Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Legia tak inna, a przecież taka sama

Od 0:4 w niedzielę ze sklejoną w ostatniej chwili Wisłą Kraków do 3:0 w środę z wicemistrzem Polski. Taką przemianę przeszła Legia Warszawa, która od tej sprzed trzech dni różniła się przecież nieznacznie.
Zobacz wideo

W 43. minucie Michał Kucharczyk podał tak, że można było mieć wątpliwości czy to jeden z najczęściej obśmiewanych zawodników ekstraklasy, czy środkowy pomocnik z najwyższej europejskiej półki. Sekundy później finezyjną podcinką popisał się Sebastian Szymański i Legia prowadziła z Jagiellonią 2:0. Legia, której przemiana z rozbitych jednostek w zorganizowaną i skuteczną drużynę, zajęła raptem trzy doby.

Ale nie jest tak, że Aleksandar Vuković i Marek Saganowski okazali się magikami i pewnego zwycięstwa mistrza Polski z Jagiellonią nie można było przewidzieć. Przecież niemal tę samą przemianę obserwowaliśmy rok temu, gdy teoretyka - Romeo Jozaka - na Łazienkowskiej zastępował trener z minimalnym doświadczeniem - Dean Klafurić. Chorwat postawił wtedy na doświadczenie. Na piłkarzy najbardziej obytych z ekstraklasą, którzy w kluczowym momencie wyszarpali Legii mistrzostwo.

Vuković i Saganowski, czyli duet czujących klub legionistów, zrobi teraz dokładnie to samo. Tymczasowy trener Legii, w porównaniu do meczu z Wisłą, dokonał trzech zmian w podstawowym składzie. Oprócz wracającego po zawieszeniu Williama Remy'ego, w pierwszej jedenastce znaleźli się też Kucharczyk i Kasper Hamalainen. Podanie pierwszego najlepiej obrazuje trzydniową przemianę warszawiaków. Szykujący się do odejścia z Legii Hamalainen, który u Ricardo Sa Pinto w pierwszym składzie znalazł się raptem trzy razy, za zaufanie Vukovicia odpłacił się golem na 1:0. Pierwszym w tym sezonie.

W kadrze na środowy mecz znalazł się nawet Miroslav Radović, o którym Dariusz Mioduski powiedział w poniedziałek, że to piłkarz znający już swoje miejsce w szeregu. Zawodnik, znajdujący się po drugiej stronie rzeki. Okazało się jednak, że Vuković Radovicia potrzebuje. I nawet wpuścił go na boisko. W meczu ligowym zdarzyło się to po raz pierwszy od września. 

Legia Warszawa personalnie zmieniła się minimalnie. Na boisku przepaść

Legia Warszawa z meczu z Wisłą od Legii z meczu z Jagiellonią personalnie różniła się minimalnie. Ale na boisku to była przepaść. Mistrz Polski wreszcie wyglądał na zespół poważny. Legioniści biegali, walczyli jeden za drugiego, tworzyli niezłe akcje i sytuacje bramkowe. I wygrali bezdyskusyjnie, co o zbieraninie Sa Pinto w tym roku można było powiedzieć tylko raz, po zwycięstwie nad beznadziejną Miedzią.

Legia zrobiła pierwszy krok w pogoni za liderem z Gdańska. Nie jest jednak też tak, że ekipa Vukovicia całkowicie wyzbyła się błędów popełnianych za poprzednika. Zwłaszcza na początku meczu niepewnie wyglądała obrona, masę pojedynków przegrywał Luis Rocha. Stare grzechy wróciły też przy wyniku 2:0, kiedy teoretycznie kontrolujący przebieg meczu legioniści, nagle dali się zepchnąć do głębokiej obrony. Wszystko skończyło się dla nich szczęśliwie, bo rzut karny obronił zastępujący Radosława Majeckiego, Radosław Cierzniak. Chwilę później trzeciego gola wbił Andre Martins.

Oglądając mecz z Jagiellonią można było mieć deja vu. Mistrz Polski, po solidnym wstrząsie, z dnia na dzień się przebudził, na nowo rozpalając własnych kibiców. Przy linii bocznej cieszył się Vuković, na boisku rządził Kucharczyk, pojawił się na nim też Radović. Legia w środę była zupełnie inna, choć przecież taka sama.

  

Więcej o: