Ekstraklasa. Pogoń Szczecin. Iker Guarrotxena: Bask, który nie dostał szansy

- Synu, musimy ci coś powiedzieć. Jesteś adoptowany - wspomina historię sprzed wielu lat w rozmowie z hiszpańskim "Sphera Sports". Na szczęście prawda okazała się być znacznie przyjemniejsza. Grał ze łzami w oczach, został odstrzelony przez Ernesto Valverde, a teraz poszuka swojego miejsca w Szczecinie. 25-latek związał się z Pogonią umową, która będzie obowiązywać przez trzy lata.

Burza w szklance wody

Wszystko nabrało tempa na ostatniej prostej. Być może właśnie dlatego w tej historii jest aż tyle niedopowiedzeń. – Chwilę przed meczem z Gijon kibice zobaczyli, jak opuszcza stadion. Na początku wszyscy myśleli, że przez jakąś kontuzję -– czytamy na portalu „La Nueva Cronica”. Prawda szybko wyszła na jaw, pojawiły się głosy o „ofercie nie do odrzucenia”.

Portale społecznościowe obiegło pożegnanie, które z założenia powinno nieco załagodzić sytuację. Wszyscy związani z Cultural Leonesa byli bardzo zdezorientowani. Zamiast wyjaśnienia, pojawiło się jeszcze więcej sprzeczności. – Chciałbym wszystkim serdecznie podziękować, szczególne wyrazy wdzięczności kieruje do Felipe Llamazaresa (przyp. red. dyrektor generalny), za to jak mnie przyjął od mojego pierwszego dnia w klubie. Pomimo tego, co ostatnio powiedziałem, że chcę zostać w Leon, nie mogłem odrzucić tej oferty – tłumaczył piłkarz.

 

Poruszenie wywołało właśnie to ostatnie zdanie. Okazało się, że przed przenosinami do Szczecina, na oficjalnej stronie drużyny opublikowane zostało zdjęcie Guarrotxeny, pod którym znalazł się hasztag #yosigo. Wszyscy, również szkoleniowiec Victor Cea, byli przekonani, że Bask nigdzie się nie wybiera. – Prawdę mówiąc nie miałem pojęcia, że Iker opublikował to pożegnanie. Nie złamał słowa. Nikt nie nagrał jego wypowiedzi – podkreślił menadżer zawodnika, Francisco Valdivieso, w „Radio Leon”.

Adopcja, której nie było

- Grałem wtedy w Getxo i gdzieś pod koniec sezonu zobaczyłem, że mój tata rozmawia z trenerem juniorów (Alevin A) Athleticu Bilbao. Kojarzyłem, że był na kilku meczach, nawet wcześniej widziałem, że zamienili słowo, ale w domu nie poruszaliśmy tego tematu – zaczyna swoją historię w rozmowie z José Miguelem Capelą („Sphera Sports”) – No więc, pewnego dnia rodzice zawołali mnie do kuchni: „Synu, musimy ci coś powiedzieć. Jesteś adoptowany”.

Przez ten ułamek sekundy w jego głowie musiało pojawić się tysiąc różnych myśli. Na szczęście nie trzymali go długo w niepewności. W ten sposób przekazali mu informację, która miała zmienić jego życie: – Miałem podpisać umowę z Athletikiem – wspomina Iker.

Pewnie ta historia nabrałaby kolorytu, gdyby wyszło po latach, że w jego krwi nie płynie baskijska krew. Poświęćcie mu jednak krótką chwilę. Jest bowiem jednym z tych piłkarzy, którym trzeba dać szansę.

 

Przygodę z piłką nożną zaczął dość wcześnie, bo około 8. roku życia. Pierwsze kroki stawiał w rodzinnym Getxo: - Rok później (przyp. red. drugi rok Alevin, jedna z grup wiekowych w Hiszpanii dla jedenasto- i dwunastolatków), kiedy miałem 10 lat, przeniosłem się do Lezamy, cantery Athleticu – relacjonuje w tym samym wywiadzie.

Od tego momentu w jego życiu nie było większych zmian. No, przynajmniej jeśli chodzi o otoczenie. Tam przeszedł pozostałe szczeble młodzieżowe. – Mam naprawdę świetne wspomnienia. Najpierw autobus, potem pociąg, zawierasz przyjaźnie, poznajesz ludzi. Na pewnym etapie chodziliśmy wszyscy do jednej szkoły, więc rano szliśmy do niej razem, a po południu był czas na Lezamę. Nie było lekko. Do domu wracałem około 22, wychodziłem rano o 8 i tak cały tydzień praktycznie bez kontaktu z rodziną – szczegółowo opowiada w rozmowie z Capelą.

Rodziną stała się cantera, futbol wypełniał coraz więcej obszarów w jego życiu. To nie jest tak, że jeden trener wpłynął najmocniej na jego rozwój. Było ich kilku. – Vicente Gomez przychodził oglądać moje mecze w Getxo i później miałem z nim treningi przez trzy kolejne lata. O, jeszcze Cuco Ziganda, u którego mam ogromny dług, bo dzięki niemu wskoczyłem do profesjonalnej piłki (przyp. red. do rezerw Athleticu w sezonie 2012/13). I Carlos Terrazas. Chyba ufał mi bardziej niż ja ufam sobie – odpowiedzi („Sphera Sports”) Ikera są bardzo przemyślane. Stara się nikogo nie pominąć. Jest bardzo drobiazgowy.

Cierpienia Guarrotxeny

Jeden moment, dwa potężne ciosy. Oba miały wpływ na jego karierę, chociaż w różny sposób. Jeden psychiczny, drugi fizyczny.

Nie byłoby przeprowadzki na Teneryfę, gdyby nie dwie osoby. – Kiedy wróciliśmy z Austrii (przyp. red. jeden z obozów Athleticu), trener Ernesto Valverde zawołał mnie do siebie. Powiedział, że najlepiej będzie, jak odejdę, bo tutaj nie będę odgrywać kluczowej roli. Miałem wtedy 22 lata, było sporo możliwości – opowiada w wywiadzie dla „La Opinion”. Iker wspomniał o różnych ofertach, np. bardzo kuszącej opcji przenosin na Majorkę, ale ostatecznie padło na inną wyspę.

– Przede wszystkim muszę im podziękować. Alvaro Cervera i Alfonso Serrano dali mi szansę, jestem im straszni wdzięczny. To właśnie Cervera dzwonił do klubu i bardzo chciał, żebym grał w jego drużynie. Pamiętam, że oglądaliśmy razem powtórki meczów, pokazywał mi moje błędy. Dużo rozmawialiśmy – kontynuuje w rozmowie.

Sielanka nie trwała zbyt długo. Nagle powietrze dało się ciąć nożem. Szkoleniowiec przestał rozmawiać z Ikerem, inni piłkarze również odczuli, że atmosfera w ekipie się pogorszyła. Zareagował zarząd – Cervera w styczniu 2015 r. pożegnał się ze stanowiskiem.

Nie było to jedyne wstrząsające wydarzenie. Wyniki od początku sezonu nie napawały optymizmem. Do konfrontacji z Barcą B (10. kolejka), bilans Tenerife wyglądał następująco: dwa zwycięstwa, jeden remis, sześć porażek. Nastrojów nie zmieniła wygrana z katalońską ekipą. Według relacji „Mundo Deportivo”, Guarrotxena został zaatakowany w drodze ze stadionu do samochodu.

Napastnik najpierw zaczął go wyzywać, później uderzył, a następnie zaczął nim trząść. Na szczęście szybko zauważyli to Unai Albizua, Javi Moyano i Cristo Martin. Koledzy z drużyny odciągnęli mężczyznę. – Kibice Tenerife nie zasługują na to, żeby tacy ludzie reprezentowali ich klub. Dziękuję wszystkim entuzjastom, Tenerife i Athleticu, za słowa wsparcia, eskerrik asko (przyp. red. „dziękuję” w języku baskijskim) – Iker napisał na Twitterze po incydencie.

Dla Baska nie to było najgorsze. – W meczu z Ponferradiną (przyp. red. kilka spotkań przed zwolnieniem szkoleniowca) poczułem kłujący ból w okolicach pachwiny. Grałem ze łzami w oczach i od tego momentu nie mogłem już normalnie trenować – piłkarz opowiedział w rozmowie z „La Opinion”, że za wszelką cenę chciał się wykurować na następne, szalenie istotne starcie z Albacete, ale nie było szans.

Na domiar złego, Guarrotxena znał ten ból bardzo dobrze.

Przewlekły uraz

Pierwsze poważniejsze symptomy pojawiły się już po obozie w Austrii, na który wyjechał jeszcze w barwach Athleticu Bilbao. Co jakiś czas kontuzja się odnawiała.

Konkretnej, ale jednocześnie bardzo niepokojącej, diagnozy doczekał się dopiero u klubowego lekarza, który wskazał na problemy z pachwiną, fachowo określane terminem pubalgia. Iker był w stanie wrócić do gry na kilka meczów, by za chwilę wypaść na kolejne tygodnie. Dopiero po wyżej wspomnianym spotkaniu z Ponferradiną, zdecydował się na wyjazd do Bilbao, żeby rozpocząć leczenie. – Przyznaję, jestem okropnym pacjentem. Kiedy nie gram, czuję się fatalnie, robię się nerwowy i niespokojny – przyznał w rozmowie z „La Opinion”.

Przewlekła kontuzja może stanowić klucz do zrozumienia, dlaczego trener Ernesto Valverde ostatecznie nie dał mu szansy. Sprawa rozstrzygnęła się na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy.

 

W maju 2014 r. Iker został wybrany graczem tygodnia, dzięki hattrickowi w meczu z Puerta Bonita. Był to jego jedenasty gol w sezonie, a dodatkowo mógł się pochwalić regularną grą w drużynie Cuco Zigandy. Już wtedy pojawiły się głosy, że Ernesto Valverde zabierze go na obóz przygotowawczy do Austrii. -– Jest pewny siebie i daje dużo zespołowi. Lubię w nim to, że kiedy znajduje się w odpowiednim sektorze zawsze myśli albo o dryblingu, albo o strzelaniu – mówił (relacja za „Marca”).

Pamiętne zaproszenie do gabinetu szkoleniowca odbyło się w sierpniu, po powrocie. Wówczas wszystko było jasne – Guarrotxena miał się pakować. Czekała na niego przeprowadzka na Teneryfę.

Te wszystkie mniejsze i większe incydenty stanowią codzienność większości piłkarzy, ale w charakterze Baska jest coś, co nie pozwala mu machnąć ręką. – Jestem bardzo rodzinny, zależy mi na dobru bliskich i jestem szczęśliwy wtedy, kiedy oni są szczęśliwi. To właśnie jest moje marzenie – wspomniał w wywiadzie dla „Sphera Sports”. Teraz czekają go nowe wyzwania i szansa, dla której trzeba było zaryzykować.

Więcej o: