Warszawska specjalność: zarządzanie kryzysem [O'PIŁKI MARCINIAKA]

Największy urok polskiej piłki? Regularnie zaskakuje. Gdy wydaje się, że granice absurdu zostały przekroczone w najbardziej spektakularny sposób, dość szybko okazuje się, że to było tylko preludium kolejnych groteskowych przypadków - pisze Krzysztof Marciniak, dziennikarz Canal+ Sport.

Nie trzeba sięgać do zakamarków pamięci, by przypomnieć sobie klub Ekstraklasy grający cały sezon w nie swoim mieście. Uważny obserwator nie będzie zdziwiony słysząc o zwolnieniu trenera na kilka dni przed startem ligi czy o piłkarzach, którzy na medialną prezentację w nowym klubie wpadają w poszarpanych szortach. Banalnie oczywista wydają się być historie o zawodnikach, którzy serię fatalnych wyników postanowili odreagować w klubie go-go lub „wychowawczych klapsach” wymierzanych przez szalikowców na klubowym parkingu. Ostatnie dni też przyniosły ciekawostkę, tym razem z dziedziny transportu. Piłkarze Arki już na lotnisku dowiedzieli się, że ich bilety do Krakowa owszem, zostały kupione, ale na inny dzień. W tym pokręconym świecie jest jednak miejsce na rzeczy stałe, przewidywalne do bólu. Od kilku lat jest nią letnio-jesienne przesilenie w Legii.

Statystyczny kibic warszawskiego klubu od kilku lat na zmianę wyrywa sobie włosy z głowy i świętuje krajowe sukcesy. Wierzy w deklaracje o stabilizacji i rozwoju, po czym dochodzi do wniosku, że klub pogrąża się w chaosie. Najpierw jest przekonany, że rosnące przychody pozwolą z łatwością podbić ligę, a po pewnym czasie z niepokojem liczy ile milionów zabraknie do spięcia budżetu. Nie ma miejsca na nudę, jest emocjonalna huśtawka. Po miesiącach rozczarowań przychodzi krótki okres radości. A potem wszystko zaczyna się od nowa.

Bartosz Kapustka ma kolejnego rywala. Rachid Ghezzal zawodnikiem Leicester City

Ten sam schemat

Historia lubi się powtarzać, więc poszukiwanie odpowiedniego kandydata na trenera Legii nie jest niczym nowym. Zmieniają się okoliczności, nazwiska, pomysły, ale schemat od kilku lat pozostaje ten sam.

Latem 2015 roku, po przegranym wyścigu o mistrzostwo kolejną szansę dostał Henning Berg. Co prawda gra coraz bardziej irytowała kibiców, ale Norweg zapracował sobie na zaufanie przełożonych dobrymi wynikami w europejskich pucharach. Ufność wyczerpała się na początku października. Po remisie w Zabrzu Legia spadła na czwarte miejsce, a strata do prowadzącego Piasta wynosiła już 10 punktów. Misję zdobycia mistrzostwa, by godnie uczcić stulecie klubu dostał Stanisław Czerczesow i zadanie wykonał. Tyle, że wtedy w głowach Bogusława Leśnodorskiego i Michała Żewłakowa zrodziła się myśl o zrobieniu jakościowego skoku. Najlepiej pod wodzą nowego trenera. 

- Naszym zdaniem Hasi najbardziej nas łączy w kwestii akademii, infrastruktury i łączenia tego z pierwszym zespołem. – mówił ówczesny dyrektor sportowy, pomysłodawca zatrudnienia Albańczyka. Takie formułki czytane po latach mogą wywołać tylko pusty śmiech, bo Albańczyk w ekspresowym tempie zdołał zrazić do siebie piłkarzy, współpracowników i kibiców. Po trzech miesiącach wyjeżdżał z Warszawy, a zespół zostawił z 10-punktową stratą do lidera (była nim Bruk-Bet Termalica), a tylko dwa punkty nad ostatnim zespołem w tabeli. Seria koszmarnych meczów w Ekstraklasie przeważyła szalę, Hasiego nie uratował nawet upragniony awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Oficjalnie: Rafał Kurzawa piłkarzem Amiens

Trener na lata nie przetrwał lata

Za sterami dryfującego okrętu stanął Jacek Magiera (tymczasowym trenerem w meczu z Wisłą Kraków był Aleksandar Vuković) i ostatecznie doprowadził go do portu docelowego. Mistrzostwo zostało obronione, a w maju 2017 Dariusz Mioduski kreślił taką wizję przyszłości: - Mamy trenera, który jest z tym klubem tak mocno związany i tak dogłębnie rozumie filozofię, którą próbujemy wdrożyć, zgadza się z nią, że mam nadzieję, że to trener na lata. Tego bym chciał. (wywiad dla Przeglądu Sportowego).

W tym przypadku „chcieć” nie równało się „móc”. Trener „na lata” nie przetrwał lata 2017 i jeszcze przed nadejściem kalendarzowej jesieni pożegnał się z posadą. W lidze nie było tak tragicznie jak w poprzednich sezonach, bo po ósmej kolejce strata do lidera z Poznania wynosiła tylko dwa punkty. Decydujące było odpadnięcie z pucharów. Bramę do Ligi Mistrzów zamknęła Astana, a Sheriff Tiraspol zatrzasnął furtkę do fazy grupowej Ligi Europy.

Były trener Legii Warszawa - Romeo JozakByły trener Legii Warszawa - Romeo Jozak KUBA ATYS

- Dziś Legia potrzebuje charyzmatycznego lidera, który skutecznie dotrze do piłkarzy, grających w ostatnich miesiącach znacznie poniżej swoich możliwości – tak wtedy Dariusz Mioduski diagnozował potrzeby klubu. Taką osobą miał być Romeo Jozak, ale w połowie kwietnia okazało się, że lepiej do tej roli nadaje się jego asystent, Dean Klafurić.

Cykl dopełnił się kilka dni temu, gdy i on został zdymisjonowany.

W ciągu ostatnich trzech lat Legia lawirowała między norweskimi schematami, rosyjskim wojskowym drylem, kosmopolityzmem importowanym z Brukseli, lokalnym patriotyzmem i ideałami kopalni talentów z Zagrzebia. Dużo pomysłów, wykluczających się idei, ale przede wszystkim zmarnowanego czasu. Permanentne zarządzanie kryzysem mają przy Łazienkowskiej opanowane, bo te zawirowania nie przeszkodziły we wstawieniu do gabloty trzech trofeów za mistrzostwo i kolejnych trzech za wygranie krajowego pucharu. To czynnik najbardziej demoralizujący i pokazujący słabość konkurencji. Zmienianie trenerów kilkanaście tygodni po starcie sezonu stało się warszawską tradycją, immunitetu nie dawały im wygrane tytuły, a nawet awans do Ligi Mistrzów. I o tym trzeba pamiętać, gdy lada chwila zostanie ogłoszone nazwisko kolejnego szkoleniowca, a w mediach pojawią się wypowiedzi podkreślającego jego fachowość. Być może będzie bardziej kompetentny i uzdolniony niż poprzednicy, ale jeszcze bardziej prawdopodobne jest, że nie będzie szansy, by to rzetelnie ocenić, bo z Warszawy wyjedzie, gdy tylko pojawi się pierwszy poważniejszy kryzys

Marcin Bułka, 18-latek z Chelsea: Nie chcę być trzecim bramkarzem, chcę grać

Więcej o: