Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Romanczuk: W Polsce będę grał tylko w Jagiellonii. Legia Warszawa? Nigdy. Nie chodzi o pieniądze, ale o lojalność

Latem zgłosili się po mnie Turcy, ale dawali o połowę mniej pieniędzy, niż dwa lata temu. Nie dziwię się, że klub odrzucił tę ofertę. Wciąż myślę o transferze, ale tylko za granicę. W Polsce będę grał wyłącznie w Jadze - mówi lider Jagiellonii Białystok Taras Romanczuk.

Sebastian Staszewski: To pana ostatnia runda w Ekstraklasie?

Taras Romanczuk: Nie raz myślałem o transferze, ale najpierw musi pojawić się oferta, która zadowoli i mnie, i Jagiellonię. Latem zgłosił się na przykład Konyaspor. Turcy chcieli mnie już dwa lata temu, ale tym razem zaproponowali o połowę mniejsze pieniądze. To znaczy, że jestem dziś gorszy czy co? Rozumiem, że Jaga powiedziała „nie”. Też bym takiej oferty nie przyjął. Podobnie było z sygnałami z Belgii, Rosji. Ktoś proponował mi Ukrainę, ale od razu wyjaśniłem, że nie wrócę tam choćby chciały mnie Szachtar Donieck i Dynamo Kijów.

>> Legia Warszawa - Górnik Zabrze. Tak słabo w Legii nie było od lat

Dlaczego? To kluby i silniejsze, i bogatsze.

Wolę mniej zarabiać, ale więcej grać.

Zegar jednak tyka. Za dwa tygodnie skończy pan 27 lat. Wydaje się, że to idealny moment na nowe wyzwanie.

Chciałbym trafić do innego klubu, ale za granicą. Jeśli mam grać w Polsce, to tylko w Jadze.

Nawet gdyby zgłosiła się Legia Warszawa?

W Legii na pewno bym nie zagrał. Szanuję ten klub, szanuję jego piłkarzy, bo to moi koledzy, ale mam zbyt dobre relacje z ludźmi z Białegostoku, żeby popsuć je przeprowadzką do Legii. Nie przekonają mnie nawet pieniądze. Chodzi o lojalność. Jeśli odejdę z Jagi, to za granicę.

Kibice w Białymstoku często zapraszają pana na Ducha Puszczy?

Zdarza się, ale na razie odmawiam. Powiem tak: jak będziemy mistrzami to się napijemy.

>> Legia Warszawa - Górnik Zabrze. Ricardo Sa Pinto: My gramy w piłkę nożną, czy uprawiamy lekkoatletykę?

A będziecie?

Dwa lata temu wicemistrzostwo było wielkim sukcesem, ale w tamtym roku nie mieliśmy ochoty cieszyć się z drugiego miejsca. Czuliśmy, że tytuł był na wyciągnięcie ręki. To, że nie wygraliśmy, było naszą winą. Dziś drużyna jest taka jak przed rokiem, ale ma więcej doświadczenia, szczególnie wyniesionego z eliminacji Ligi Europy. Dlatego jestem pewny, że stać nas na wyprzedzenie Lechii Gdańsk, Piasta Gliwice czy Legii. Możemy być mistrzami.

Dziś jest pan liderem Jagi, reprezentantem, ale na Ukrainie nie przebił się pan ponad poziom trzeciej ligi, choć był pan na testach w Wołyniu Łuck, Arsenale Biała Cerkiew…

Nie udało się i pewnie już się nie uda. Ale za to sporo grałem w pierwszej lidze futsalu.

Futsalowa reprezentacja Ukrainy ma renomę. W pięciu ostatnich mistrzostwach Europy trzy razy zajmowała miejsce w TOP5. W Internecie widziałem zdjęcia z waszej ligi na których były wypełnione kibicami hale. Nie chciał pan postawić wyłącznie na halówkę?

Grałem tam dla pieniędzy. Zdarzało się, że z meczu Apperkotu, bo tak nazywała się moja drużyna, wracałem nad ranem, wysiadałem z pociągu, spałem trzy godziny i szedłem na trening MFK lub jechałem na kolejny mecz. Z hali prosto na trawę. Kiedy skończył się sezon, zacząłem dorabiać kopiąc w ukraińskiej okręgówce. Istniał wtedy przepis pozwalający grać w dwóch zespołach jednocześnie – ale ten drugi musiał być na odpowiednio niskim poziomie.

>> Arka Gdynia - Pogoń Szczecin. Futbol zaangażowany im. Kosty Runjaicia

To było legalne?

Oczywiście. Zarabiałem wtedy tylko na premiach, więc zależało mi, aby grać jak najwięcej. Za mecze okręgówki dostawałem lepszą kasę, niż za trzecią ligę. Raz to było 50 dolarów, innym razem 60. Jak trafił się dobry miesiąc, to mogłem uzbierać nawet kilka stówek.

To prawda, że był pan o krok od rzucenia futbolu i postawienia tylko na naukę?

Były momenty, gdy wolałem skupić się na szkole. Studiowałem stosunki międzynarodowe i dyplomację na uniwersytecie w Łucku. Mieszkałem w internacie i – co tu kryć – wesoło było. To był najlepszy czas w moim życiu. Tuż przed studiami przez przypadek spotkałem kolegę z którym kiedyś siedziałem dwa lata w ławce, jeszcze w podstawówce. Wzięliśmy wspólny pokój. Co niedzielę każdy z nas przywoził z domu coś do jedzenia. Często jeździłem, bo z Łucka do Kowla jest tylko 70 kilometrów. Mama dawała mi zawsze sernik albo naleśniki na śniadanie. Nawet ich nie podgrzewałem, bo wolałem dłużej pospać, szczególnie po imprezach. Na nie uciekało się przez okno. Nasz pokój był na drugim piętrze.  Trzeba było zeskoczyć na rurę od pryszniców i zapukać w okno innych lokatorów. Wtedy oni otwierali i schodziło się na dół. Raz kolega się poślizgnął. Na szczęście była zima i spadł na śnieg, inaczej by się zabił. Do dziś wspomina jak leciał. Mówi, że zawiał mu północny wiatr.

Zdobył pan tytuł magistra. Niewielu piłkarzy Ekstraklasy może się nim poszczycić.

Ostatni semestr zaliczyłem grając w Legionowie. Pracę licencjacką pisałem o poziomie rozwoju infrastruktury Ukrainy przed Euro 2012. Na magisterce wyznaczyli mi trudniejszy temat: „Osobliwości rozwoju kultury pokoju w państwach wschodniej i południowej Europy”.

Nie czuje pan żalu do Ukrainy, że pana nie doceniła?

Jasne, że jako dzieciak marzyłem o grze w tamtej reprezentacji. Ale to było dawno temu. Gdy przyjechałem do Polski, chciałem tylko jednego: trafić do Ekstraklasy. O niczym innym nie myślałem. Może dlatego nie czuję żadnego żalu? Nikt z ukraińskiej federacji nigdy do mnie nie zadzwonił. W sumie im się nie dziwię, przecież piłkarsko rozwinąłem się dopiero tutaj.

Chyba najważniejszym dla pana polskim miastem jest Legionowo. Mieszkając pod Warszawą nie tylko skończył pan magisterkę, ale i wrócił pan do piłkarskiego życia.

To była moja ostatnia szansa na kontynuowanie gry w piłkę. Gdybym nie wyjechał do Polski, dziś pewnie zajmowałbym się czymś innym, poszedłbym do normalnej pracy. W Kowlu mój trener Roman Lys zorganizował turniej. Tam spotkaliśmy się z ludźmi z Legionowa. Wzięli mnie na testy na które pojechałem z Kowla autobusem. Siedem godzin jechałem, na granicy stałem długo. Najpierw pojechałem na Dworzec Zachodni, potem pociągiem do Legionowa. Prosto z autobusu wyszedłem na trening. Później zdarzało się, że o czwartej rano ruszałem z Ukrainy, o 13 byłem w Legionowie, a po 15 szedłem na boisko. Podobało mi się takie życie.

Ile zarabiał pan miesięcznie?

Tysiąc złotych. Po awansie do II ligi były dwa tysiące. Najważniejsze było jednak dla mnie to, że klub zagwarantował mi mieszkanie i codzienny obiad. To był mój główny warunek.

>> Legia Warszawa objęta nadzorem finansowym. Klub odpowiada

Jakim cudem trafił pan do Białegostoku? Jaga nie penetrowała wówczas II czy III ligi.

Zaraz po zakończonym sezonie dostałem propozycje z 1 ligi: jedną z Wigier Suwałki, drugą z Pogoni Siedlce. Jeden z wiceprezesów Legionovii w ostatniej chwili zadzwonił jednak do prezesa Czarka Kuleszy i zapytał, czy nie mógłbym przyjechać na testy. Kulesza się zgodził, Michał Probierz również. Pojechałem na trzy dni na zgrupowanie i szok. Piłeczka szybko krążyła. Przez pierwsze dwa tygodnie zastanawiałem się, czy dam sobie radę. Trener Marek Papszun, który dziś prowadzi Raków Częstochowa, mówił mi: „Dziś jesteś trzydziesty, jutro dwudziesty drugi, za dziesięć dni będzie w osiemnastce, a za miesiąc w podstawowym składzie”. Miał rację. Były trudne momenty, jak wtedy, gdy za Probierza przegraliśmy 0:4 małą grę na treningu. Trener tak się wkurzył, że zrobił interwały na całym boisku. Najpierw od bramki do piątki i z powrotem, później do linii pola karnego, do połowy, do linii drugiego pola karnego i do końca boiska. Wszystko na maksymalnej szybkości. Umieraliśmy po takiej serii, a on kazał nam grać kolejną gierkę. Masakra! Innym razem biegaliśmy wokół boiska. Jeśli ktoś nie wyrobił się w minutę, to wszyscy musieli powtarzać ćwiczenie aż do skutku. Kiedyś taki młody chłopak, Luka Gugeszaszwili, biegał trzy razy. Za każdym razem odcinało mu prąd na ostatnich dwudziestu metrach. W końcu trener się zlitował i wysłał go do szatni.

Kto w Jagiellonii wpadł na pomysł, aby zrobić z pana Polaka?

Pani dyrektor Agnieszka Syczewska.

Syczewska miała już doświadczenie w walce o paszport. To ona pomogła w przyznaniu polskiego obywatelstwa Thiago Cionkowi, który także trafił do naszej kadry.

Rozmawialiśmy właśnie o Cionku. Powiedziałem Agnieszce, że moja babcia pochodzi z Włodawy. Zaczęliśmy szukać dokumentów, złożyliśmy odpowiednie papiery. Po meczu z Legią Warszawa na Łazienkowskiej dziennikarze zaczęli pisać, że Adam Nawałka zaczął się mną interesować. W końcu zadzwonił prezes Zbigniew Boniek i zapytał wprost, czy chcę grać dla Polski. Nie miałem żadnych wątpliwości, niczego nie analizowałem. Na kolejnym meczu z Legią Nawałka obserwował Pazdana, Mączyńskiego, Jędrzejczyka i Frankowskiego. Jak się okazało, patrzył też na mnie. Po spotkaniu zadzwonił i poinformował o powołaniu.

Jakie było pana wejście do reprezentacji?

Jadąc na zgrupowanie czułem taki sam stres, jak przed przyjazdem do Białegostoku. Nie miałem pojęcia czego mam się spodziewać. Później zobaczyłem, że większość chłopaków zna mnie z ligi i poszło. Do stolika wzięła mnie starszyzna. Siedziałem z Łukaszem Fabiańskim, Kamilami Grosickim i Glikiem, Sławkiem Peszką. Bardzo wesoło było, sporo fajnych historii usłyszałem. Okazało się na przykład, że kolegą Maćka Rybusa z Lokomotiwu jest Taras Mychałyk, mój dobry znajomy, który pochodzi z rejonu lubieszowskiego, niedaleko Kowla.

Nie jest pan rozczarowany, że za Nawałki skończyło się na jednym powołaniu i jednym meczu? Recenzje z pana debiutu przeciwko Korei Południowej nie były przecież złe.

Przesądziły o tym występy w klubie. Z Jagiellonią przegraliśmy trzy kolejne mecze, to miało decydujący wpływ na decyzję selekcjonera. Nie mam jednak do niego pretensji. Jeśli jakieś mam, to do siebie. Do końca życia będę mu wdzięczny za to, że dał mi wystąpić w kadrze.

Widzi pan dla siebie miejsce w drużynie Jerzego Brzęczka? Na środku pomocy jest tłok.

Jeśli wrócę na poziom, który prezentowałem rok temu, to znów dostanę szansę. Dwa miesiące temu powołanie przyszło. To znaczy, że selekcjoner mnie obserwuje i ma wobec mnie plan.

Kolejne powołania zostaną ogłoszone w poniedziałek.

Tym razem raczej będę pominięty. Uważam, że to będzie słuszna decyzja. Sam bym siebie nie powołał. Nie gram regularnie, nie jestem w formie, która gwarantuje, że mógłbym pomóc.

Kiedy zapomni pan o urazie kręgosłupa, który popsuł panu ostatnie tygodnie?

Dziś jest coraz lepiej. Jeszcze niedawno po treningach odczuwałem lekki ból w plecach, ale chyba bolały mnie mięśnie, a nie kręgosłup. Na początku było gorzej. Przez chwilę miałem problemy z oddychaniem. Przez pierwsze trzy dni nie mogłem schylać się, siedzieć. Podróż była dla mnie udręką. Od razu mnie zatykało. Dopiero po tygodniu mogłem odstawić tabletki i zastrzyki, po siedmiu dniach przestało mnie boleć. Strasznie byłem wkurzony na tę sytuację. Chciałem pokazać się nowemu trenerowi, a zamiast tego wylądowałem obolały w łóżku…

Czym Brzęczek różni się od Nawałki?

Mogę powiedzieć tylko o moich wrażeniach: to facet z ambicją i charyzmą. Kiedy patrzy w oczy, to człowiek zaczyna mieć gęsią skórkę. Tak samo w oczy patrzy mój ojciec, więc kiedy po raz pierwszy rozmawiałem z selekcjonerem, od razu skojarzył mi się z tatą. Mówi prosto w twarz, niczego nie ukrywa. Treningi robi fajne, ciekawe. Wydaje mi się, że jeżeli zrealizuje swój plan, to nasza gra zaskoczy. Ludzie, którzy dziś go krytykują, będą tego mocno żałować.