Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Legia Warszawa. Salvador Agra, piłkarz z rybackiej rodziny

Wybrał inną ścieżkę niż jego rodzice, a wcześniej dziadkowie. Zamiast wypływać na Atlantyk, on wolał podróże od klubu do klubu. I jeśli ktoś spodziewa się słowa sprzeciwu ze strony najbliższych - tu go nie będzie. Pojawią się za to wsparcie i zaufanie, niezależnie od okoliczności. 27-letni Portugalczyk związał się z Legią 2,5-letnią umową.
Zobacz wideo

Caxinas, od mgły i „sardinheiros”

- Są moją siłą i całym moim życiem – dobitnie podkreśla w rozmowie z „ABC de Sevilla” na krótko po przeprowadzce do Sewilli. Jest dumny z pochodzenia i korzeni. – Kiedy grałem w Olhanense, nie przeszkadzała im odległość. Mimo pięciogodzinnej podróży pojawiali się na każdym meczu. I teraz będzie tak samo – kontynuuje z pełnym przekonaniem. Nie ma powodów, żeby wątpić.

Opowiada, że ojciec parał się rybołówstwem od 14. roku życia, a mama zawsze mu pomagała. Nie mieli stuprocentowego prawa głosu w wyborze przyszłości. Przeznaczenie narzuciły ziemia i przodkowie. – Moi rodzice kontynuowali tradycje dziadków, którzy całkowicie oddali się oceanowi – wyjaśnia i za chwilę dodaje, że taka właśnie jest dzielnica Caxinas, na granicy Póvoa de Varzim i północnej części Vila do Conde. Skromna i rodzinna.

Caxinas prawdopodobnie pochodzi od gęstej mgły. To ona ogranicza pole widzenia rybakom, gdy budzą się przed świtem, często jeszcze w środku nocy, by rozpocząć pracę. Jest w tym jednak coś więcej niż płatająca figle aura. Caxinas nosi w sobie historię podziałów społecznych z XIX wieku. Przyjmuje się, że „lanchoes”, elita i posiadacze łodzi umożliwiających połów ryb głębinowych, zapoczątkowała wędrówkę na południe kraju w związku z postępującą urbanizacją tamtejszych terenów. Tym samym w Caxinas pozostali „sardinheiros”, głównie z Póvoa de Varzim. Ludzie najbiedniejsi i pozbawieni jakichkolwiek przywilejów.

W pewnym sensie rozwarstwienie społeczeństwa znajduje swoje odzwierciedlenie w sympatiach klubowych. – Zdecydowana większość kibicuje Rio Ave, ale ja wybrałem ścieżkę mojego ojca i dziadka. Oni pochodzą z Varzim, a ja tam zacząłem karierę – Salvador Agra tłumaczy w tej samej rozmowie wybór pierwszej drużyny. Poszedł pod prąd, ale nikt nie miał mu tego za złe. – Dzięki rodzicom miałem lepszy start. Na pewno zdecydowanie lepszy niż oni, kiedy byli dziećmi. Dali mi wszystko, a jednocześnie nigdy nie zmuszali mnie do kontynuowania rodzinnych tradycji – mówi o wdzięczności, silnej więzi i dumie. Dlatego podkreśla, że nigdy nie czuł się samotny. Nawet, kiedy był zupełnie nowy w Olhanense i zmarła jego babcia. – Odtąd zawsze myślę właśnie o niej, kiedy strzelę gola lub zrobię coś ważnego – kończy.

Starszy kolega

Ale Caxinas to nie tylko więzi rodzinne. To też sąsiedzi, których traktuje się jak rodzinę. Tradycja zobowiązuje – zarówno ta rybacka, jak i piłkarska. Salvador Agra w ten sposób poznał Fabio Coentrao. Pewnie trochę przypadkowo, bo po prostu po sąsiedzku. – Znam go praktycznie od dziecka. Mieliśmy wspólnych znajomych i w pewnym sensie traktuje go jak brata – opowiada w rozmowie z „ABC de Sevilla”.

Chociaż bohater tej historii był zawsze „tym młodszym”, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby kolegował się z Coentrao. – Przychodziłem do niego do domu i graliśmy w pokera. Fabio jest bardzo dobrą osobą. Nasi rodzice też się znają, wszyscy rybacy spotykają się co weekend w kawiarni, żeby miło spędzić czas – po raz kolejny podkreśla znaczenie więzi rodzinnych.

Aż do momentu przenosin do Sewilli, Salvador i Fabio nigdy nie mieli okazji zagrać przeciwko sobie. No, poza jakimiś podwórkowymi grami. – Zaraz po tym, jak podpisałem kontrakt z Betisem, wysłał mi smsa, w którym życzył mi przede wszystkim dużo siły i napisał, że wszystko się ułoży. Praktycznie przez cały czas mieliśmy kontakt – opowiada o przyjaźni, która nie osłabła nawet po przeprowadzce.

W tym okresie tylko jeden jedyny raz nie rozmawiali przez cały tydzień. Bezpośrednio przed meczem Betis-Real Madryt. Agra nie strzelił gola, ale jego drużyna i tak wygrała (1:0). Większość mediów hiszpańskich obiegł komentarz Portugalczyka po tym spotkaniu: - Przecież każdego dnia nie wygrywa się z Realem, prawda? – nie ukrywał radości.

Przygotowane uczucie

Ze swojej przygody z Betisem na pewno nie zapamiętał jedynie tej wygranej. Silnych emocji, które towarzyszyły mu bezpośrednio przed i po transferze, nie da się tak łatwo wyciąć z pamięci. Do Sewilli nie przeprowadził się w ciemno, bez żadnej wiedzy o mieście, klubie i kibicach. Wręcz przeciwnie – Agra podszedł do sprawy bardzo profesjonalnie, chociaż trochę „na swój sposób”.

Pierwsze dni minęły mu bardzo szybko. Na portalu „ABC de Sevilla” czytamy, że po złożeniu podpisu pod umową dostał listę z ośmioma mieszkaniami do wyboru. Trudno się dziwić, że nie miał czasu na zwiedzanie i dokształcanie z historii klubu. Przezornie, przygotowań nie zostawił na ostatnią chwilę: - Po prezentacji dostałem koszulkę z krótkim rękawem i od razu mi się spodobała, ale czytałem w internecie, że od następnego sezonu ma się zmienić firma – mówi w artykule, który ukazał się w dzienniku „As”. Nie jest to jedyna informacja, jaką może się pochwalić.

W relacji Juana Jimeneza i Jose Espiny pojawia się znacznie więcej detali. Salvador Agra całuje herb i w tym geście nie ma nic udawanego. Zanim zdecydował się na przeprowadzkę obejrzał wiele meczów i nauczył się nazwisk zawodników. Zresztą, nie tylko jest w stanie ich rozróżnić, ale i powiedzieć, kto ma najwięcej goli i kogo można uznać za fundament drużyny. Już wtedy jest świadomy, że nie będzie mu łatwo przebić się do pierwszego składu. - Poznałem nie tylko klub i jego historię, ale również kibiców – podkreśla Portugalczyk w rozmowie z „Marcą”, po czym dodaje, że to właśnie entuzjaści „Verdiblancos” mieli duży wpływ na jego decyzję. I chociaż jego przygoda z Sewillą rozpoczęła się niczym najszczęśliwsza bajka, to jej nastrój szybko stał się znacznie bardziej depresyjny.

Od bajki do rzeczywistości

W obronie gracza stanął trener Eduardo Esteves, który odkrył go kilka lat wcześniej w lokalnym Varzim. – Salvador przede wszystkim potrzebuje przestrzeni za obrońcami przeciwnika. Inaczej nie będzie w stanie pokazać tego, co potrafi. A potrafi naprawdę dużo. To typowy game changer, świetnie radzi sobie w pojedynkach 1 na 1, precyzyjnie wykonuje rzuty wolne i bardzo dobrze czyta grę – mówi w wywiadzie dla portugalskiej gazety „Record”. Nie koncentruje się jedynie na umiejętnościach technicznych, ale i mentalności. – To jedna z jego najmocniejszych stron. Nigdy się nie poddaje – uzupełnia wypowiedź.

Szkoleniowiec nie wypowiada się jednak w samych superlatywach. Podkreśla, że Agra zawsze daje z siebie 200%, ale po takim wysiłku często musi zwolnić i z tego biorą się przestoje w jego grze. Być może właśnie to miało wpływ na serię wypożyczeń.

Sam zawodnik nie chowa urazy, a już na pewno nie złorzeczy swojej byłej ekipie, ale nie do końca rozumie, co poszło nie tak. – Nie zmieniłem się. Ani teraz (przyp. red. rozmowa z „Estadio Deportivo” z 2016 r.), ani jak byłem w Betisie. Od początku pokochałem ten klub, a później pojawiły się rzeczy zupełnie niezrozumiałe – Portugalczyk próbuje wrócić pamięcią do wydarzeń sprzed kilku lat. Ostatecznie wyciąga wniosek, że nie został obdarzony wystarczającym zaufaniem, żeby mógł stać się lepszym piłkarzem. – Mimo wszystko pozostały mi same dobre wspomnienia. W Sewilli nadal mam wielu przyjaciół. Chcieli, żebym został, zawsze trzymali moją stronę, ale dla mnie liczyła się regularna gra – mówi w wywiadzie z Enrique Garcią.

Nic więc dziwnego, że dziennikarz próbował dowiedzieć się czegoś więcej na temat relacji na linii Salvador Agra-Pepe Mel. – O to musisz zapytać trenera. Rozmawiałem z nim na samym początku, kiedy miałem zaledwie 20 lat, byłem sam w mieście i klubie. Usłyszałem tylko „niczym się nie martw, jesteś młody, nie możesz przyjść do nowej ekipy i myśleć, że będziesz grał we wszystkich meczach” – relacjonuje zawodnik z nutą goryczy. Co nie oznacza, że żałuje.

Trener, który widział siebie

Można jednak odnieść wrażenie, że Salvador Agra znacznie częściej zaskarbia sobie sympatię trenerów aniżeli ich niechęć. Na wypożyczenie z Betisu do Coimbry nie poszedł z powodów czysto sportowych. Ogromną rolę w podjęciu tej decyzji odegrał szkoleniowiec.

Sergio Conceicao prowadził portugalskiego skrzydłowego jeszcze w Olhanense. – Znam go od dawna, to on nauczył mnie pewności siebie, wiary we własne możliwości. A poza tym lubię jego metody treningowe. Już w Olhanense zdałem sobie sprawę, że potrafi stworzyć niesamowitą atmosferę w zespole – tłumaczy wybór w rozmowie z portugalską gazetą „Record”. Co ciekawe, to działa w dwie strony. Nie tylko Agra ceni szkoleniowca, ale przede wszystkim on bardzo zabiegał, żeby ściągnąć Portugalczyka do swojej ekipy.

W artykule Francisco Frederico, który ukazał się na portalu „Mais Futebol” czytamy, że trener dostrzega w Salvadorze siebie sprzed lat. I bynajmniej nie jest to fantazja dziennikarza. – Nie pierwszy raz pada takie porównanie – uśmiecha się. Tłumaczy, że może chodzić o styl gry i nie kryje zadowolenia. – Był świetnym zawodnikiem, grał w wielkich klubach. Każdy marzy, żeby być tam gdzie on – Agrę rozpiera duma. Za chwilę wybuchnie śmiechem, gdy redaktor zasugeruje, że porównania biorą się z podobnego wzrostu trenera i piłkarza. Zdecydowanie woli tłumaczyć je „pazurem”, ambicją i wolą walki. – Co we mnie widzi? Może właśnie tę bitwę o każdą piłkę, każdy fragment boiska, jakby miał być ostatnim. Może jeszcze o stałą gotowość do pomocy – wyjaśnia już bardziej poważnym tonem.

Bo zdecydowanie nie można mu odmówić zaangażowania. Nie tylko na boisku, ale również w życiu – gdy trzeba zawalczyć o swoje. Wiele wskazuje na to, że te cechy wyssał wraz z mlekiem matki. W jego rodzinie od pokoleń walczy się z żywiołami, dlatego odwagę ma we krwi.