Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia Warszawa przeprowadziła "zamach na przeciętność". Wyjątkowe zachowanie kibiców

"Zamach na przeciętność", taki napis widniał na transparencie wywieszonym przez kibiców Legii Warszawa podczas spotkania z Jagiellonią Białystok. Bo mistrzowie Polski właśnie w środowym meczu ten zamach przeprowadzili. Choć jego początek miał miejsce nie na boisku, a w gabinetach, tuż po odejściu Ricardo Sa Pinto i powierzeniu prowadzenia zespołu Aleksandarowi Vukoviciowi i Markowi Saganowskiemu.
Zobacz wideo

Skończyło się udanie, bo gospodarze wygrali 3:0 po bramkach Kaspera Hamalainena, Sebastiana Szymańskiego i Andre Martinsa. Ponad przeciętność wybił się także Radosław Cierzniak, który obronił rzut karny wykonywany przez Guilherme. W środę z mistrzów Polski spadł ogromny ciężar. A może nawet wcześniej, bo luz widać było już na rozgrzewce przed zwycięskim meczem.

Była 66. minuta spotkania, Carlitos w efektowny sposób wycofał piłkę do Andre Martinsa, a ten mierzonym uderzeniem pokonał Mariana Kelemena. Portugalczyk zbiegł do linii bocznej, gdzie dołączyła do niego cała drużyna, łącznie z rezerwowymi. Po jego golu można było poczuć ciężar spadający z piłkarzy warszawskiego zespołu. Bo ten przed meczem był ogromny. A żeby go się pozbyć, potrzeba było zamachu. Ale po kolei.

Rocha? Antolić? Hamalainen? Co to ma być - pytali kibice Legii na Twitterze 90 minut przed początkiem starcia z Jagiellonią, tuż po opublikowaniu składu gospodarzy. O wystawienie tych trzech piłkarzy warszawscy fani mieli największe pretensje do Aleksandara Vukovicia, który wraz z Markiem Saganowskim przejął drużynę po zwolnionym we wtorek Ricardo Sa Pinto. Pretensje, które dość szybko straciły moc, albo traciły z każdą minutą, bo szczególnie Rocha i Hamalainen wyglądali całkiem nieźle. Ten pierwszy dobrze prezentował się na lewej stronie - w defensywie wygrywał pojedynki z Jakubem Wójcickim i Patrykiem Klimalą, a z przodu pomagał Sebastianowi Szymańskiemu. Hamalainen natomiast często brał na siebie ciężar rozgrywania. Równie często pełnił rolę drugiego napastnika, ustawiając się obok, albo przed Carlitosem. Ogólnie Legia wyglądała dużo lepiej niż ostatnio. Ale przez pierwsze pół godziny to „lepiej” nie zawsze oznaczało „dobrze”, bo gospodarze okazje tworzyli, ale - jak za Sa Pinto - seryjnie je marnowali. Albo nawet nie tyle marnowali, co zamiast strzelać, rozgrywali tak długo, że sprawiali wrażenie, jakby z piłką chcieli wejść do bramki rywala.

„Zamach na przeciętność”

Pierwszego gola strzelili w 37. minucie. Konkretnie zrobił to wspomniany wcześniej Hamalainen, który najlepiej odnalazł się w polu karnym rywala i uderzeniem głową pokonał Kelemena. Bramka Fina zbiegła się w czasie z zaprezentowaniem oprawy przez kibiców Legii, którzy najpierw wywiesili transparent z napisem „Zamach na przeciętność”, a później wyjęli flagi i odpalili race. I piłkarze Legii, jakby na znak do walki, ten zamach postanowili przeprowadzić bardzo szybko. Bo jeszcze przed przerwą na 2:0 podwyższył Szymański, efektowną podcinką kończąc jeszcze bardziej efektowne podanie Michała Kucharczyka. Już wtedy czuć było, że Legioniści odetchnęli, że zrzucili z siebie przegrany 0:4 mecz z Wisłą Kraków. Choć luz, prawdopodobnie spowodowany odejściem Sa Pinto, było widać u nich już wcześniej, nawet podczas rozgrzewki. Wcześniej trudno było dostrzec na niej tyle śmiechu, ile przed środowym starciem.

Ciężar spadający z całej drużyny najbardziej zauważalny był jednak po golu trzecim, strzelonym przez Martinsa. Portugalczyk, ostatnio często krytykowany, po wpisaniu się na listę strzelców zatonął w objęciach kolegów z zespołu. Zespołu, który po tym golu pokazał jedność, której ostatnio tak bardzo u warszawiaków brakowało. Poprawę na lepsze pokazały jednak nie tylko zachowania poszczególnych piłkarzy czy całego zespołu, ale także - a może przede wszystkim - statystyki. Bo poza tą najważniejszą warto wspomnieć m.in. to, że starcie z drużyną Ireneusza Mamrota było dla Legii pierwszym w tym sezonie z ponad 10 celnymi strzałami.

Pozytywne wibracje

Po golu Martinsa Legia stała się jakby inna. Jakby przypomniała sobie, że stać ją na zdecydowanie więcej niż w ostatnich tygodniach. Pozytywne wibracje na boisku, pozytywne wibracje wśród kibiców - słyszeliśmy na trybunie prasowej. I rzeczywiście było inaczej, a te pozytywne wibracje dało się odczuć. Vuković wprowadził je samym objęciem drużyny, bo dla kibiców Legii jest „swój”, dla zawodników zresztą też. Nie ma niezrozumiałych zasad, nie narzeka na siedzenia w autokarze i potrafi szybko poprawić nastroje. Poza uzyskanym wynikiem zrobił to jeszcze wprowadzeniem Miroslava Radovicia, dla którego spotkanie z Jagiellonią było pierwszym w lidze od września ubiegłego roku. „Miro Radović!” Zabrzmiało głośno na trybunach po wejściu Serba, który w końcówce pokazał, że wciąż może pomóc drużynie - efektownym zwodem minął Ivana Runje i dośrodkował do Hamalainena.

Trybuny głośno zabrzmiały później jeszcze raz - po końcowym gwizdku. Ale pierwszy raz od dawna nie dlatego, że kibice mieli coś za złe piłkarzom. „Chodźcie do nas!” - krzyknęli do zawodników, z którymi najpierw wspólnie się cieszyli, a później im podziękowali.

Jedno zwycięstwo sezonu może nie uratować, tak jak jeden trening Vukovicia nie zrobił z Legii nowej drużyny. Ale w środę zobaczyliśmy fundamenty zespołu, który w grupie mistrzowskiej walki z Lechią z pewnością nie odpuści.

Więcej o: