Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Jagiellonia - Legia. Biznes po białostocku: tanio kupić, drożej sprzedać i powalczyć o mistrzostwo

W klubie trzymanym silną ręką przez Cezarego Kuleszę nie pracuje choćby jeden skaut. Ale właśnie na Podlasiu najlepiej nauczyli się tanio kupować i drożej sprzedawać. I mimo niedużego budżetu walczyć o mistrzostwo Polski. Ambicje prezesa Jagiellonii sięgają jednak znacznie wyżej. W PZPN coraz głośniej mówi się o tym, że za dwa lata Kulesza powalczy o stołek po Zbigniewie Bońku.

Mieszkańców Podlasia przez lata irytował przedstawiony w „Piłkarskim Pokerze” karykaturalny obraz Białegostoku. Tuż obok dworca kolejowego stała furmanka, a Łapiński, których w mieście „jak psów”, zapewniał o ofiarności miejscowych, którzy  zrzucą się, aby ratować spadającą z ligi Białą. Trzydzieści lat po premierze komedii furmanek w Białymstoku już nie ma, a Jagiellonia – filmowa Biała – nie musi martwić się o ligowy byt. Drużyna ze Słonecznej jest liderem Ekstraklasy i najrozsądniej prowadzonym klubem w lidze. Na transfery wydaje niewiele, a zarabia na nich krocie, ma zbilansowany budżet, miliony inwestuje w akademię. W ostatnich latach dwukrotnie była wicemistrzem. W piątek zagra w hicie Ekstraklasy z mistrzem, Legią Warszawa.

Jednoosobowy dział skautingu. I 12 milionów euro z transferów

Podsumowanie transferowe ostatnich lat w Jagiellonii: do Włoch wyjechali Bartłomiej Drągowski, Thiago Cionek i Tomasz Kupisz. Turcy kupili Patryka Tuszyńskiego i Nikę Dzalamidze. Do Rosji trafili Fedor Cernych i Maciej Makuszewski. Do Belgii Grzegorz Sandomierski. Jacek Góralski wylądował w lidze bułgarskiej, a Dani Quintana w Arabii Saudyjskiej. Do tego doszło kilka transferów do Legii Warszawa i Lecha Poznań. – Wie pan ile dałem za Quintanę? 15 tys. euro. Ivan Runje, którego latem mogłem sprzedać za niecały milion euro, kosztował 50 tys. dolarów – mówi nam prezes Cezary Kulesza, który osobiście odpowiada za sprowadzenie kilku z wymienionych zawodników. Choć sam zaprzecza, to w klubie z Podlasia jest jednoosobowym działem skautingu. – Mnie polecił pan Kusiński z Legionovii. Zadzwonił do pana Kuleszy, powiedział, że ma w drużynie fajnych chłopaków: Antonio Calderóna oraz mnie. I zaproponował testy – mówi nam Taras Romanczuk, który z Legionowa przez Słoneczną trafił do reprezentacji Polski.

Tak to zazwyczaj wygląda: ktoś kogoś zobaczy, zadzwoni do Kuleszy, a ten pojedzie, sprawdzi, oceni. – To prawda, że w tej chwili nie mamy działu skautingu. Ale dajemy radę. Nie powiem jednak panu, jak robimy transfery. Działam trochę w piłce, swoje kontakty mam. Metod nie zdradzę, bo nie chcę ułatwiać pracy konkurencji. Najważniejsze, że są skuteczne – uśmiecha się Kulesza.

Analizując informacje zamieszczone w mediach można oszacować, że od 2012 roku białostoczanie zarobili na transferach 12 mln euro, czyli ok. 50 mln zł. Wrażenie jest jeszcze większe, gdy z zyskiem zestawimy koszt pozyskania dwunastu zawodników na których klub zyskał najwięcej. Ten mniej więcej wynosi trzy miliony złotych. Za większe pieniądze przyszedł jedynie Nika Dzalamidze. Reszta albo za darmo, albo za wspominane „15 tys. euro”.

Trener Mamrot: - Piłkarz za 200 tysięcy euro i za 700 tysięcy euro często niewiele się od siebie różnią

Jagiellonia rzadko decyduje się na szaleństwa. Kwotą graniczną jest w Białymstoku 300 tys. euro, czyli nieco ponad milion złotych. Tyle kosztowali Serb Mile Savković, Czech Martin Pospisil, Słoweniec Nemanja Mitrović, Irlandczyk Cillian Sheridan. – Nigdy nie wydaliśmy więcej – zapewnia Kulesza, a trener Ireneusz Mamrot dodaje: - W Polsce panuje przekonanie, że transfer za 200 tys. euro i taki za 700 tys. bardzo się różnią. To często nieprawda. Wiele razy udowodniliśmy już, że bardzo tanio można pozyskać bardzo dobrych piłkarzy”. Jeden raz w Białymstoku zdecydowano się iść na całość, choć ostatecznie nic z tego nie wyszło. W lipcu 2017 roku klub stanął do bitwy o Krzysztofa Mączyńskiego. Za reprezentanta Polski zaoferowano Wiśle Kraków niemal tyle samo, co Legia, pomocnikowi proponując rekordowy w historii klubu kontrakt – 100 tys. złotych miesięcznie brutto. Kilka tygodni po przegranej licytacji Kulesza tak tłumaczył Sport.pl wyjątkową sytuację: „Bardzo nam zależało na Mączyńskim, był naszym numerem 1. Byłoby wzmocnieniem sportowym i marketingowym. Dlatego oferowaliśmy mu rekordową pensję (…) Tamta oferta to była nasza ułańska szarża”.

Kulesza odpuścił, bo Legia dała Mączyńskiemu 120 tys. zł i to netto. A w Jadze nikt tyle nie zarabiał i nie będzie zarabiać. Rekordzistą jest dziś Ivan Runje, który miesięcznie inkasuje ok. 60 tys. zł. Nieco mniej otrzymuje Sheridan. Pensje pozostałych piłkarzy nie zrobią wrażenia nawet na ekstraklasowych średniakach. Wynagrodzenie Przemysława Frankowskiego i Tarasa Romanczuka, kadrowiczów, nawet nie zbliża się do kwoty 10 tys. euro miesięcznie. Dla porównania: miesięczne utrzymanie jednego tylko Carlitosa kosztuje Legię 69 tys. euro brutto, tyle samo Artura Jędrzejczyka. Mimo gigantycznych dysproporcji i niedużego w skali ligi budżetu – w tej chwili to 30 milionów złotych – dwa lata temu Jagiellonia na finiszu Ekstraklasy straciła do mistrzowskiej Legii trzy punkty, a dwa lata temu – tylko dwa.

Dyktator czy wizjoner?

W Białymstoku władca jest tylko jeden – taką opinię na Podlasiu można usłyszeć dość często. Mowa o Kuleszy. Jego przeciwnicy twierdzą, że wykurzył z klubu opozycję, że chce rządzić jak dyktator. Opinię wypowiadają jednak szeptem, bo Kulesza w Białymstoku może dużo. Być może dlatego to właśnie jemu udało się wyciągnąć swoją byłą drużynę z ciemnej otchłani i doprowadzić ją na podium Ekstraklasy. Prezes Jagi to jeden z najbardziej niedocenianych ludzi polskiego futbolu. Na co dzień stroni od dziennikarzy, nie jest medialną bestią w stylu Bogusława Leśnodorskiego. Mówi niewiele, a gdy już coś powie, waży słowa. Umówienie się z nim na rozmowę nie jest łatwe. W środę „nie mogę, bo jadę do Warszawy, mam tam kilka spotkań”.  Czwartek? „Muszę wyskoczyć do Olsztyna, czekam wciąż na sygnał od prawnika”. Piątek „niestety odpada. Gramy z Legią”.

Kulesza grał kiedyś w piłkę, ale przez Zambrów i Supraśl nie prowadziła droga do sukcesu na boisku. Sukces czekał gdzie indziej. W disco polo. Gwiazdy tej muzyki swoje największe hity wydały w należącej do prezesa Jagi wytwórni Green Star. Gdy więc Kamil Grosicki brał ślub, Kulesza jednym telefonem sprezentował mu weselny występ Marcina Millera i zespołu Boys. A gdy Jagiellonia potrzebowała krótkiego utworu do puszczania po strzelonych bramkach, skomponował go Zenek Martyniuk.

Z prezesa Jagiellonii – prezes PZPN?

Ambicje Kuleszy sięgają jednak znacznie wyżej. W PZPN coraz głośniej mówi się o tym, że za dwa lata działacz będzie chciał powalczyć o stołek po Zbigniewie Bońku. Jest już wiceprezesem ds. piłkarstwa profesjonalnego, co miało być nagrodą za nieprzystąpienie do frontu tworzonego przez Józefa Wojciechowskiego przeciwko Bońkowi. Niezależnie od tego, o jaką pulę Kulesza zagra w 2020 roku, dziś buduje potęgę Jagi. Transfery negocjuje osobiście, podróżując na Białoruś i Litwę. Gdy szukał następcy Michała Probierza, najpierw zadzwonił do Myrona Markewycza i Krasimira Bałakowa, aby ostatecznie postawić na Ireneusza Mamrota. Wcześniej na barki wziął los wspomnianego Probierza. Gdy inni chcieli wywieźć go na taczce, Kulesza wytrzymał ciśnienie, a drużyna jego ulubionego szkoleniowca pokonała w dramatycznych okolicznościach Podbeskidzie Bielsko-Biała i utrzymała się w lidze. Rok później Probierz i Kulesza świętowali wicemistrzostwo. – Mówią, że jestem jak Łukaszenka? Niech mówią, nie przejmuję się tym. Robię to, co dla Jagi jest dobre. Pamięta pan, jak „Przegląd Sportowy” podawał nazwiska trenerów, którzy mieli u nas pracować? Powiedziałem, że mogę się założyć, że nie zgadną prawdziwego kandydata. I wygrałbym, bo nikt nie stawiał wtedy na Mamrota. I co, źle na tym wszyscy wyszliśmy? – pyta Kulesza.

Wśród polskich menadżerów ma opinię  twardego negocjatora. Udowodnił to podczas próby pozyskania Bartosza Śpiączki, który ostatecznie od Białegostoku wolał Niecieczę. Nie skusiły go jednak większe pieniądze, a klauzula odstępnego, którą działacze Bruk-Betu wpisali Śpiączce do umowy. Kulesza na taki warunek się nie zgodził. – To nasza zasada. Nie wpisujemy żadnych klauzul. Nie znaczy to, że robimy z piłkarza niewolnika. Przecież nie musieliśmy puszczać Cionka do Włoch za 300 tys. euro, w umowie miał zapisaną klauzulę wynoszącą trzy razy tyle. To był chyba ostatni taki przypadek, że zgodziliśmy się na klauzulę. Zrozumieliśmy wtedy, że to nie ma żadnego sensu – wyjaśniał swego czasu Kulesza.

Jego współpracownicy mówią, że wyznaje zasadę: nie za wszelką cenę. Latem mógł na przykład zarobić 850 tys. euro na transferze wspomnianego Runje. Gdy jednak chorwacki stoper zaczął się wahać, czy przystać na atrakcyjną finansowo propozycję Achmata Grozny, prezes od razu podziękował oferentom z Czeczenii. – Nie chciał dla paru euro wysłać chłopaka do klubu, w którym ten nie będzie czuł się szczęśliwy – przyznaje Mamrot. Podobnie było w przypadku propozycji tureckiego Konyasporu dla Tarasa Romanczuka.

Kuleszów dwóch

Nie zawsze piłkarze kończyli jednak tak dobrze jak Cionek. Na przykład Karol Świderski, którego w 2016 roku Jagiellonia nie puściła za 1,2 mln euro do Empoli. Zamiast tego 19-latek podpisał z klubem nowy kontrakt. Dziś podobną ofertę Kulesza przyjąłby pewnie z radością. Świderski jest tylko rezerwowym, a za rok jego umowa dobiega końca i piłkarz będzie mógł odejść za darmo. – Niedawno mogłem puścić go do Dynama Kijów, ale po co? Jeśli nie gra u nas, to tam będzie grał? Tłumaczę mu, żeby pograł w Ekstraklasie, strzelił dwanaście bramek i wtedy nie ma problemu. Ale w tej sytuacji transfer zagraniczny zrobiłby mu krzywdę – wyjaśnia prezes.

W Białymstoku wszyscy wiedzą, że mocno rozczarowany jest też Przemysław Frankowski, który latem chciał opuścić Ekstraklasę. W poprzednim oknie transferowym nie udało się mu podpisać umowy z Caen. W ostatnim oknie transfer miała już zostać dopięty. Potwierdził to Kulesza w rozmowie z nami w Soczi, gdy jako wiceprezes PZPN odwiedził bazę reprezentacji Polski. Jak ustaliliśmy, latem z propozycją wypożyczenia skrzydłowego zgłosiła się Atalanta Bergamo (która wcześniej kupiła z Wisły Płock Arkadiusza Recę). Włosi chcieli zapewnić sobie prawo pierwokupu piłkarza i zagwarantować Jagiellonii procent od następnej sprzedaży. Mimo długich negocjacji grupa akcjonariuszy klubu nie zdecydowała się przyjąć oferty.

Od dawna szepcze się jednak, że w Białymstoku transferowe karty rozdaje dwóch Kuleszów. Z kilkoma piłkarzami współpracuje bratanek prezesa, mieszkający na co dzień w Ameryce menadżer Mariusz Kulesza. Na stronie Transfermarkt.de znajdujemy informacje, że Kulesza jest przedstawicielem Bartłomieja Drągowskiego (najdrożej sprzedany piłkarz w historii Jagiellonii), Nemanji Mitrovicia (jeden z najdrożej kupionych), wychowanków: Szymona Łapińskiego, Pawła Drażby, Adama Waszkiewicza, Bartosza Giełażyna czy Huberta Gostomskiego (20-letniego bramkarza wypożyczonego do Bruk-Bet Termaliki Nieciecza). – Mariusz jest po prostu menadżerem. Wyróżnia go tylko to, że jest synem mojego brata. Ale w Jadze to nie on, a Przemek Pańtak ma najwięcej piłkarzy. I nikt nie mówi, że to coś złego. Dlatego zupełnie nie rusza mnie gadanie o jakichś dziwnych powiązaniach – mówi Cezary Kulesza.

„Czasem się mylę. Tak było z Maiconem”

Młodszy z Kuleszów czasem pomaga także opiniować zawodników, choć ostatnie słowo należy do jego wujka. – Sam jeździłem do Czech, żeby oglądać Martina Pospisila – chwali się prezes Kulesza, który firmuje większość zakupów Jagiellonii. Te wstępnie musi zaakceptować trener, a następnie grupa akcjonariuszy, która głosuje nad każdym zakupem. Kulesza przyznaje jednak, że nigdy nie zdarzyło się, aby jakaś transakcja została zablokowana. – Kilka razy pojawiły się uwagi, ale były to pojedyncze głosy – tłumaczy. W rzeczywistości więc jedyną osobą mogącą postawić się prezesowi jest szkoleniowiec. – To niezwykle ważne, żeby piłkarza zobaczyć na żywo, a nie tylko na wideo. Jakiś czas temu obserwowaliśmy na przykład ukraińskiego obrońcę z Karpat Lwów. Na filmach wyglądał naprawdę dobrze. Ale okazało się, że jest jakaś przerwa reprezentacyjna i możemy lecieć do Lwowa obejrzeć go na żywo. Po tej obserwacji zrezygnowaliśmy z niego – wspomina trener Ireneusz Mamrot.

Decyzje Kuleszy często są strzałami w dziesiątkę – te można mnożyć. W klubie żartują jednak, że gdy prezesowi jakiś transfer nie wyjdzie, to na temat lepiej milczeć. – Eeee, to nieprawda. Wiem przecież, że czasem się mylę. Tak było na przykład z królem strzelców ligi białoruskiej Maiconem. Daliśmy za niego z 800 tys. zł. Ale przyszedł do klubu, gdy w ataku szaleli Tomek Frankowski i Kamil Grosicki, więc nie miał szans na grę. Trener dał mu chwilę pobiegać na lewym skrzydle, ale to nie była jego pozycja i facet przepadł – mówi prezes.

Tu na razie jest ściernisko, ale będzie kuźnia talentów

Kulesza kilkukrotnie powtarza, że klub chce stawiać na wychowanków. Gdy w stolicy od blisko dziesięciu lat planują budowę wielkiej akademii Legii, w Białymstoku na rozpoczęcie prac zdecydowano się raz, dwa. I w takim samym tempie wszystko nabiera kształtu. Plany nie są tak ambitne, jak te mistrzów Polski, którzy na 15 hektarach w Książenicach chcą postawić osiem boisk, ale i tak zasługują na uwagę. Kompleks treningowy na osiedlu Starosielce ma zostać oddany do użytku w tym roku, choć piłkarze po raz pierwszy na jedno z trzech boisk wybiegną wiosną. Do dyspozycji będą mieli podgrzewaną płytę i czynne zimą boisko pod balonem. Na razie przy Elewatorskiej widać tylko zarys tego, co powstanie, a zamiast zieleni trawy jest wszechobecne błoto. Wokół otoczonego rusztowaniami budynku centralnego, który ma być sercem bazy, kręcą się ubrani w żółte płaszcze robotnicy. Zapewniają, że prace będą zakończone zgodnie z planem. Obecnie krajobraz przypomina jednak Śląsk i jego węglowe hałdy, bo dookoła usypanych zostało kilkanaście wysokich na dwa piętra gór żwiru i żółtego piachu. Puste już ciężarówki i te wyładowane kruszywem bez przerwy mijają się w wąskiej bramie, w której w przyszłym roku będą mijać się juniorzy Jagi i piłkarze pierwszej drużyny.

Inwestycja za 15 milionów. Ze wsparciem ministerstwa sportu

Ośrodek miał zostać zbudowany na Krywlanach, w okolicy Lasu Solnickiego, ale inwestycję utrudniło sąsiadujące lotnisko. – Pas startowy sprawił, że nie mogliśmy wybudować tam tego, co planowaliśmy – wyjaśnia dyrektor zarządzająca Jagiellonii Agnieszka Syczewska. Klub doszedł więc do porozumienia z miejscową drużyną Piasta, która od lat dzierżawiła teren przy Elewatorskiej. Inwestycja pochłonęła ponad 15 mln zł. Aż pięć milionów klub pozyskał z dofinansowania z Ministerstwa Sportu. Wiele wskazuje na to, że już latem Jagiellonia definitywnie porzuci bazę w Pogorzałkach. Baza położona jest ponad 20 km od centrum miasta i działa tylko latem. – Sporym kłopotem jest zaplecze. Piłkarz nie może tam usiąść, odpocząć, wypić kawę. Może przyjechać, przebrać się, potrenować, przebrać się znowu i wrócić do domu – tłumaczy Mamrot. Na dodatek zimą wicemistrzowie Polski tułają się po całym mieście. Rocznie opłaty za wynajem boisk ze sztuczną nawierzchnią kosztują Jagę 300 tys. zł. Dzierżawa bazy w Pogorzałkach trwa jednak do czerwca i jej wynajmowanie zakończy się raczej właśnie wtedy.

Na razie skład naszpikowany wychowankami Akademii to melodia przyszłości. Choć w tej chwili w kadrze zespołu znajduje się kilku miejscowych chłopaków, to żaden z nich nie odgrywa tam ważnej roli. – Widzimy potencjał w kilku piłkarzach, ale nie chcę by grali tylko dlatego, że są młodzi. W Pucharze Polski zadebiutował już Maciek Twarowski, na zimowy obóz zamierzamy zabrać kilku jego rówieśników. Jestem przekonany, że za dwa lata grupa tych zawodników będzie decydowała o sile klubu – zapewnia Mamrot. W tej chwili pod względem korzystania z młodzieży jest jednak tak źle, jak nie było dawno. Dwa lata temu w klasyfikacji Pro Junior System Jagiellonia zajęła ósme miejsce, rok później była dziewiąta. W tym sezonie nie zdobyła jeszcze ani jednego punktu! – Boli mnie to strasznie, bo w Głogowie byłem raczej znany ze stawiania na młodzież, a tu wpadliśmy w dołek – mówi szkoleniowiec.

Miejscowi co prawda chwalą się rocznikiem 2001 (w poprzednim sezonie wygrał Centralną Ligę Juniorów U-17) z którego wywodzą się młodzieżowi reprezentanci Polski Bartłomiej Bida i Mikołaj Nawrocki, ale przełożenia na piłkę seniorską to na razie nie ma. W ostatnim ligowym meczu z Pogonią Szczecin najmłodszy w podstawowym składzie był 23-letni Frankowski. W końcówce na murawę wszedł co prawda 20-letni Patryk Klimala, ale on w tym sezonie rozegrał łącznie tylko 127 minut. – W kilku chłopaków mocno wierzymy. Na przykład w Bidę, albo Przemka Mystkowskiego, którego wypożyczaliśmy do Podbeskidzia. Niech się ograją, dojrzeją w 1 lidze, a później wrócą do Jagi i nam pomogą – mówi Kulesza. Na razie skupia się jna walce o mistrzostwo Polski. Zwycięstwo z Legią może być milowym krokiem do celu. A tutaj wierzą, że do trzech razy sztuka.