Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Dziurawy okręt "Lechia". W trzech meczach fazy play-off gdańszczanie stracili osiem goli

Lechia Gdańsk przez trzydzieści kolejek pędziła ku mistrzostwu Polski, ale w fazie play-off na pokład okrętu Piotra Stokowca zaczęła wdzierać się woda. Trener gdańszczan zrobił, co mógł, by załatać dziury, ale efekt znów był mierny: piłkarzom Legii Warszawa trzykrotnie udało się pokonać Dusana Kuciaka. Dzięki wygranej legioniści znów są liderem ekstraklasy.
Zobacz wideo

To, że faza mistrzowska Ekstraklasy jest dla Legii Warszawa ziemią obiecaną, wiadomo było od dawna. Mało kto mógł jednak przypuszczać, że siedem finałowych meczów będzie drogą przez mękę dla mistrza sezonu zasadniczego – Lechii Gdańsk. A jednak w dwóch pierwszych kolejkach fazy play-off piłkarze Piotra Stokowca przeżyli emocjonalne katusze. Okręt, który przez trzydzieści kolejek zmierzał po historyczny tytuł, nagle zaczął przeciekać. W Szczecinie udało się co prawda wylać z pokładu kilka wiader wody i pokonać Pogoń, ale w Gdańsku ta sztuka się nie udała. Legioniści w sobotę wykorzystali słabości gospodarzy i zostali liderem.

Najlepsza defensywa ligi popełnia błąd za błędem

– Mieliśmy kryzys wynikowy, ale nie kryzys gry. Bo nie graliśmy źle, a wyniki były słabe – tłumaczył na konferencji Stokowiec, ale była to jedynie próba czarowania rzeczywistości. W trzydziestu meczach lechiści stracili tylko 25 bramek - najmniej spośród wszystkich drużyn. Defensywa była dumą zespołu 46-letniego szkoleniowca: w jej szeregach wyróżnił się Błażej Augustyn, który z outsidera wyrósł na czołowego stopera ligi; Filip Mladenović, który został powołany do reprezentacji Serbii i zagrał przeciwko Cristiano Ronaldo; twardy niczym głaz Michał Nalepa; i poczynający sobie coraz pewniej w świecie seniorskiego futbolu Karol Fila.

Cechy charakteru Stokowca stały się atutami bloku obronnego Lechii. Na dodatek piłkarze dali od siebie coś ekstra: Augustyn, Mladenović i Nalepa strzelili łącznie dziewięć bramek. W ostatnich meczach wszystko to zostało jednak przesłonięte przez błędy w defensywie, które trzem rywalom w trzech kolejkach play-off pozwoliły zdobyć osiem bramek (licząc spotkanie z Cracovią – dwanaście!). Nie uszło to uwadze Stokowca, który w przedmeczowej rozmowie z TVP zrzucił kłopoty w obronie na skupienie się w ostatnim czasie na... grze w ataku. Żadne tłumaczenia nie zmienią jednak faktu, że niezawodna do tej pory defensywa Lechii to już tylko wspomnienie minionych tygodni. Przegrana 1:3 z Legią jest tego kolejnym dowodem.

Dobre złego początki

Pierwsza połowa meczu w Gdańsku świadczyła jednak o tym, że defensorzy Lechii w końcu się przebudzili. Carlitos po kilkunastu minutach musiał uciekać ze środka boiska w boczne sektory, bo duet Augustyn-Nalepa nie pozwalał mu na rozwinięcie skrzydeł. Świetnie radzili sobie też boczni obrońcy, którzy nie mieli kłopotu z zatrzymaniem Sebastiana Szymańskiego. I gdy wydawało się, że schodzący do szatni przy prowadzeniu 1:0 lechiści będą kontrolować mecz do końca, wróciły demony poprzednich dni. Nagle stołeczni mogli wymienić więcej niż dwa podania, z łatwością wygrywali pojedynki środku pola, pędzili bocznymi sektorami boiska. I zaczęli robić to, po co przyjechali nad morze: strzelać bramki. Zrobili to trzykrotnie.

Gdzie się podziała tamta agresja?

Analizując tracone w ostatnich meczach bramki, można odnieść wrażenie, że piłkarze Lechii zagubili boiskową agresję, która była ich znakiem rozpoznawczym. Krótkie krycie, szybki doskok do rywala, uniemożliwienie oddania strzału – to wystarczyło, aby defensywa klubu z Traugutta zaczęła przypominać mur o który rozbijali się ligowcy. Ostatnio gdańszczanie
przeciwników zaczęli jednak „zatrzymywać” spojrzeniami, co na razie nie wyszło najlepiej.

Najpierw czterech piłkarzy Lechii obserwowało, jak Piotr Parzyszek wygrał przepychankę z Jarosławem Kubickim, poprawiał piłkę i pokonywał Dusana Kuciaka. Przy drugiej bramce Piasta Gliwice nie było nawet przepychanki, bo o kryciu Jorge Felixa zapomniał Joao Nunes, któremu nie pomógł Konrad Michalak i Hiszpan z uśmiechem na twarzy mógł trafić do siatki. W Szczecinie było tak samo: przy pierwszym golu miejsca w szesnastce było tyle, że piłkarze Pogoni wymienili dwa podania, a później Sebastian Walukiewicz (stoper!), spokojnie przyjął piłkę, przymierzył i uderzył tak, jak chciał. Akcji przyglądali się Augustyn z Filą. Identyczny scenariusz miał miejsce przy golu Zvonimira Kozulja. Wtedy strzału z piętnastu metrów nie zatrzymał nikt z kwartetu Augustyn-Nalepa-Lipski-Łukasik. W Gdańsku po raz kolejny sama chęć nie wystarczyła, by przeszkodzić przeciwnikowi. O ile gol Pawła Stolarskiego był dość przypadkowy (piłką nabił go Kubicki), o tyle przy bramkach Kaspra Hamalainena i Iuriego Medeirosa defensywa znów przypominała okręt na który z każdej strony wdziera się woda.

Kryzys rozpoczął remis w derbach

Co się dzieje z Lechią? Najpierw drużyna Stokowca niespodziewanie straciła cztery bramki w meczu z Cracovią, później nie dała rady Piastowi Gliwice (0:2), a w środę dwukrotnie przegrywała z Pogonią Szczecin. I choć po szalonym finiszu lider wygrał 4:3, to po raz kolejny potwierdził, że nie jest w dyspozycji, która gwarantuje skuteczną walkę z Legią. Widać było to szczególnie po przerwie sobotniego spotkania, gdy legioniści nie mieli kłopotu z przedzieraniem się pod pole karne Kuciaka. Dzięki temu zwycięstwu zawodnicy Aleksandara Vukovicia znów są liderami. Przed Stokowcem natomiast kilka dni na kolejną próbę łatania dziur. Bo za okrętem „Lechia” czają się gotowi do ataku Fornalik i jego Piast, któremu wiatr wieje w żagle.