Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Absolutny bohater minionej kolejki ekstraklasy! Właśnie tego im brakowało

Przy dwóch bramkach miał bezpośredni udział: otworzył wynik z rzutu karnego i zaliczył piękną asystę przy golu Gytkjaera. Ale kibice cmokali też z zachwytu, gdy jak Zidane - ruletą minął przeciwnika w środku pola i poderwali się z krzesełek po jego uderzeniu szczupakiem. Darko Jevtić był kluczowym piłkarzem Lecha Poznań w zwycięstwie 4:0 nad Wisłą Płock. I najlepszym zawodnikiem drugiej kolejki ekstraklasy.
Zobacz wideo

Od dwóch lat w rozmowach o Darko Jevticiu obok słowa „potencjał”, zawsze pojawiało się określenie „niewykorzystany”. Kibice pamiętali jak grał wcześniej i widzieli jak gra teraz. Załamywali ręce, mówili o sprzedaży. Ale z Wisłą Jevtić zagrał jak kiedyś i pokazał, że będąc w formie wciąż z miejsca staje się jednym z najlepszych pomocników w lidze. Bo ilu potrafiłoby obsłużyć napastnika takim podaniem, jakie otrzymał Christian Gytkjaer przed strzeleniem drugiego gola?

Darko Jevtić liderem, jakiego brakowało

Jevtić był takim kapitanem, jakiego w Poznaniu chcieli mieć od dawna: biorącym odpowiedzialność za zespół, pomocnym na boisku, mniej gadającym, za to dobrze grającym. Bo czczych gadek o zaangażowaniu, walce i determinacji poznańscy kibice mieli już po dziurki w nosie. Potrzebowali lidera, który wyjdzie na boisko i o tym wszystkim pięknie opowie nogami. Takiego przywódcy brakowało od dawna. Ivan Djurdjević szukał go wkładając opaskę kapitańską na każde ramię po kolei. Szukał tego właściwego, by z czasem, po meczu z Legią przy Łazienkowskiej stwierdzić, że w jego zespole takiego piłkarza po prostu nie ma. - I bardzo go brakuje – dodał wówczas.

Władze doszły do podobnych wniosków i przeprowadziły kadrową rewolucję: klub nie przedłużył wygasających kontraktów, oddał kilku niepotrzebnych piłkarzy, a kibice zastanawiali się czy nie powinien odejść również Darko Jevtić. Też należał do tej przegranej grupy – naznaczonej nieudanymi finałami Pucharu Polski na Narodowym, potknięciem na ostatniej prostej sezonu 2017/2018, kompromitacją w eliminacjach europejskich pucharów czy beznadziejnym poprzednim sezonem. Jemu osobiście kibice wygarniali, że nieprofesjonalnie się prowadzi. Na transparencie wywieszonym podczas meczu z Pogonią Szczecin przeczytał, że jest alkoholikiem i skończy na odwyku. – Ktoś napisał w internecie, że widział mnie w ośrodku leczenia uzależnień, chociaż nigdy tam nie byłem. Przez rok słyszałem, oglądałem i czytałem takie rzeczy. Dostawałem też wiadomości prywatne na moich różnych stronach w social mediach – mówił w rozmowie ze Sport.pl.

Zwracał uwagę, że po raz pierwszy w Lechu przestał być zawodnikiem pierwszego składu, wchodził jedynie na końcówki meczów lub w ogóle nie podnosił się z ławki. - Nie jestem zawodnikiem, który szybko wchodzi w mecz. Dziesięć minut to często za mało, żeby coś zrobić na boisku. Ja muszę poczuć grę. Czasami nie ma mnie przez dziewięćdziesiąt minut, a później gram jedno świetne podanie, którym otwieram kolegom drogę do bramki – opisywał.

To wszystko sprawiło, że sam zastanawiał się czy nie opuścić Poznania, zostawiając za sobą wszystkie te problemy i pomówienia. Kusiły oferty z klubów grających w eliminacjach europejskich pucharów, jak Maccabi Tel Awiw. Ale Jevtić poszedł do prezesów i przekonał ich, że jeszcze ma tutaj coś do udowodnienia. – Nie chciałem odejść po takim sezonie, bo wiem jak dużym klubem jest Lech i jak słaby był w naszym wykonaniu poprzedni sezon. Zawiodło wszystko po kolei, zaczynając od nas piłkarzy – tłumaczył. Kilkanaście dni później zespół wybrał go na swojego kapitana. Ma największy staż w Lechu, zdaniem piłkarzy największe umiejętności i jest zwyczajnie lubiany. Możliwe, że tą opaską chcieli go dodatkowo zmotywować i wywołać efekt Lewandowskiego w reprezentacji, który odkąd został kapitanem, zaczął grać jeszcze lepiej.

„Lech Poznań jest uzależniony od Jevticia” – zdanie wciąż prawdziwe, ale już nie przeraża

Po wywiadzie czułem, że Jevtić jest naprawdę zdeterminowany, żeby udowodnić wszystkim, że wciąż potrafi i wciąż mu się chce. Myślę, że mniej tutaj chodzi o chęć pięknego pożegnania się z Poznaniem, a bardziej o urażoną dumę i podrażnioną ambicję. Na zasadzie: „Alkoholik, tak? No to patrzcie!”. Najpierw asysta z Piastem Gliwice, która pozwoliła Lechowi zremisować na stadionie mistrza Polski, a tydzień później koncert przed własną publicznością. Z wieloma solowymi popisami: efektownymi zwodami w środku pola, otwierającymi podaniami do skrzydłowych, czy wreszcie – „asystą, która cieszy bardziej niż gol”. Bez patrzenia w stronę Gytkjaera, ale dostrzegając jego świetne ustawienie. Z dużym zamachem pozorującym strzał, ale tylko trącając piłkę do prawej strony. W sporym tłoku, ale na wolną pozycję. Lewą nogą. Na tacy.

Poza tym, wykorzystany rzut karny i kilka brakujących centymetrów, by cieszyć się z drugiego gola po tym, jak piłka trafiła w poprzeczkę i spadła tuż przed bramką. Najwięcej strzałów w tym meczu, trzeci po Wołodymyrze Kostewyczu i Pedro Tibie wskaźnik „INSTAT” oraz - co najbardziej zaskakujące – najwięcej udanych odbiorów w całej drużynie (na równi ze środkowym obrońcą Djordje Crnomarković). A przy tym, Jevtić znów grający lekko, swobodnie, poruszający się żwawo po boisku, z głową, która nie ciąży, a wciąż podaje pomysły na rozwiązanie akcji. I to, co w poprzednich sezonach przerażało i oznaczało bicie na alarm, ponownie zaczyna cieszyć. Lech Poznań gra bowiem tak, jak Darko Jevtić.