Lech Poznań. Poznańska wieża Babel. W Lechu starają się znaleźć wspólny język

Lekcje języka polskiego odbywają się w Lechu Poznań dwa razy w tygodniu i są kopalnią anegdot. Jeden z piłkarzy uczył się języka, bo przydawał mu się w dyskotece do podrywania dziewczyn. Innemu zapał przeszedł wraz z pojawianiem się oferty innego klubu. Obu w klubie już nie ma, bo dzięki lekcjom można ocenić, na ile poważnie nowy piłkarz traktuje grę w "Kolejorzu".

Bośniak, Słowak, Norweg, Serb, Argentyńczyk, Duńczyk, Rumun, Ukrainiec, Szwajcar, Hiszpan i dwaj Portugalczycy spotykają się codziennie na kilkunastu metrach kwadratowych i starają się jakoś dogadać. W kadrze „Kolejorza” jest dwunastu obcokrajowców i czternastu Polaków. Od 2015 roku, Jan Trawiński ze szkoły językowej „Enjoy” dwa razy w tygodniu spotyka się z piłkarzami, by uczyć ich języka polskiego. Latem sporo lekcji wypada, bo piłkarze w środku tygodnia grają mecze w eliminacjach do europejskich pucharów.

Bjelica po angielsku, Djurdjević po polsku

Gdy trenerem Lecha był Nenad Bjelica przesadzono z liczbą obcokrajowców. Przyznał to na konferencji prasowej po zakończeniu poprzedniego sezonu wiceprezes Piotr Rutkowski. W zeszłym roku doszło nawet do zmiany „języka urzędowego” w szatni na angielski. Bjelica co prawda, szybko opanował polski, ale po podliczeniu jakimi językami posługują się jego piłkarze, postanowił prowadzić odprawy po angielsku. – Doszło wtedy do odwrócenia sytuacji. Spokojni byli zawodnicy z zagranicy, a blady strach padł na Polaków, którzy nie znali angielskiego i musieli zacząć przychodzić do mnie na lekcje – mówi Jan Trawiński, ich nauczyciel i tłumacz Lecha Poznań.

Gdy zespół przejął Ivan Djurdjević od razu zapowiedział, że teraz podstawowym językiem w szatni ponownie będzie polski. Z klubu pozbyto się kilku zawodników z zagranicy, a sprowadzonym w ich miejsce Tibie, Amaralowi i Dioniemu nie robi różnicy czy reszta mówi po polsku czy angielsku. Z trenerem i tak rozmawiają po portugalsku lub hiszpańsku. – Nie znają żadnego języka poza swoim ojczystym. Są jednak bardzo pilni, wykazują dużą chęć do nauki i nieźle im idzie. Dioni zanim wyszedł na pierwszy trening był już po pierwszej lekcji polskiego. Żartowaliśmy, że zaczął karierę w Lechu od teorii – mówi Trawiński.

Lekcje języka polskiego pozwalają łatwo poznać nastawienie i charakter nowych piłkarzy. O co chodzi, najlepiej obrazuje przykład Paulusa Arajuuriego. – Na początku był tak zdeterminowany, by szybko nauczyć się naszego języka, że zapisał się na dodatkowe lekcje. Te w klubie mu nie wystarczały. Robił postępy, ale w pewnym momencie zapał wygasł. Okazało się, że przestał przychodzić na lekcje, bo pojawiła się oferta transferowa i jego plany życiowe dość szybko się zmieniły. Faktycznie, po kilku miesiącach był już w Broendby – opowiada tłumacz „Kolejorza”.

Nikt nie zapisuje w kontrakcie konieczności nauki języka polskiego, ale jeśli klub uzna, że któremuś z piłkarzy lekcje są jeszcze potrzebne, to specjalnego wyjścia nie ma - zawodnik ląduje w sali z zeszytem i długopisami.

Polski przydawał się też w dyskotekach

Piłkarze dzieleni są na grupy w zależności od zaawansowania lub predyspozycji do nauki polskiego. – Inaczej wygląda praca z piłkarzami np. z byłej Jugosławii, a inaczej ze Skandynawami. Oni mówią w swoich krajach językami germańskimi, a polski to przecież język słowiański. To zupełnie inny sposób myślenia. Nauka przychodzi trudniej – mówi Trawiński i dodaje: Z Chorwatami i Serbami jest pod tym względem łatwiej, ale praca z nimi prowadzi do zabawnych sytuacji. Gdy mówię im, żeby teraz coś robili przez godzinę, oni robią wielkie oczy i zaczynają się śmiać. U nich godzina oznacza rok. Tak samo jest, gdy pojawia się słowo „miał”, które od kojarzy im się tylko z kotami.

Do grupy o najniższym poziomie nauczania na początku swojej przygody z „Kolejorzem” trafił też Szwed Nicki Bille Nielsen. Uczył się razem z Christianem Gytkjaerem i Lasse Nielsenem. – To Nicki robił zdecydowanie największe postępy. Kibice narzekali na jego podejście do treningów, ale na lekcjach spisywał się bardzo dobrze. Po prostu, język polski bardziej niż do gry w piłkę, przydawał mu się w sytuacjach pozaboiskowych - tak to ujmijmy. Każda motywacja do nauki jest jednak dobra – śmieje się Trawiński.

Jeszcze lepiej z nauką polskiego poradzili sobie trenerzy Lecha – Bjelica i Djurdjević, którzy postawili na samodzielną naukę. – Obaj sporo czytali polskich gazet, książek i oglądali naszą telewizję. Postawili na kontakt z „żywym” językiem. Wcześniej znali już inne języki, więc łatwiej było im nauczyć się kolejnego – wyjaśnia tłumacz „Kolejorza”.

Szybko i bardzo dobrze języka nauczył się też Wołodymyr Kostewycz, który na zajęcia przychodził ze swoją dziewczyną. Urodził się w obwodzie lwowskim, więc już wcześniej miał styczność z Polakami i przychodząc do Lecha rozpoczął naukę od poziomu zaawansowanego. – Lubię z nim pracować, bo po prostu sobie o wszystkim rozmawiamy. To bardzo inteligentny chłopak. Prymus? Pewnie tak, ale chciałbym wyróżnić Thomasa Rogne. Jest z Norwegii, więc z założenia powinien mieć problemy z naszym językiem. Robi jednak szybkie postępy, jest bardzo pracowity i pilny – mówi Trawiński.

Lekcje pozwalają poznać piłkarzy

Nie wszyscy mają podejście podobne do Rogne. W poprzednich latach część piłkarzy nie przykładała się do lekcji, unikała przychodzenia na zajęcia. – Takich lekcji nie lubię najbardziej. Robionych na siłę, jak z dziećmi, których rodzice przysyłają na zajęcia, mimo że one tego nie chcą – twierdzi tłumacz.

Lekcje z piłkarzami niespecjalnie różnią się od tych, które znamy ze szkoły. Oczywiście odbywają się w mniejszych grupach i bardziej szczegółowo przerabia się na nich rozdział „sport”. – Piłkarze Lecha to nie są wielkie gwiazdy i absolutnie nie mają takich manier. Jedni są dowcipni, inni nieśmiali. Często robią sobie nawzajem żarty – w tym przodował Emir Dilaver. Zawodnicy są zazwyczaj w wieku moich dzieci, więc łatwo jest mi nawiązać z nimi relacje – mówi Trawiński.

Różnica z tradycyjną szkołą jest taka, że piłkarze nie dostają ocen. Sprawdziany zdarzają się sporadycznie, a na lekcjach stawia się przede wszystkim na komunikacje. Efekty też ocenia się na podstawie rozmowy. – Wtedy podejmuję decyzję czy ktoś może już przejść do bardziej zaawansowanej grupy. Nikola Vujadinović jest z nami dwa lata i radzi sobie na tyle dobrze, że nie musi już przychodzić na lekcje. Nie wiem, czy zdałby jakiś oficjalny test z polskiego. Komunikuje się i rozumie, a to jest w przypadku piłkarzy najważniejsze – twierdzi Jan Trawiński.

Dzięki lekcjom języka organizowanych przez klub można łatwo ocenić kto traktuje grę w Lechu poważnie, a dla kogo jest to tylko krótki przystanek w karierze. Część zawodników zapisuje na lekcje też członków swojej rodziny. Tak jest w przypadku ostatnio sprowadzonych Portugalczyków. Nastawienie do lekcji często przekłada się też na podejście do piłkarskich obowiązków. – Pracowitość i pilność to cecha charakteru, więc nie da się poważnie traktować tylko części swoich obowiązków. Jeśli piłkarz jest pracowity i przygotowany do zajęć, to później tak samo podchodzi do treningów na boisku – ocenia tłumacz Lecha.

***

Ekstraklasa. Nowy trener, ale Legia wciąż beznadziejna. Mistrz Polski skompromitował się w meczu z Wisłą Płock

Najpierw bieganie, potem bieganie i znowu bieganie. Legia Warszawa dokręca śrubę piłkarzom i szuka pieniędzy

Więcej o: