Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Spokój, nerwy, radość. Jak Aleksandar Vuković zachowywał się na trybunach w czasie meczu Lechia - Legia?

- 36 lat na to czekamy, ale chyba w końcu się doczekamy. Tak, tak, tak! - potrząsał jeden kibic drugiego w przerwie meczu. Wtedy fani Lechii byli szczęśliwi, ale później cieszyła się tylko Legia, na czele z Aleksandarem Vukoviciem, który całe spotkanie spędził na trybunie prasowej, w towarzystwie dziennikarzy - spostrzeżeniami po wygranej Legii z Lechią (2:1) dzieli się Bartłomiej Kubiak ze Sport.pl.

Dwie twarze Stokowca

- Spokojnie, spokojnie! - zdawało się, że krzyczał w 2. minucie Piotr Stokowiec. Poderwały się wtedy trybuny, ale też cała ławka rezerwowych Lechii Gdańsk. Wszyscy byli pewni, że za chwilę sędzia Daniel Stefański wskaże na 11. metr, odgwiżdże zagranie ręką Artura Jędrzejczyka we własnym polu karnym. Pewny też był chyba Stokowiec, bo kiedy arbiter czekał na sygnał z wozu VAR, przywołał do siebie piłkarzy i dalej uspokajał, długo rozmawiał z Danielem Łukasikiem. Wybuchł dopiero po chwili. Kiedy sędzia uznał, że nie dyktuje rzutu karnego, skakał, machał rękami, krzyczał. A wszystko tuż przed sędzią technicznym Pawłem Pskitem, który dość spokojnie reagował na nerwy trenera Lechii. A tych było znacznie więcej, bo Stokowiec, choć jego drużyna prowadziła z Legią już od 17. minuty, w pierwszej połowie kilkukrotnie podbiegał z pretensjami do Pskita. W drugiej zresztą też.

Dwie twarze Vukovicia

- Dawaj, dawaj! - krzyczał Aleksandar Vuković, kiedy w 16. minucie Carlitos zagrał do wybiegającego na wolną pozycję Sebastiana Szymańskiego. Wtedy usłyszeliśmy go po raz pierwszy. Po raz drugi - w 27. minucie, kiedy trener Legii mocno uderzył w stół po tym, jak Carlitos zbyt długo zbierał się do strzału. Słychać to było wyraźnie, bo w sobotę Vuković oglądał spotkanie z Lechią w otoczeniu dziennikarzy. Na trybunie prasowej pojawił się na ponad pół godziny przed meczem, a raczej: przemknął niezauważony, bo z założonym na głowie kapturem, siedząc za naszymi plecami, w skupieniu oglądał rozgrzewkę legionistów. Zazwyczaj siada tam Maciej Krzymień - legijny analityk, ale w sobotę to Krzymień został na dole, a na górze pojawił się Vuković. Zmiana miejsc była oczekiwana, bo Vuković - po tym, jak w środowym meczu z Lechem (0:1) kopnął w reklamę - został zawieszony na spotkanie w Gdańsku. Nie mógł prowadzić zespołu - nie uczestniczył ani w przedmeczowej rozmowie z Canal+, ani w pomeczowej konferencji. Legią dowodził Marek Saganowski, czyli asystent Vukovicia, który w poprzednich meczach rzadko podnosił się z ławki. W sobotę Saganowski przestał przy linii całe spotkanie, Vuković całe przesiedział na trybunach. Czy w spokoju? No, powiedzmy... Bo momentów, w których się denerwował, było więcej - np. w 57. minucie, kiedy Michał Kucharczyk oddał niecelny strzał głową. Ale były też momenty radości, bo kiedy Paweł Stolarski strzelał gola na 1:1, Vukovicia już nie tylko było słychać, ale także widać - aż podskoczył ze swojego miejsca. Zresztą tak samo po drugim golu strzelonym przez Kaspra Hamalainena (w 80. minucie), kiedy radość była chyba jeszcze większa. Choć nie tak duża, jak w doliczonym czasie drugiej połowy, kiedy na 3:1 trafił Iuri Medeiros.

Więcej gwizdów, niż braw

Kiedy bramkarze Lechii pojawili się na rozgrzewce, więcej było gwizdów z sektora gości niż braw z pozostałych. Bo stadion Lechii - na niespełna godzinę przed meczem - był prawie pusty. To w zasadzie nic nowego, bo w tym sezonie średnia frekwencja (na ponad 40 tys. obiekcie w Gdańsku) to 12,6 tys. widzów na mecz. Niewiele, ale tym razem stadion był pełen kibiców. To znaczy: byłby pełen, gdyby Lechia nie wyłączyła z użytku górnego sektora za bramką, gdzie siedzieli kibice Legii. Gdyby nie ta decyzja, w sobotę jesteśmy pewni albo niemal pewni, że na stadionie byłby komplet. A tak było - 25 tys. widzów. To i tak dużo, bo ostatni raz na stadionie w Gdańsku tylu kibiców pojawiło się pod koniec października na derbach z Arką (2:1). W tym sezonie, w żadnym innym spotkaniu, Lechia nie może pochwalić się większą frekwencją.

Inna twarz Lechii, inna Legii

Piłkarze Lechii Gdańsk niemal przy każdej okazji podkreślają, że jeszcze nigdy nie byli w tak świadomej szatni. Świadomej, to znaczy takiej, która ani przesadnie nie wybiega w przyszłość, ani nie okazuje nadmiernej radości po zwycięstwach, ani dużego smutku po porażkach. W sobotę radość po strzelonym golu była duża, ale chyba nie tak duża, jak różnica w odczuciach, odbiorze obu drużyn. Jakże różnie bowiem patrzyło się na to, jak gra Legia, a jak Lechia. No i jakże lepiej na Lechię, która od początku meczu była rozbiegana, energetyczna, ale też skoncentrowana. Co innego Legia, która grała ospale, czytelnie, często niedokładnie. Po przerwie, kiedy strzelała gole, wyglądało to już lepiej. Co też jest zasługą Lechii, po której wyraźnie było widać - mniej więcej od 60 minuty - że traci siły.

Tak czy nie?

- 36 lat na to czekamy, ale chyba się w końcu doczekamy. Tak, tak, tak! - potrząsał jeden kibic Lechii drugiego w przerwie meczu. Słowo „chyba” akurat w tym momencie było niepotrzebne, bo niewiele wskazywało, że goście w sobotę są w stanie wywieźć z Gdańska choćby punkt. A już na pewno, że najpierw zapewni go Paweł Stolarski, który już w przerwie wyglądał na takiego, co ma dość. Do szatni schodził sam, jako ostatni, i jako jedyny z legionistów ze spuszczoną głową. Miał powody do przygnębienia, bo to on dopuścił w 17. minucie do bramki Lukasa Haraslina. W 61. minucie, kiedy wyrównał stan meczu, też specjalnie się nie cieszył (przypomnijmy: latem Lechia oddała go do Legii w zamian za Konrada Michalaka - w sobotę zaliczył asystę przy golu Haraslina). Stolarski zaczął świętować dopiero po meczu, kiedy razem z drużyną przez blisko 10 minut cieszył się pod sektorem gości w  Gdańsku, a potem wyszedł do dziennikarzy. - Zaraz tu przyjdzie, spokojnie, pięć minut - rzucił Vuković, który po meczu spotkaniu zszedł na dół, by świętować zwycięstwo razem z piłkarzami.

Więcej o: