Marko Vejinović - pilny uczeń Petera Bosza. Oto nowy zawodnik Arki Gdynia

Arogancki i dumny, ale nie na tyle, żeby przekroczyć niewidzialną granicę. Chociaż często na niej balansował. Kiedy miał 18 lat, zażądał od Louisa van Gaala wyjaśnień, dlaczego gra tak niewiele. Nic dziwnego, że większość jego byłych trenerów jest zgodna - Marko, mimo talentu i chęci do nauki, nigdy nie ułatwiał im zadania. 29-latek najbliższe pół roku spędzi na wypożyczeniu w drużynie Zbigniewa Smółki.
Zobacz wideo

Charakter kontrolowany

– Dostrzegli go dzięki zaangażowaniu, ten chłopak miał potężny zapał do nauki. Okazało się, że jest najlepszy w swoim roczniku. Ale obok tego kroczyła duma. Marko był świadomy swoich możliwości i już wtedy znajdował się zaledwie o krok od przekonania, że jest lepszy od innych – wspomina Mike Kolf, jeden z jego pierwszych szkoleniowców, w rozmowie z holenderskim portalem „Mijn Voetbal Talent”.  

Jego osobowość można zrzucić na karb wychowania. Rodzice Vejinovicia przeprowadzili się do Holandii w końcówce lat 60., ale nigdy nie pozwolili zapomnieć mu o korzeniach. W tym samym artykule czytamy, że wychowano go według bałkańskiej szkoły. Dorastał w atmosferze miłości do rodziny, ale i ambicji, wysokich wymagań. Dlatego od początku pragnął być najważniejszy na boisku, a dla młodego chłopaka nic nie jest bardziej istotne od strzelania bramek. Uparcie chciał grać na szpicy. – Kolf miał co do mnie inne plany. Powiedział mi, że nie jestem napastnikiem i powinienem grać na „dziesiątce” – opowiada zawodnik. W ten sposób nie utemperował jego charakteru. Za każdym razem, kiedy na treningach ćwiczyli rzuty wolne, przybiegał do szkoleniowca i przepychał się do piłki. A trener nie widział w tym problemu. Wręcz przeciwnie, lubił jego podejście.

Inaczej postrzegali to w akademii Ajaksu. – Jasne, że miał talent, ale bywał arogancki. Nie czuł odpowiedzialności, bo uważał, że od tego są  koledzy z drużyny. A do tego był strasznie uparty. W „De Toekomst” próbowaliśmy przesuwać go z „dziesiątki” na pozycję numer „6” lub „4”, ale on zawsze stawiał na swoim. Często tego typu zachowanie doprowadzało do rozmów z jego ojcem – podkreśla w tym samym artykule Arnold Muhren, szkoleniowiec Ajaksu C2.  Po siedmiu latach walki z wiatrakami i narastającego niezadowolenia, Vejinović zdecydował się na zmianę otoczenia. Dzięki Kolfowi trafił do AZ Alkmaar, gdzie jego silna osobowość nie była postrzegana w kategorii problemu. No, przynajmniej na początku – Mówili mi, że Marko ma trudny charakter, ale ja tego nie doświadczyłem. Owszem, był niecierpliwy i od pierwszego  dnia chciał konkurować z Moussą Dembele. A przecież miał zaledwie siedemnaście lat! – mówi Michel Doesburg. On przede wszystkim pamięta dumnego chłopaka, który miał wielki talent i mentalność Bałkana.

Przemyślana decyzja

Tylko że Marko ciągle chciał więcej i nie miał zamiaru trzymać języka za zębami. Przekonał się o tym m.in. Louis van Gaal, któremu pomocnik pewnego dnia złożył nieoczekiwaną wizytę. 18-letni Vejinović zażądał wyjaśnień, dlaczego dostaje tak mało szans. W odpowiedzi usłyszał jedynie, że sztab pokłada w nim spore nadzieje. – Cały czas słyszałem, że mój czas w końcu przyjdzie. Ale ja chciałem grać – tłumaczy decyzję na łamach „BeNeFoot”. Z tego powodu, kiedy dostał ofertę przedłużenia kontraktu o kolejne cztery lata, ale bez zapisu o regularnej grze, odrzucił ją bez większego zawahania.

Mimo porywczego charakteru, Holender nie poszedł za ciosem i nie wymyślił sobie zagranicznego transferu tylko po to, żeby udowodnić coś swoim byłym trenerom. Mógł iść do Parmy lub Herthy, rzekomo pojawiło się zainteresowanie ze strony Realu Madryt, ale on kierował się czymś zupełnie innym. – Jeśli chodziłoby mi o pieniądze, zostałbym w AZ. Ale ja mam swój honor, więc wybór między siedzeniem na ławce za dużą kwotę a grą w piłkę za nieco mniejszą, jest dość prosty – mówi bardzo przytomnie w rozmowie z „Mijn Voetbal Talent” po czym dodaje, że przeprowadzając się za granicę trzeba mieć pozycję wyjściowego gracza, a nie młodego talentu, który jeszcze niewiele pokazał.

Właśnie takiego gracza pamiętają w Heraclesie Almelo. – Marko doskonale wiedział, czego oczekuje. Z jednej strony był niesamowicie ambitny, z drugiej jeszcze bardziej uparty. Ale nie w sposób irytujący. Po prostu miał silnie ugruntowane zdanie – wspomina Gertjan Verbeek, który w następnym sezonie objął stanowisko trenera AZ. Praca ze szkoleniowcem pozwoliła pomocnikowi wykonać krok do przodu. – Źle się czułem we własnym ciele, byłem trochę w dołku. Przez lata powtarzali mi, że mam talent itd. Ale gdzie ten talent się kończy? Byłem jednym z tych wspaniałych zawodników, którzy schodzą z boiska w czystych spodniach – piłkarz przyznał w tym samym artykule, że nadszedł czas na zmiany.

Ręka Petera Bosza

Vejinović pod skrzydłami wymagającego trenera nabrał ogłady. Już od kilku lat nie uważał, że napastnik odgrywa najważniejszą rolę na boisku. Teraz był o krok od kolejnego „małego” przełomu w postrzeganiu piłki nożnej. – W telewizji dostrzegasz jedynie dziesiątkę. Widzisz jak zawodnik na tej pozycji kreuje sytuacje bramkowe, asystuje, strzela. Dopiero z wiekiem zdajesz sobie sprawę, że to nie o to chodzi – wyjaśnia zmianę w sposobie myślenia na łamach „Mijn Voetbal Talent”.  Holender przyznaje, że potrzebował nie tylko czasu i doświadczenia, żeby to zrozumieć, ale również odpowiednich osób: – Peter Bosz i Hendrie Kruzen przekonali mnie, że moja przyszłość znajduje się w strefie bezpośrednio przed linią obrony. Dużo ze mną rozmawiali, pokazywali schematy.

Marko potrzebował czasu, żeby wcielić się w nową rolę, ale najważniejsza transformacja zaszła w jego głowie. (Tylko) dlatego Peter Bosz był w stanie wykorzystać pełnię możliwości pomocnika. – Najpierw wycisnął maksimum z Vejinovicia-dziesiątki, a później upewnił się, że pozostałe elementy jego gry również będą się rozwijać. W ten sposób zaczął grać na środku pomocy, a czasem nawet przejmował obowiązki środkowego napastnika – pisze Priya Ramesh w obszernym artykule na portalu „BeNeFoot”. Redaktor zwraca uwagę, że w systemie preferowanym przez holenderskiego trenera, Vejinović mógł sobie pozwolić na sporo wolności, niezależnie od wykonywanych zdań. – Pojawiał się na flankach, a zaraz przesuwał za napastnika – uzupełnia wypowiedź.

Holender czuł się na tyle dobrze w drużynie Bosza, że kiedy szkoleniowiec opuścił Almelo, on ruszył w jego ślady. W 2013 roku na zasadzie wolnego transferu wylądował w Vitesse i początkowo miał spory problem, żeby w ogóle przebić się do składu. – Dopiero kiedy Theo Janssen zerwał więzadła w kolanie i zakończył karierę, pojawiła się przed nim szansa. Bosz zdecydował się przesunąć go z „dziesiątki” na pozycję numer sześć – kontynuuje autor artykułu. Marko potrzebował trochę czasu, żeby przystosować się do nowej roli, ale proces przebiegał podobnie jak w Almelo. – Jego wcześniejsze obowiązki uzupełniają rolę typowej „szóstki”. Nie tylko skupia się na odbiorze, ale bezpośrednio po nim stara się grać do przodu. Albo drybluje, albo szuka kolegów prostopadłym podaniem – tłumaczy Ramesh. Zaznacza również, że Vejinović wielokrotnie musiał realizować obowiązki defensywnego pomocnika, który rygluje strefę bezpośrednio przed linią obrony w systemie 4-1-2-3. – Wówczas był nieco ograniczony, ale udowodnił, że daje sobie radę nawet w takiej sytuacji. Bosz miał wobec niego bardzo wysokie oczekiwania. Publicznie mówił o rozczarowaniu jego postawą po niektórych spotkaniach, zwracając uwagę, że powinien mieć większy wpływ na grę i być bardziej konsekwentny – podsumowuje.

Trzy drogi

Kolejne obowiązki i coraz większa wszechstronność sprawiły, że zawodnikiem zainteresowały się aż trzy piłkarskie federacje. Chociaż urodził się w Holandii i rozegrał kilka meczów na poziomie reprezentacji młodzieżowych Oranje, to jego korzenie pozwalają mu na reprezentowanie barw zarówno Serbii, jak i Bośni.

- Moja mama, Milka, pochodzi z miasta Zune (przyp. red. na terenie Republiki Serbskiej w Bośni), a tata, Dragan, urodził się w serbskim Cesteregu. Zaraz po wkroczeniu w dorosłość przeprowadzili się do Holandii i dopiero tam się poznali – opowiada o korzeniach i zbiegu okoliczności na łamach serbskiego portalu „Novosti”. Nie tylko kwestia jego pochodzenia jest skomplikowana. Marko po ukończeniu 18. roku życia zmienił nazwisko z „Matic” na „Vejinović”. Nie dlatego że nagle zaczął się utożsamiać z jednym krajem bardziej, a ze względu na rodzinę ojca.  – Po jego stronie nie było żadnych szans na przekazanie dalej nazwiska, więc razem z bratem stwierdziliśmy, że możemy zrobić chociaż tyle – tłumaczy decyzję.

Ostatecznie po miesiącach papierkowej roboty i rozmowach ze stroną serbską oraz bośniacką, pomocnik w 2015 r. dostał powołanie od Danny’ego Blinda na mecz Holandii z Walią (wygrana 3:2). Nie doczekał się jednak debiutu – całe spotkanie spędził na ławce rezerwowych.

Jego kariera układała się całkiem pomyślnie aż do października 2017 roku, gdy w starciu AZ-Feyenoord (porażka 0:4) zerwał więzadła krzyżowe i wypadł z gry na cały rok. – Pewnie, że rehabilitacja to nic fajnego, ale wkładam w nią mnóstwo energii. Każdego dnia czuję się silniejszy – mówił po sześciu miesiącach w rozmowie na łamach „Feyenoord Magazine”. Z wywiadu dowiadujemy się, że Marko ćwiczył na bieżni antygrawitacyjnej (przyp. red. technologia Anti-Gravity Treadmill), żeby stopniowo pobudzić mięśnie do działania. – Dzięki temu byłem w stanie przez dwie godziny dziennie trenować w warunkach masy ciała zmniejszonej do 90% ciężaru – tłumaczy zasady funkcjonowania urządzenia.

Vejinović na każdym etapie kariery, niezależnie od okoliczności, doskonale wiedział, czego oczekuje od życia. Podobnie zachowuje się na boisku. Zamiast polegać na warunkach fizycznych, wykorzystuje inteligencję. – Magiczny Marko nie jest bykiem w środku pola. Stara się przechytrzyć przeciwnika, być w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i odzyskać piłkę w newralgicznej strefie – podkreśla Priya Ramesh z „BeNeFoot”. I właśnie to może posłużyć za podsumowanie umiejętności Holendra, który potrzebował czasu, żeby schować dumę w kieszeń oraz w końcu zaufać trenerowi.

Więcej o: