Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Arka Gdynia - Wisła Kraków 4:1. Puzzle trenera Zbigniewa Smółki

31 strzałów, z czego 12 celnych i prawie 500 wymienionych podań, których procent dokładności zatrzymał się na liczbie 84. Spokojnie można sobie wyobrazić hierarchię założeń przedmeczowych i jedno z nich zakreślone w kółko: ma nie być straconych piłek.

Szacunek do gry

Same statystyki nie wystarczą, żeby zrozumieć, jaki kawał dobrej roboty wykonują sztab szkoleniowy i drużyna z Gdyni. Ktoś mógłby pomyśleć, że graczom przyświeca myśl „a może tym razem się uda” i dlatego uderzają w kierunku bramki z każdej możliwej pozycji – byleby nikt nie zarzucił im braku walki. Ktoś inny natomiast stwierdziłby że bezradnie wymieniają futbolówkę w obrębie linii obrony – bez ryzyka i zdobywania terenu.

A tak właściwie robią zupełnie odwrotnie. Arkowcy nie kalkulują. Starają się, żeby piłka krążyła między zawodnikami możliwie jak najdłużej i w różnym tempie. Stwarzają sobie coraz więcej sytuacji i znacznie częściej próbują je kończyć strzałem. Również z dystansu, co doskonale było widoczne po przerwie.

Nie oznacza to jednak, że trener Smółka nie ma planu na swoich podopiecznych. Wręcz przeciwnie, można odnieść wrażenie, że najpierw dokładnie odrysował kształty, a później wyciął je i zaczął układać w większej ramie. Jak puzzle. Rola każdego gracza została nie tylko ściśle określona, ale przede wszystkim nie wygląda na oderwaną od rzeczywistości.

PressingPressing Aleksandra Sieczka

Wystarczy rzucić okiem na to, jak jego podopieczni ustawiali się w momencie, gdy Wisła wprowadzała piłkę do gry. Gdynianie dość szybko zaczęli dominować, ale nie osiągnęli tego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Był to efekt ciężkiej pracy i konsekwencji. W pierwszym kwadransie obrońcy Białej Gwiazdy kilkakrotnie byli zmuszeni do zmiany planów, bo przeciwnik bardzo sprawnie odcinał poszczególne strefy. Trzy sekundy wcześniej niż na grafice powyżej, Janota, Jankowski i Aankour ustawili się w trójkącie w okolicach koła środkowego. Wraz z podaniem Wasilewskiego do Palcicia, kilka kroków wykonało nie tylko powyższe trio, ale również Deja i Marciniak.

Nie był to jednorazowy przypadek. Gospodarze bardzo dobrze wykorzystywali odległości pomiędzy częściami formacji gości. Najważniejsze było, żeby za działaniem ofensywy podążała równie szybka reakcja w centralnym sektorze i w obrębie defensywy. Wszystko po to, żeby ustawienie nie zaczęło się rozjeżdżać. Dzięki temu istniało wyższe prawdopodobieństwo odbioru piłki i – co za tym idzie – zawiązania skutecznego ataku pozycyjnego.

Doskok to tylko początek

Arkowcy nie zyskali przewagi agresywnym pressingiem, a przemyślaną strategią. Ograniczenie możliwości rywalowi było zaledwie częścią planu. Po odbiorze było bardzo istotne, żeby cała ta praca nie poszła na marne. A w tym aspekcie główną rolę odegrał duet Janota-Deja.

Kontrola sytuacjiKontrola sytuacji Aleksandra Sieczka

Obowiązki zostały rozdzielone w sposób bardzo metodyczny. W momencie wprowadzenia piłki do gry stoperzy (Helstrup-Marić) ustawiali się dość szeroko, mając zapewnione wsparcie Nalepy i Dei. Jednocześnie Marciniak i Zbozień mogli przesunąć się nieco wyżej, ale nie na tyle, żeby doprowadzić do destabilizacji formacji.

Na powyższej grafice widać wycinek czegoś, co świadczyło o powodzeniu większości akcji ofensywnych Arki. Marciniak podaje do Janoty, a ten jednocześnie śledzi ruch Jankowskiego i wyczekuje na doskok rywala. Teoretycznie pressing Wisły powinien zadziałać – Palcić odcina jedną stronę, Boguski drugą, reaguje również środek pola. W praktyce wszystko dzieje się zbyt późno.

Bo właśnie od tego był Janota – od regulacji tempa akcji, nagłego zawężenia pola gry w centralnym sektorze, by poszerzyć je na flance po szybkiej wymianie podań. Jednocześnie można zauważyć, że cały czas ma kilka możliwości zagrania.

Rola Dei w początkowych fragmentach meczu mogła być w nieco większym stopniu sprowadzona do „czarnej roboty”. Mimo że nie robił nic spektakularnego, to stanowił szalenie istotny element układanki. Pomocnik bardzo często schodził nisko, praktycznie między stoperów, pomagając wprowadzić futbolówkę do gry. W gruncie rzeczy chodziło o to samo, co w przypadku Janoty – czas i rozwagę. Dlatego Deja nie zagrywał do najbliższego, a wielokrotnie przesuwał się bliżej środka pola w towarzystwie dwóch-trzech przeciwników lub podawał w kierunku wyżej ustawionych bocznych obrońców. W ten sposób nie tylko zapewniał element zaskoczenia, ale również płynność akcji.

WysokoWysoko Aleksandra Sieczka

Można było odnieść wrażenie, że dla gdynian bardziej istotna była bramka wyrównująca dla Wisły (Ondrasek w 20. minucie). Pominęli etap kalkulowania i od razu poszli za ciosem – stąd wysoki pressing, który widać na grafice powyżej. Od tej chwili nie tylko przez długi czas utrzymywali się przy piłce, ale praktycznie zamknęli rywala w jego polu karnym.

Umowne pozycje

Mecz z Białą Gwiazdą tylko utwierdza w przekonaniu, że trener Smółka wyraźnie określił zakres obowiązków swoich podopiecznych, ale nie ograniczył ich do odpowiednich stref. Tego typu „wolność” wynika z kwestii omówionej powyżej – wzajemnego wsparcia i asekuracji.

Rola DeiRola Dei Aleksandra Sieczka

Sieć połączeń w drużynie jest dość wyraźnie widoczna na podstawie roli Dei, która nabierała na znaczeniu z każdą minutą spotkania. W powyższej akcji nie ma mowy o przypadku. Pomocnik długo prowadzi piłkę, ale nie brakuje mu możliwości zagrania. Jednocześnie w bocznym sektorze uwalnia się Marciniak, a między liniami dobrze przesuwa się Aankour lub ewentualnie zawsze pozostaje opcja przeniesienia ciężaru gry (bezpośrednio lub kilkoma podaniami).

Dwie sekundy później przestrzeń zostaje zawężona i ograniczona do współpracy Deja-Aankour w okolicach 20. metra. Ten pierwszy przesuwa się w pole karne, natomiast drugi zagrywa do Marciniaka, który wykorzystuje nieuwagę rywala i może spokojnie dośrodkować.

Dejajest w stanie pozwolić sobie na ryzyko, bo wie, że ma zapewnioną asekurację. Nie kalkulująrównież Aankour czy Jankowski, kiedy schodzą do środka pola i pomagają w rozprowadzeniu akcji (co ważne: nie zaniedbywali wówczas obowiązków z przodu). Taki manewr nie został wykorzystany raz czy dwa w ciągu 90 minut – był powtarzalny, pozwalał stłamsić przeciwnika.

A co w przypadku straty? Najważniejsza zasada nadal obowiązywała. Dobrze obrazuje to statystyka rzutów rożnych. Gdynianie mieli ich aż 14 i co ciekawe, zwykle występowały w parach (raz z jednej, raz z drugiej strony). To z kolei umożliwiała asekuracja na linii 16.-20. metra. Trener Smółka nie wyznaczył jednego zawodnika do zebrania piłki – równie dobrze mógł się tam ustawiać Deja, jak i Nalepa (zbiegający z narożnika w chwili centry) czy Aankour.

Autorska układanka

Oczywiście efektywność działań środkowej strefy nie byłaby na aż tak wysokim poziomie, gdyby nie kooperacja z ofensywą. Aankour strzelił gola w 15. minucie po tym, jak od linii ataku oderwał się Jankowski i zgrał do niego piłkę bez przyjęcia. 28-letni napastnik miał swój udział również przy drugiej bramce (28. minuta), gdy pomimo pressingu Halilovicia, świetnie wypatrzył Marciniaka na skrzydle (dośrodkowanie obrońcy i gol Zarandii). Trzecie trafienie (75.) to ponownie efekt współpracy na linii Aankour-Jankowski.

JankowskiJankowski Aleksandra Sieczka

Warto cofnąć się do zagrania, które miało miejsce kilka sekund zanim Zarandia po raz drugi umieścił futbolówkę w siatce (89.) i wykorzystał fatalne zachowanie obrońców Wisły. Jankowski podobnie jak w 28. minucie popisał się świetnym wyczuciem – wytrzymał doskok Imaza, przygotował podanie i uruchomił Marcusa.

Nie oznacza to jednak, że na tym kończy się rola sztabu szkoleniowego Arki. Pozostaje kwestia gry w defensywie, która w wielu przypadkach pozostawia całkiem sporo do życzenia. Często zejście jednego stopera do boku, nie pociąga za sobą asekuracji ze środka pola, przez co drugi znajduje się w sytuacji 1v2. Podobne problemy można dostrzec w bocznych sektorach boiska, które są dość ofensywnie usposobione i nie zawsze obrońcy zdążą wrócić. W spotkaniu z Wisłą najbardziej we znaki dawał się brak asekuracji na linii 16. metra.

ImazImaz Aleksandra Sieczka

Wiślacy kilkakrotnie próbowali uderzać z dystansu i niekoniecznie mieli kłopoty ze znalezieniem miejsca do oddania strzału. Arka dominowała i narzucała warunki gry, ale pomimo ostatecznego wyniku warto zwrócić uwagę na kilka niepokojących symptomów – jak właśnie odpuszczanie krycia przez drugą linię (podobnie jak w przypadku Marciniaka i Zbozienia powodem jest nastawienie na atak).

W tym momencie prawdziwa zabawa dopiero się zaczyna. Piłkarze złapali sporo luzu z przodu, pozycje stały się rzeczą umowną, bo raczej każdy zna swoje miejsce i obowiązki, a tym samym wie, na ile może sobie pozwolić. Wydaje się jednak, że trener Zbigniew Smółka jest świadomy ogromu pracy: - Mimo tego, że mamy kupioną nową kostkarkę, to raczej nie wyrobi ona obrotów, gdyż od jutra będę bardzo studził zawodników – powiedział po meczu. Bo chociaż jego autorska układanka wygląda coraz bardziej obiecująco, to nie znaczy, że w klubie mogą sobie pozwolić na chwilę oddechu.