Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Wisła Kraków nad przepaścią. Mieli być inwestorzy i pieniądze, a nie będzie ani tego, ani tego. Piłkarze mogą zacząć masowo rozwiązywać kontrakty

Wisły Kraków jest nad przepaścią. Piłkarze mieli obiecane, że do piątku 14 grudnia dostaną zaległe pieniądze. W czwartek jednak grupa inwestorów zrezygnowała ze starań o przejęcie Wisły. Odstraszyły ich informacje o skali zadłużenia. Teraz zawodnicy zaczną grać na rozwiązanie kontraktów?
Zobacz wideo

Sytuacja Wisły Kraków jest dramatyczna. Według naszych ustaleń realny dług wynosi 22 mln 600 tys. zł. Klub licznym podmiotom zalega łącznie ok. 30 mln, ale część tego długu jest zabezpieczona wpływami z praw telewizyjnych (objęte taką cesją jest m.in. 5 mln zł, które trafi na konta krakowskiego ratusza). Najbardziej palącym problemem są obecnie zaległe pensje piłkarzy i sztabu szkoleniowego. Te zaległości wynoszą aż 6 mln zł (łącznie z wypłatami za grudzień będzie to 7 mln). Jak ustalił Sport.pl, miesięczne utrzymanie pierwszej drużyny kosztuje 800 tys. zł (150 tys. kosztuje sztab) i w takim tempie – milion na miesiąc – powiększa się finansowa dziura.

Niespełniona obietnica

We wtorek piłkarze planowali masowo złożyć pisma z wezwaniem do uregulowania zaległości (w takim wezwaniu piłkarz wyznacza termin spłaty zaległości nie krótszy niż 14 dni, a jeśli klub nie ureguluje zaległości w tym terminie, piłkarz ma prawo do rozwiązania kontraktu), ale grupa inwestorów na czele z Wojciechem Kwietniem (właścicielem sieci aptek „Słoneczna”) i Wiesławem Włodarskim (szefem firmy FoodCare) zapewniła ich, że do piątku pieniądze będą wypłacone. – Udało się im uzbierać te kilka milionów, ale gdy na spokojnie policzyli sobie wszystkie zobowiązania, które obowiązkowo będą musieli wypełnić do 31 marca, aby otrzymać licencję na grę w Ekstraklasie, to zwątpili. W tej chwili nie stać ich na taki wysiłek finansowy i w czwartek się poddali – mówi nam jedna z osób zaangażowanych w negocjacje. Taką wersję wydarzeń potwierdził klub, który na Twitterze opublikował oświadczenie w którym poinformował, że „Potencjalni inwestorzy: Wojciech Kwiecień, Wiesław Włodarski, Dasta Invest i Antrans podjęli decyzję o rezygnacji z planów przejęcia Wisły Kraków SA”.

Piłkarze zaczną masowo rozwiązywać umowy?

W kasie klubu nie ma dziś żadnych środków na bieżącą działalność. Pieniędzy nie otrzymują nie tylko piłkarze, ale i szeregowi pracownicy. Kasa z Canal+ została już zajęta na poczet długów, nie wpłyną żadne transze z przeszłych transferów piłkarzy. Trochę grosza wpadło na konta ze sprzedaży biletów po meczu z Jagiellonią Białystok (21 grudnia podobnie będzie po spotkaniu z Lechem Poznań), ale środki z wejściówek to tylko kropla w morzu potrzeb. Wisła potrzebuje dziś kroplówki, nie kropli.

Ratunkiem mogłaby być sprzedaż któregoś z piłkarzy (Jesusa Imaza ma obserwować Lech), ale zainteresowane kluby wolą poczekać kilka tygodni i piłkarzy pozyskać za darmo. Jeśli nie stanie się cud, piłkarze w poniedziałek mogą zacząć składać wnioski o rozwiązanie kontraktów. – Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, bo przed meczem z Wisłą Płock byliśmy pewni, że wszystko zostanie załatwione. Taką informację otrzymała rada drużyny. Teraz skupiamy się tylko na meczu, a po nim porozmawiamy co dalej – mówi nam jeden z zawodników.

Nad Wisłą wciąż ciążą także przegrane procesy m.in. z Milanem Jovaniciem czy Marko Jovanoviciem. Swoje pieniądze w FIFA chce wyegzekwować Carlitos. Wszystko to sprawia, że chętny, który chciałby uratować klub, musi mieć na starcie co najmniej 15 mln zł. To przerosło możliwości wspomnianej grupy inwestorów. Innego poważnego kandydata brakuje.

Trzy firmy, ale zero konkretów

Jak dowiedzieliśmy się na Reymonta, obecnie w grze o Wisłę pozostają jeszcze trzy firmy. Dwie z nich to reprezentują kapitał zagraniczny, jedna – polski. Gotowość do rozmów wyraziła polska firma budowlana, która niedawno była o krok od przejęcia klubu, ale w ostatniej chwili wycofała się z ustaleń. Problemem Wisły jest obecnie czas. – Deadline był co najmniej miesiąc temu. Teraz została tylko nadzieja, że zdarzy się cud. Praca trwa po dwadzieścia godzin na dobę, ale perspektywy są słabe – tłumaczy Sport.pl nasz rozmówca z Wisły. Gdyby sytuacji w Wiśle nie udało się teraz opanować, klub prawdopodobnie będzie zdegradowany do IV ligi.