co, gdy błędy się nawarstwiały i pojawiały się przegrane mecze, zawodnicy tracili pewność, usztywniali się, nie czuli się swobodnie w tym, co robią i to nie tylko w chwilach, gdy występowały te błędy i traciliśmy gole, ale w wydawałoby się prostych sytuacjach, jak przy niedokładnych, czy niechlujnie wykonywanych podaniach. To jest główny powód. Juergen Klopp powiedział, że podstawową rzeczą w piłce jest radzenie sobie z porażkami. My na to do końca nie byliśmy przygotowani tym bardziej, że nadzieje po awansie i pierwszych meczach były dosyć duże. Mam świadomość, że gdy one rosną, to rośnie też rozczarowanie, gdy nie uda się ich spełnić.

Jak staraliście się niwelować te błędy?

Analizujemy to z zawodnikami, mówimy o tym. Ale takie błędy indywidualne w stylu strat, niedokładnego podania, czy złego przyjęcia trudno wyeliminować, bo tu nie chodzi o jakieś wyszkolenie, tylko o to uczucie zawodnika. Niepewność, to, że jest spięty na boisku i nie podejmuje właściwych decyzji. Jesteśmy w stanie pracować nad błędami taktycznymi i tylko dzięki współpracy zawodników – linii zespołu na boisku pomiędzy sobą można to wyeliminować.

Mówił pan o tym, że zawodnicy nie byli przygotowani na to, co spotkało się w Ekstraklasie. Wcześniej wielokrotnie zaznaczaliście w klubie, że planem było awansowanie tu po 2 latach. Myśli pan czasem, jak sytuacja mogłaby się rozwinąć, gdyby faktycznie ten sezon ŁKS spędził jeszcze w I lidze? To mogłoby pomóc zawodnikom?

Nie mam do końca przekonania, że to wyglądałoby inaczej. W Ekstraklasie gra wygląda zupełnie inaczej niż w I lidze i nie wiem, czy to by coś dało. Wydawało się, że ta wiosna była dla nas naprawdę fantastyczna i tym rozpędem serii zwycięstw, nietracenia bramek i dobrej gry damy radę też w Ekstraklasie. I kto wie, być może tak by się stało, gdyby nie ten feralny mecz z Piastem. Ta porażka to byłby moment, który wskazałbym jako ten kluczowy. Absolutnie nie żałuję awansu i nie chciałbym cofać się w czasie i tego wszystko stracić. Wszyscy w klubie powinniśmy z tego negatywnego doświadczenia czerpać, starać się je w pewien sposób wykorzystać. Przekuć to w dobre elementy na przyszłość – myślę tu przede wszystkim o umiejętności radzenia sobie z takim paraliżem, jaki wywołały u nas te wszystkie porażki. A to, że mogliśmy zaistnieć, czy dalej jesteśmy przecież tu i możemy grać z najlepszymi to przecież najlepsza droga, by wciąż zbierać to doświadczenie i uczyć się nowych sytuacji. Wiem, że kibice są zawiedzeni, bo oczekiwali o wiele więcej, ale jestem przekonany, że każdy z nich woli oglądać klub w Ekstraklasie, a nie I lidze.

Ta I-ligowa wiosna zastąpiła wam zatem ten dodatkowy rok w planie? W którym momencie zrozumiał pan, że za chwilę te umiejętności z zaplecza najwyższej ligi trzeba będzie przenieść bezpośrednio do niej, bo nie chce mi się wierzyć, że od 1 lipca wszystko pan zmienił?

Mam swoją filozofię tego, w jaki sposób chcemy grać i funkcjonować, a pokrywa się ona z tym, jak o ŁKS-ie myśli sam klub. Ściągamy takich, a nie innych zawodników, dopasowanych profilem do zespołu, jakich właśnie potrzebujemy. To, że przychodząc tutaj 1 lipca 2018 roku powiedział, że mamy 2 lata na zbudowanie zespołu na awans do Ekstraklasy było słusznym założeniem, bo przychodząc tutaj, ja też nie wiedziałem na co tych chłopaków będzie stać. Znałem raptem 3 zawodników i uczyliśmy się siebie wzajemnie. W styczniu trzeba było sobie jasno powiedzieć, jaka była sytuacja i ile punktów tracimy do miejsca dającego awans. I że powalczymy o to na całego. My cały czas – przynajmniej ja i mój sztab – myślimy o tym, żeby ci zawodnicy, których mamy robili postęp. Oni mogą się rozwijać tylko grając, tak jak my chcemy grać. Przy tych słabych momentach nie próbowaliśmy przestawiać tej naszej taktyki, filozofii. Wiadomo, że to różnie wychodziło, bo nie tylko umiejętności czysto piłkarskie mają wpływ na zespół i jego wynik. Na to składa się wiele małych czynników, z których tylko niektóre jesteśmy w stanie kontrolować.

Jest taki pomysł, który pan miał przed startem ligi, wdrożył do zespołu i może dzisiaj sobie przyznać, że był błędem?

Nie. Te pomysły, które staraliśmy się realizować był tworzone z myślą o bardzo elastycznej drużynie. Żebyśmy mogli funkcjonować w różnym ustawieniu i nie chcę mówić systemie, ale żeby przy nim kombinować najmniej i by był optymalny do tego, jak grają nasi przeciwnicy i by nie było trzeba mieszać w tej naszej maszynie.

Analizowałem sobie to jak zmieniał się skład ŁKS-u w trakcie sezonu i naliczyłem 17 takich ustawień. To wynik różnych okoliczności, ale chyba też efekt szukania problemu i jego podstaw. Miał Pan taki moment, gdy myślał, że udało się go namierzyć i teraz będzie już lepiej?

Tak, bo od początku myśleliśmy, że to, co chcemy grać się sprawdza. Te pierwsze mecze – remis z Lechią u siebie, wygrana z Cracovią na wyjeździe, mecz z Lechem i świetna druga połowa tu w Łodzi i jeszcze kilka innych dobrych występów. Wydawało się, że to funkcjonuje odpowiednio i mówimy – OK, jest dobrze, ale czegoś brakuje. Nie staraliśmy się szukać innych rozwiązań, także personalnych. Po tej serii porażek spore było jednak obciążenie psychiczne u zawodników, którzy grali regularnie, więc dałem szansę zmiennikom, co w paru przypadkach okazało się dobrym rozwiązaniem. Wnieśli świeżość i jakość, której teraz nam jednak wielokrotnie brakowało.

Wchodzenie do szatni, która co tydzień ma te same smutne miny na pewno nie jest łatwe. Jak duże było odczucie braku w zespole?

Trudno wejść do tej szatni, a jeszcze trudniej kolejny raz po nieźle zagranym meczu zakończonym porażką, mówić, że wszystko było w porządku tylko zabrakło szczęścia, nie wpadło nam dzisiaj, a sędzia się czegoś nie dopatrzył. Nie można opowiadać w kółko tego samego. Ja chciałem cały czas tę szatnię budować, trzymać w takim stanie, że my potrafimy grać i nie zapomnieliśmy o swoich umiejętnościach. Zawodnicy też mają tę świadomość, że droga, jaką obraliśmy i nasze założenia muszą w końcu przynieść skutki, jakich oczekujemy.

Na luty te założenia jak pana znam się nie zmienią, ale szatnia już pewnie delikatnie tak, bo parę nazwisk się pojawi, a inne znikną…

W każdym okienku tutaj chcieliśmy wprowadzić przynajmniej parę nowych twarzy, bo walkę o lepszą jakość w zespole zapewnia przede wszystkim rywalizacja. Teraz też zapewniam, że szukamy wzmocnień i jeśli rzeczywiście ci zawodnicy, którymi się interesujemy przyjdą do klubu, to oczywiście kilka nazwisk naszą szatnię opuści. Na wypożyczenia, może do innych klubów. To naturalny proces w każdym klubie i tu nikt nikomu nic nie dał na zawsze. Nawet jeśli ktoś jest wychowankiem i gra tu od wielu lat, to może przyjść moment, gdy pewna era się kończy.

Rozmawiał pan o tym z kimś z szatni?

Nie, nie rozmawiałem jeszcze z żadnym zawodnikiem. Musimy poczekać aż sfinalizujemy transfery, wtedy będziemy gotowi do rozmów z konkretnymi piłkarzami, którzy w tym momencie są częścią naszego składu.

Ogłosiliście transfer kolejnego Hiszpana – to już tak, że w ŁKS-ie 3 dotychczas mówiący po hiszpańsku złapali na tyle dobry kontakt, że kolejny nie będzie żadnym problemem?

Myślę, że łatwiej będzie już wejść do takiej szatni. Najtrudniejsze zadanie miał Dani Ramirez, który przyszedł tutaj jako pierwszy i na początku miał dosyć duży problem. Z nikim nie potrafił złapać kontaktu, bo skutecznie uniemożliwiała to bariera językowa. Teraz od jakiegoś już czasu Dani czuję się u nas bardzo dobrze i swobodnie porozumiewa się z całym zespołem. To przełożyło się na postawę na boisku, gdzie poczuł się pewnie i mógł swobodnie funkcjonować i tu i w szatni. Teraz przychodzący zawodnik będzie miał jak Dani po tym okresie słabszego kontaktu.

Szukaliście też zawodnika z doświadczeniem, którego wydaje się brakuje obecnie pana zespołowi?

Nie ukrywam, że potrzebujemy takiego zawodnika, który ma umiejętności, doświadczenie i przeszedł określoną drogę w swojej karierze i ma być osobą, która w szatni będzie dawała przykład, a na boisku stanie się może nie dyrygentem, ale kimś, kto nieco pokieruje swoimi kolegami, którzy tego potrzebują.

Chyba nie chce pan już sytuacji, w której opaskę kapitana i związaną z tym presję zmuszony był wziąć na siebie Jan Sobociński?

W tych trudnych momentach szukaliśmy ze sztabem rozwiązań, aby ten zespół utrzymać w dobrych relacjach i pozytywnych emocjach. Wydawało mi się, że dając Jankowi Sobocińskiemu opaskę, poczuje się trochę pewniej. To chyba nie do końca się sprawiło i chyba nie był na to wszystko przygotowany. Moim błędem było to, że nie powiedziałem mu o tym wcześniej, dowiedział się tuż przed pierwszym gwizdkiem, co go trochę usztywniło. To była moja decyzja i powinienem mu to wyjaśnić 1-2 dni przed meczem i być może to by trochę zmieniło jego reakcję, dało mu więcej czasu na zrozumienie tego, co go czeka.

W kontekście Janka to chyba zawodnik, którego pan bardzo rozwinął w ŁKS-ie i teraz zebrał sporą presję na swoje barki, co się nieco na nim odbija.

Tak, ciąży na nim spore obciążenie psychiczne, a zaczął grać w Łodzi dopiero w I lidze i zbierać to kluczowe dla niego doświadczenie. Wiem, że to nie jest łatwe, gdy drużynie nie idzie, a w składzie jest młody zawodnik, popełniający błędy. Łatwo go obarczyć winą. Janek jest zawodnikiem o sporym potencjale, który na pewno jeśli będzie w swojej najlepszej dyspozycji, w jakiej ostatnio nie tylko on, ale i paru innych naszych graczy nie było, byłby obiektem zainteresowania wielu klubów. Ma cechy, które zespoły chcące grać w piłkę, mogłyby wykorzystywać. Ta ostatnia dyspozycja wynikała nie z jego umiejętności, a samej sytuacji w jakiej znalazł się wraz z całą drużyną. Nie czuł się komfortowo i pewnie, a przez to brakowało mu solidności na swojej pozycji.

Po meczu z Wisłą jesteście na ostatnim miejscu w tabeli i to przed przerwą zimową. To najtrudniejszy moment sezonu?

Nie. Myślę, że mimo wszystko gorsza była seria porażek, która zostawiła u nas mocny ślad w głowie. Przerwa przychodzi w dobrym momencie, bo to czas się zupełnie zresetować i odpocząć. Wrócimy do pracy z czystą głową, co wcale nie oznacza, że od lutego będzie łatwiej. Zaczynamy meczem na Łazienkowskiej bez Daniego.

A jak pan wkroczy w ten 2020 rok? Z obawami przed tym, co będzie się działo, czy dziarskim krokiem?

Ja naprawdę nie żałuję tego, że trafiłem do ŁKS-u, czy że jesteśmy w Ekstraklasie. Ja nie czułem żadnego momentu rezygnacji ze swojej strony, a także w drużynie. Nie mamy problemu z motywacją przed każdym kolejnym meczem, czy jak coś nie dzieje się po naszej myśli. Potrzebuję momentu, żeby stanąć obok tego wszystkiego i na chłodno przeanalizować. Przychodząc na pierwszy trening, wszyscy będziemy myśleć pozytywnie.

Więcej o: