Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Stolarczyk bardzo szczerze w pierwszym wywiadzie po zwolnieniu z Wisły. "Nie było sensu bardziej rozdrapywać pewnych spraw"

- Poświęciłem się Wiśle bezgranicznie. Była dla mnie czymś więcej niż tylko klubem, dlatego rozstanie z nią było dla mnie trudne. Zdecydowanie najtrudniejsze przez to całe półtora roku pracy w klubie - mówi trener Maciej Stolarczyk w pierwszym wywiadzie po zwolnieniu z Wisły Kraków.

Bartłomiej Kubiak: Od razu po zwolnieniu z Wisły wrócił pan do Szczecina?

Maciej Stolarczyk: Kilka dni jeszcze zostałem w Krakowie. Musiałem się spakować, a to wcale nie było takie proste, bo człowiek półtora roku temu wyjeżdżał ze Szczecina z jedną torbą, ale po drodze nazwoził tyle rzeczy, że teraz wracał z dziesięcioma.

Co pan teraz robi?

- Jak to co? Rozpakowuję te wszystkie torby! A poważnie - to wbrew pozorom - mam na głowie wiele spraw. Robię dużo rzeczy. Na podstawie swoich notatek systematyzuję np. dokumentację i analizuję, co w Wiśle mogłem zrobić lepiej albo inaczej.

Był raport Adama Nawałki, będzie raport Macieja Stolarczyka?

- Haha, no może. Tylko że ja nie muszę go upubliczniać. Robię tę analizę przede wszystkim dla siebie.

Są już jakieś wnioski?

- Tak, są. Przede wszystkim dotyczą okresów przygotowawczych, po których mieliśmy problemy, by od razu złapać odpowiedni rytm. Zazwyczaj zajmowało nam to dwa, trzy spotkania. Nie będę jednak ukrywał, że zacząłem od tego również dlatego, że szykowałem się już do przerwy zimowej. Chciałem się dobrze przygotować, by jak najlepiej wykorzystać ten czas. Jeszcze przed zwolnieniem z Wisły szukałem odpowiedzi na pytanie, co można usprawnić, jakie środki czy metody treningowe powinienem wprowadzić albo zmienić, by to wszystko zatrybiło szybciej. Szybciej, czyli od razu, a nie po dwóch czy trzech kolejkach. Zresztą ten raport i tak by powstał, bo zawsze coś takiego robię przed okresem przygotowawczym. Zwolnienie z Wisły tylko przyspieszyło tę analizę.

Zdiagnozował pan, dlaczego w ostatnich miesiącach było w Wiśle tyle kontuzji?

- Proces wgłębiania się w ten temat rozpoczął się jeszcze wcześniej. Wszyscy w klubie, nie tylko ja, zastanawialiśmy się, jak temu zaradzić. Mieliśmy sympozja medyczne. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, analizowaliśmy, a nawet zmieniliśmy niektóre metody treningowe, by przekonać się, czy ograniczy to liczbę kontuzji mięśniowych. Przede wszystkim związanych z przywodzicielami, bo to z nimi mieliśmy największy problem. Przyczyny szukaliśmy praktycznie od początku sezonu. Efektem tego było np. zmodyfikowanie mikrocyklu treningowego, który zwykle zaczynaliśmy w sali gimnastycznej na matach do judo. Zawodnicy po jednym dniu wolnym przychodzili tam i wykonywali często bardzo dynamiczne ćwiczenia ogólnorozwojowe w skarpetkach. Doszliśmy jednak do wniosku, że może lepiej będzie, jak zaczną to robić na bosaka. Że to właśnie te skarpetki mogą powodować niepotrzebny nacisk na obręcz mięśniową w okolicach miednicy i być przyczyną aż tak dużej liczby urazów.

Brzmi jak trening sekcji Trenuj Sporty Walki.

- Nie no, inne korekty - dotyczące treningów stricte piłkarskich - też robiliśmy. Na boisku również wprowadziliśmy trochę profilaktyki pod kątem niwelowania urazów przywodzicieli. A że mieliśmy też zajęcia na matach w sali gimnastycznej? Proszę pamiętać, że ja jestem ze szkoły trenera Oresta Lenczyka - nasze drogi kilka razy się w życiu skrzyżowały. I choć na boisku wymagam przede wszystkim od piłkarzy ofensywnego nastawienia, efektownej gry, strzelania goli, to uważam, że takie ogólnorozwojowe ćwiczenia też są bardzo istotnym elementem treningów.

To prawda, że o zwolnieniu z Wisły dowiedział się pan z mediów?

- Nieprawda.

A od kogo?

- Spotkałem się osobiście z panem prezesem Piotrem Obidzińskim i od niego otrzymałem tę wiadomość.

Spodziewał się pan?

- Zwolnienia to normalna rzecz, są częścią tej pracy, zdarzają się nawet dość często. Ale akurat wtedy nie zajmowało mi to głowy. Nie myślałem o tym. Jedyna rzecz, której się poświęcałem, to szukanie rozwiązania, jak wyprowadzić Wisłę na prostą i przerwać tę serię porażek.

Pod koniec października przedstawiciele Wisły oznajmili, że zasługuje pan, by dalej prowadzić drużynę. Tych zasług starczyło na nieco ponad dwa tygodnie. Niewiele.

- Wiadomo, że takie deklaracje często bywają niebezpieczne. Znamy wiele przypadków, kiedy prezes czy właściciel klubu jednego dnia deklarował pełne poparcie dla trenera, a następnego dnia zatrudniał kolejnego. Ja nie jestem zwolennikiem stawiania trenerów pod ścianą, dawania im ultimatum w stylu: musisz wygrać ten i ten mecz, inaczej zostaniesz zwolniony. Nie mówię, że tak było w moim przypadku, bo z Wisłą rozstałem się po dżentelmeńsku, w dobrych stosunkach. Po prostu nie lubię takiego podejścia. Jak w klubie zawęża się perspektywę trenera do jednego czy dwóch meczów. Kiedy zapomina się o tym, co było - szczególnie, gdy nie idzie - i decyzję o jego zwolnieniu podejmuje się na podstawie niewiele znaczącego skrawka rzeczywistości.

Gdyby Maciej Stolarczyk był prezesem Wisły, to w połowie listopada zwolniłby z Wisły trenera Macieja Stolarczyka?

- Nie wciągnie mnie pan w tę dyskusję. O takich sprawach decydują właściciele, prezesi klubów, a nie trenerzy. A ja jestem trenerem i nadal chcę nim być.

Od stycznia będzie pracował pan w Jagiellonii Białystok?

- Media spekulują, ale ja nic na ten temat nie wiem. Naprawdę. To znaczy, oczywiście wiem, że jest wakat w Jagiellonii. Sam też jakieś telefony odbieram, na razie bez konkretów, ale nie są to telefony z Białegostoku. Nikt z Podlasia do mnie nie dzwonił.

Jagiellonia ostatecznie dementuje: Nie dla Adama Nawałki. Trzech kandydatów też bez szans na zatrudnienie [WIDEO]

Zobacz wideo

Jak w połowie 2018 r. rozstawał się pan z posadą dyrektora sportowego Pogoni, po czterech dniach został pan trenerem Wisły. Bezrobocie trwało krótko. Teraz trwa już miesiąc.

- Praca w Wiśle kosztowała mnie bardzo wiele energii i ten odpoczynek, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, się przydał. Choć w sumie nie wiem, czy w ogóle można to nazwać odpoczynkiem, bo nie był to dla mnie bezczynny miesiąc. Wróciłem do Szczecina, gdzie analizuję swoją pracę w Wiśle. Nadrabiam też takie przyziemne sprawy, że tak powiem - rodzinne. Pomagam np. młodszemu synowi w przygotowaniach do matury - przerabiamy właśnie „Lalkę” Prusa, a starszemu w biznesie gastronomicznym, który prowadzi. A jeszcze żona zarządziła tzw. wietrzenie magazynów, więc robimy porządki w domu, pozbywamy się zbędnych szpargałów. Nawet nie wiedziałem, że takie sprawy mogą pochłaniać aż tyle czasu. Przedświąteczna gorączka też robi swoje.

Po zwolnieniu z Wisły ogląda pan jej mecze?

- No pewnie, wszystkie. Przecież to wciąż mój klub, mój zespół. Znam go dobrze. Tak samo, jak mojego następcę Artura Skowronka, którego pamiętam jeszcze z czasów Pogoni. Jest fajnym gościem i życzę mu jak najlepiej. Trzymam też mocno kciuki za Wisłę, by utrzymała się w ekstraklasie.

Potrafi pan wskazać w ekstraklasie trzy drużyny gorsze od Wisły?

- Oj, nie! W to też nie dam się wciągnąć! Poza tym ekstraklasa jest tak wyrównana, że praktycznie w każdym spotkaniu nie da się wskazać zdecydowanego faworyta. To tak nieprzewidywalna liga, że lider może przegrać z ostatnią drużyną w tabeli.

No właśnie, komu pan kibicował w meczu Wisła - Pogoń?

- Obie drużyny są mi bliskie. Pogoń ma już jednak tyle punktów, że w piątek moje serce biło mocniej dla Wisły. Cieszę się, że w końcu wygrała.

Odniosła pierwsze zwycięstwo od 31 sierpnia, kiedy to jeszcze pan był jej trenerem, a potem było 10 ligowych porażek z rzędu. Czy wszystko co złe zaczęło się w Wiśle od Jakuba Błaszczykowskiego i jego kontuzji, której nabawił się w trakcie wrześniowej przerwy na kadrę?

- Kontuzja Kuby była dla nas dużym ciosem. To piłkarz nawet nie tyle na poziomie ekstraklasy, ile reprezentacji. Jeden z dwóch w Wiśle. Ten drugi to Vukan Savicević, który notabene teraz ma kontuzję. Jeżeli kogoś takiego zaczyna brakować, naturalne jest to, że traci na tym zespół. Cierpią wszyscy. A szczególnie młodzi, którzy w takich chwilach z reguły przechodzą przyspieszony proces adaptacji. Muszą próbować wskoczyć na wyższy, ekstraklasowy poziom. Co wcale nie jest takie proste i oczywiste, że to im się uda, skoro ze składu wypadają liderzy, czyli właśnie Kuba czy Paweł Brożek. Bardzo doświadczeni zawodnicy, przy których młodemu zawsze jest łatwiej się zaprezentować, bo nie jest obciążony aż taką presją. Spoczywa na nim mniejsza odpowiedzialność, a to z reguły bywa pomocne przy stawianiu tych pierwszych kroków w nowym środowisku.

Są też tacy, którzy początków obecnych problemów Wisły dopatrują się wcześniej - łączą je z odejściem Radosława Sobolewskiego, który na początku sierpnia przestał być pana asystentem i zaczął samodzielną pracę w Wiśle Płock.

- Jesteśmy mistrzami świata w wymyślaniu przeróżnych teorii, ale nie chciałbym teraz po kolei ich omawiać, dyskutować z panem o każdej z nich. Fakt jest taki, że razem z Radkiem funkcjonowaliśmy bardzo dobrze. Teraz Radek sam bardzo dobrze radzi sobie w Wiśle Płock, co mnie bardzo cieszy. I na tym zakończmy.

Nie wyobrażam sobie, żeby w klubie nie było dyrektora sportowego - to pana słowa, z kwietnia. Mamy połowę grudnia, a w Wiśle jak nie było dyrektora sportowego, tak nie ma.

- Wisła jest na tym samym etapie, na którym kilka lat temu była Pogoń Szczecin. Dopiero buduje swoje struktury. Zaczynając od akademii, o którą zresztą toczy się teraz spór z TS-em, a kończąc na pierwszej drużynie, z którą powiązany jest także pion sportowy. Czyli cały dział skautingu - dowodzony teraz przez Arka Głowackiego, który wcześniej pełnił funkcję dyrektora sportowego. Po jego rezygnacji nikogo nie zatrudniono, ale wierzę, że Wisła w końcu znajdzie kogoś na to stanowisko. Bardzo ważne, bo dyrektor sportowy to taki łącznik między zarządem a drużyną. Na razie go nie ma, ale w Wiśle wiele rzeczy budowane jest od podstaw. To jedyna słuszna druga, by klub z tak piękną tradycją - mający świetnych kibiców, którzy robią, co mogą, by mu pomagać - dalej się rozwijał i szedł do przodu. Z perspektywy Pogoni, gdzie pracowałem m.in. jako dyrektor sportowy, wiem jednak, że na to potrzeba czasu. Że to jest proces - kluczowy, czego najlepszym dowodem jest właśnie Pogoń. Pokazuje, że w ekstraklasie wystarczy w odpowiedni sposób zarządzać klubem, by zrobić duży postęp. W Szczecinie to układanie klocków trwało jednak kilka lat. W Wiśle zaczęło się kilka miesięcy temu. Ten ład dopiero się tworzy i w sumie nie wiadomo, ile to układanie potrwa. Martwi mnie trochę klimat, jaki panuje między Wisłą a miastem.

A klimat między Wisłą a TS-em?

- Też nie jest najlepszy. Ja przez lata się w to nie wgłębiałem i najwięcej dowiaduję się teraz - z prasy. Dla mnie Wisła zawsze była jedna. Nigdy nie był to dla mnie żaden TS czy SA. Nie rozróżniałem tego. Wisła to była Wisła. Dlatego nie chciałbym, żeby obie strony teraz się poróżniły. Ale wierzę, że tak się nie stanie. Większym problemem są relacje z miastem, gdzie nie ma dobrego klimatu do rozmów. A jeśli go nie ma, to w takich warunkach bardzo trudno prowadzi się klub piłkarski w Polsce, gdzie wiele z nich w większym lub mniejszym stopniu, częściej w większym, jest bezpośrednio zależna od miast czy samorządów. Jeśli w tych instytucjach nie ma zrozumienia dla sportu, lokalne władze nie chcą go wspierać, tracą na tym wszyscy. Nie tylko klub, ale też miasto, jego okolice, a często nawet cały region.

Piłka nożna to sport dla wszystkich, który powinien łączyć lokalną społeczność, a nie ją dzielić. A w Krakowie na razie wszyscy są podzieleni i to niestety nie wróży nic dobrego. Ale mam nadzieję, że to chwilowe. Że coś się w tej kwestii zmieni. Że obie strony zrozumieją, a w zasadzie, że zrozumie to przede wszystkim miasto, iż synergia z Wisłą jest po prostu niezbędna. I wezmą do siebie angielskie powiedzenie, że lepiej zbudować jeden stadion niż trzy szpitale, ponieważ piłka nożna niesie za sobą ogromną moc związaną z uprawianiem sportu. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o dzieci i młodzież.

Wszyscy, którzy pana znają, mówią, że zawsze miał pan pozytywne nastawienie. Nie wierzę jednak, że przez półtora roku pracy w Wiśle ani razu nie pojawiło się zwątpienie.

- Jeśli pyta pan, czy kiedykolwiek nie chciało mi się wstać z łóżka o poranku i iść do pracy to nie, nigdy. Takiego zwątpienia nie było. Nawet w styczniu, kiedy w klubie nie tylko nie było pieniędzy na nasze wypłaty, ale też nie było wiadomo, od kogo i czy w ogóle kiedykolwiek je odzyskamy, no i czy w ogóle na wiosnę zagramy w ekstraklasie. Zadłużenia wobec nas w szczytowym momencie sięgały nawet do pół roku. To był trudny czas, który przetrwaliśmy, trzymając się razem. Od razu, jak zaczęły się te wszystkie kłopoty, powiedzieliśmy sobie w szatni, że skupiamy się tylko na tym, na co sami mamy wpływ. Zajęliśmy się więc trenowaniem i robiliśmy wszystko, by odciąć się od tej całej właścicielskiej zawieruchy. Skończyło się dziewiątym miejscem na koniec sezonu.

Poczucie bezsilności?

- Nie, w Wiśle nigdy go nie zaznałem.

Nawet po 0:7 z Legią?

- Po meczu nie czułem się bezsilny. Bardziej, tak po ludzku, byłem zły. Bardzo zły na rozmiar tej porażki, bo nigdy w życiu nie przegrałem tak wysoko. Ale to, że ja nigdy wcześniej nie poniosłem aż takiej klęski, nie oznacza, że nikomu innemu nie przytrafiło się coś podobnego. Nie była to przecież najwyższa porażka w historii piłki nożnej.

W Warszawie pana piłkarze wyszli na boisko i patrzyli, jak Legia strzela im siedem goli, nawet niespecjalnie pozorowali walkę. Jeśli tak się dzieje, to chyba na linii trener - zawodnicy musi coś nie grać?

- Już kiedyś dostałem podobne pytanie. Jeśli zmierza pan do tego, że piłkarze w meczu z Legią grali przeciwko mnie, to ten kierunek rozumowania jest bardzo zły. Po pierwsze, jeśli by tak było, to szkodziliby przede wszystkim sobie. Po drugie, nigdy nie podejrzewałbym ich o to, że zrobiliby coś przeciwko mnie. Miałem, a w zasadzie to nadal mam stuprocentowe zaufanie do tych chłopaków. Mecz z Legią pokazał, ile pracy przed nami - ten sam zespół mógł wygrać 4:0, 4:2, ale też przegrać w takim właśnie rozmiarze.

Gdzie w takim razie leżał problem?

- Nie chcę, by to zabrzmiało banalnie, ale takie porażki jak ta z Legią - choć są trudne do zaakceptowania - zdarzają się w sporcie. Nie tylko Wiśle, ale też dosyć niedawno Southampton [0:9 z Leicester], czy innym wielkim klubom, takiemu Bayernowi czy Barcelonie, też się na pewno kiedyś przytrafiły. Nie są to przyjemne chwile. Po takich meczach trzeba jak najszybciej wstać, wyprostować się, podnieść głowę i dalej robić swoje.

Dwie stracimy, to strzelimy pięć. Stracimy trzy, to strzelimy siedem - to był wasz sposób na rywali w poprzednim sezonie, rozegraliście wtedy wiele porywających meczów. W tym sezonie ten pomysł na grę się zmienił?

- Nie. Tak samo, jak nie zmienia się moje spojrzenie na piłkę. Lubiłem, nadal lubię i będę lubił ofensywny styl. Będę dążył do tego, by moje drużyny grały w ten sposób. Nie tylko dlatego, że taki styl podoba się kibicom. Choć to oczywiście też jest istotne, bo piłka nożna przede wszystkim jest rozrywką, która powinna wzbudzać jak najwięcej pozytywnych emocji, dawać ludziom radość. I to jest jeden aspekt, ważny. Ten drugi - dla mnie równie ważny, a z perspektywy trenera nawet ważniejszy - to rozwój samych piłkarzy. Uważam, że takie podejście, czyli gra oparta na ofensywie, sprawia, że zawodnicy są w stanie najbardziej podnieść swój poziom, dzięki takiej filozofii stają się coraz lepsi. Zgadzam się oczywiście z teorią, że drużynę powinno się budować od tyłu, ale nie zgadzam się tym, by na tym poprzestać. Albo inaczej: ja nie chcę na tym poprzestawać, nie chcę opierać swojej filozofii na defensywie. Wiadomo, że takiej gry zdecydowanie łatwiej można się nauczyć, ale chyba nie o to w piłce chodzi, żeby było łatwo. Uważam, że w 40-milionowym kraju, jakim jest Polska, rodzą się chłopcy, którzy mają predyspozycje do ofensywnej gry. A nawet jeśli się tacy nie rodzą, co oczywiście nie jest prawdą, to jako trenerzy i tak powinniśmy robić wszystko, by szkolić jak najwięcej takich piłkarzy jak Lewandowski, Milik, Piątek, Zieliński czy ostatnio Sebastian Szymański. A więc ofensywnych graczy. Trenerzy, kibice, właściciele klubów, a najbardziej sami zawodnicy - skorzystają wszyscy. Dlatego powinniśmy iść w tym kierunku. Szczególnie jeśli chodzi o szkolenie na etapie juniorskim, bo w seniorach to wiadomo, że gra się już przede wszystkim na wynik. Oprócz filozofii liczy się także strategia.

W sierpniu zwycięstwa 4:0 z ŁKS-em, 4:2 z Zagłębiem Lubin i nieznaczna wyjazdowa porażka 2:3 z Jagiellonią. Te wyniki nie zaciemniły trochę obrazu? Nie sprawiły, że pod koniec letniego okna transferowego, kiedy można było jeszcze się wzmocnić, ten czas został przespany, bo siła zespołu została przeceniona?

- Na pewno te mecze w jakimś stopniu utwierdzały nas, że sportowo dojeżdżamy do poziomu ligi - pod koniec sierpnia byliśmy przecież w pierwszej ósemce. Ale spojrzałbym na to z szerszej perspektywy, bo choć Kuba akurat wtedy był zdrowy, to były w drużynie inne kontuzje. Tylko że już nie chciałbym teraz w to wchodzić. Odpowiadać na pytanie, czy pod koniec sierpnia naciskałem na transfery do klubu, czy nie naciskałem. To błędne koło. Wyjdzie zaraz, że się tłumaczę albo zwalam winę na kogoś innego. A wcale tak nie jest, bo siedem kolejnych porażek z rzędu, a z Pucharem Polski - osiem, to jest rzecz za którą biorę pełną odpowiedzialność.

Bardzo szlachetne podejście z pana strony.

- Po prostu tak do tego podchodzę. Mam swoje przemyślenia na różne sprawy, ale analizuję to, co ja mogłem zrobić lepiej. Ja, nie inni. Tylko ja. Bo to ja jestem trenerem, a więc osobą zarządzającą, która ma największy wpływ na drużynę. I to ja za wszystko odpowiadam, ponoszę konsekwencję. Bardzo dokładnie analizuję teraz całe to półtora roku w Wiśle, by wyłapać wszystkie swoje błędy i w przyszłości ich już nie popełnić. Dzieciom co prawda cały czas powtarzam, że najlepiej uczyć się na cudzych błędach, ale niestety to nie zawsze tak działa. Ludzie często nie rozumieją cudzych błędów, dopóki sami ich nie popełnią. Najważniejsze to je wyłapywać, a potem wyciągać odpowiednie wnioski.

Ma pan poczucie, że pomógł wygrać Wiśle jedną z najtrudniejszych wojen w jej historii?

- Ja? Nie, dlaczego?

Na Twitterze przypisał to panu Jarosław Królewski.

- Bardzo miło z jego strony, ale prawda jest taka, że to pan Królewski, pan Jażdżyński i Kuba sprawili, że Wisła tę wojnę wygrała. To były kluczowe postaci w ratowaniu klubu. Ja dołożyłem, jak wielu innych, swoją cegiełkę. I też jestem z tego dumny, bo przez półtora roku poświęciłem się Wiśle bezgranicznie. Była dla mnie czymś więcej niż tylko klubem, dlatego to rozstanie z nią było dla mnie trudne.

Coś się kończy, coś się zaczyna, już daj spokój chłopie - ktoś powie. I pewnie ma rację. Tylko że dla mnie ta przeszłość wciąż jest żywa, jeszcze niezasklepiona.

Mogę jednak z czystym sumieniem przyznać, że przez to półtora roku chciałem dla Wisły jak najlepiej, dawałem z siebie wszystko. Moim głównym zadaniem było wprowadzenie - przy udziale doświadczonych graczy - młodych zawodników na wyższy poziom. Wypromowanie ich i sprzedanie. Z tego przede wszystkim starałem się wywiązywać. Po pierwszym pół roku pracy w klubie wiedziałem, że w kolejnym nie będę mógł skorzystać z kilku piłkarzy, którzy do tej pory grali w podstawowej jedenastce. Musieliśmy sprzedać Martina Kostala, Jesusa Imaza. Dobrą ofertę dostał Zdenek Ondrasek, Kuba Bartkowski, Dawid Kort, Zoran Arsenić czy Tibor Halilović. Zdawałem sobie sprawę, że będę musiał na nowo budować zespół.

Teraz, jak spojrzymy na Wisłę z perspektywy pierwszego roku mojej pracy, zobaczymy, że z klubu w tym czasie odeszło 11 ważnych lub bardzo ważnych piłkarzy. Naturalne było, że w końcu przyjdzie trudny moment. Że ta drużyna wpadnie w dołek, z którego będzie trzeba się wygrzebać. Miałem swoje przemyślenia i plan, jak ją z tego dołka wyciągnąć. Byłem gotowy dalej prowadzić Wisłę, ale w klubie uznano inaczej. I choć wciąż trochę jeszcze tęsknię za Wisłą, to akceptuję to. Takie życie trenera.

Czy to pana pierwszy wywiad po zwolnieniu z Wisły?

- Tak, pierwszy. Nie chciałem wcześniej rozmawiać, bo uważam, że przy tego typu rozstaniach - bardzo emocjonalnych - nie ma sensu od razu jeszcze bardziej rozdrapywać pewnych spraw. Odmawiałem wywiadów, bo chciałem trochę przeczekać, odetchnąć, spojrzeć na wszystko z dystansu. Zresztą tak umówiliśmy się też z władzami klubu, że nie będziemy tego przez pewien czas komentować.

Okres pracy w Wiśle był dla mnie bardzo energetyczny, wyczerpujący. I choć wiedziałem, że kiedyś musi się skończyć, to jednak moment zwolnienia był dla mnie trudny. Przez całe półtora roku w Wiśle zdecydowanie najtrudniejszy. I to mimo że dostałem ogrom wsparcia. Od kibiców, od władz klubu, no i przede wszystkim od piłkarzy, którzy jak tylko dowiedzieli się o moim zwolnieniu, zasypali mnie wiadomościami. A potem zaprosili na kolację, by mi podziękować za wspólną pracę. Przyszła na nią cała drużyna. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałem. Bardzo miły gest. Jeden z tych momentów, który zostanie ze mną na zawsze, do końca życia.

Zresztą tych dobrych wspomnień z Wisły mam dużo. Zdecydowanie więcej niż tych złych. Nie chcę jednak teraz już o nich mówić, bo te wszystkie historie wciąż wywołują we mnie duże emocje, ale wyłącznie pozytywne. Życie toczy się dalej, a wspomnienia zostają. Nikt mi ich nie zabierze.

Więcej o: