Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Poliglota ze zmiażdżonym marzeniem. Kowboj Gino Lettieri wprowadził w Kielcach nowe porządki

Piłkarzem nie został, bo samochód roztrzaskał mu kolano. Jego największy trenerski sukces to awans do 2. Bundesligi. Fachu uczył się od Arsene'a Wengera i Zdenka Zemana. Gino Lettieri zna cztery języki, ale najtrudniej było mu znaleźć wspólny z piłkarzami Korony Kielce. Kiedy mu się udało, zaskoczył całą Ekstraklasę.

W stołówce kieleckiego hotelu przekrzykiwało się kilkunastu mężczyzn. Wszystko zaczęło się od klapków Miguela Palanki. Hiszpan – jak później wyjaśnił – po ciężkich treningach narzekał na odciski i na obiad zdecydował się zejść w plażowym obuwiu. To zdenerwowało nowego szkoleniowca Gino Lettieriego, który najpierw dwukrotnie upomniał zawodnika, a później wyrzucił go z posiłku.

Bitwa o klapki

Ostra decyzja nie przypadła do gustu pozostałym piłkarzom, którzy twardo stanęli w obronie kolegi. – Przyszedł obcokrajowiec z inną mentalnością i potrzebował czasu, aby nas poznać. W Koronie są charakterni zawodnicy, którzy nie boją się mówić tego, co myślą. I pojawiły się zgrzyty – wspomina w rozmowie ze Sport.pl obrońca Bartosz Rymaniak. Kłótnia trwała kilka minut. Napięcie natomiast rosło od dwóch dni. Trener miał zwracać się lekceważąco do zawodników, podobno traktował ich z wyższością. Ci więc zaczęli chodzić na skargi do prezesa Krzysztofa Zająca. – Był moment, kiedy Rada Drużyny odwiedzała mnie regularnie. Niektórzy chcieli nawet odchodzić. Inni mówili o zwolnieniu trenera. A mnie to cieszyło – mówi nam Zając i dodaje: „Wiedziałem, że idziemy w dobrym kierunku, bo zaczął się proces, którego oczekiwaliśmy. Zmianie musiało ulec podejście i dyscyplina niektórych zawodników. I udało się. Choć było boleśnie, dostawaliśmy po uszach. Proszę mi jednak wierzyć, że nie miałem chwili zwątpienia w trenera. Wielkich rzeczy nie ma bez ofiar, więc i tu musiały być”.

Lettieri postawił więc na swoim. Palanka najpierw opuścił pięciodniowe zgrupowanie, a później – Kielce. Klub pozbył się jednego z liderów oddając go do Anorthosisu Famagusta. W takim kowbojskim stylu swoją przygodę z Polską rozpoczął trener, który przed przyjściem do Kielc spadł z hukiem z trzeciej ligi niemieckiej. I choć jego start wypadł niezbyt okazale, wyniki Korony budzą dziś szacunek. W ostatnim miesiącu „Scyzoryki” strzeliły 13 bramek, rozbiły Lechię Gdańsk i Śląsk Wrocław. W tabeli wyprzedza ich tylko Legia Warszawa, Górnik Zabrze, Wisła Kraków i Jagiellonia Białystok.

Raz spadek, raz awans

Uśmiech politowania zamiast uśmiechu radości. Tak zareagowały na Letteriego Kielce, gdy 50-latek pojawił się w klubie ze Ściegiennego. Jako trener nie osiągał wielkich sukcesów. Chyba, że za taki uznamy awans do 2. Bundesligi z MSV Duisburg. – Powiedziano mi, że jeśli nie awansujemy, klub zbankrutuje (…) Nie było tam wiele pieniędzy. Klub miał 20 milionów euro długów, miałem do dyspozycji wąską kadrę. Było ciężko – wspominał Letteri w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Poza tym Włoch z niemieckim paszportem awansował z piątej ligi do czwartej (z Augsburgiem) i z czwartej do trzeciej (z SpVgg Bayreuth i SpVgg Weiden). Reszta jego szkoleniowej drogi to upadki: spadek z 2. Bundesligi z Wacker Burghausen i Arminią Bielefeld, gdzie był asystentem Norberta Meiera, nieudania misja utrzymania FSV Frankfurt w trzeciej lidze. Nawet szefowie Duisburga nie mieli dla Lettieriego cierpliwości i wyrzucili go po serii porażek. Na zapleczu Bundesligi trener Korony osiągnął tylko 13 proc. zwycięstw. Nie pomogły staże u trenerskich tuzów, jak Arsene Wenger, Zdenek Zeman i Giovanni Trapattoni.

Człowiek z teczki Burdenskiego

Na niekorzyść szkoleniowca urodzonego w szwajcarskim Zurychu (gdzie biznesy załatwiali jego rodzice pracujący w branży gastronomicznej) przemawiały jeszcze dwa argumenty. Po pierwsze Lettieri był człowiekiem przyniesionym w teczce przez nowego właściciela Korony Niemca Dietera Burdenskiego. A po drugie – zastępował Macieja Bartoszka, który wraz z piłkarzami z Kielc po raz pierwszy w historii klubu awansował do grupy mistrzowskiej Ekstraklasy w której zajął 5 miejsce.

Wypadek, który zmiażdżył marzenia

José Mari Bakero, Henning Berg, Thomas von Heesen. Wszyscy oni rozpoczynając pracę w Polsce nie mogli pochwalić się wielkim doświadczeniem szkoleniowym. Ale każdy z nich został legendą. Bakero w Barcelonie, Berg w Blackburn, a von Heesen w Hamburgu. Letteri natomiast nigdy nie był wielkim piłkarzem. Grał w pomocy. Jego największym sukcesem jest kilka treningów z pierwszym zespołem TSV 1860 Monachium, którego jest wychowankiem. Włoch nie zadebiutował jednak w pierwszej drużynie. Wszystko przez kontuzję, która zabrała mu marzenia. W wieku 17 lat został potrącony przez auto, które zmiażdżyło mu kolano. Powrót do zdrowia trwał dwa lata. – Pierwsze, co pomyślałem, to czy będę mógł grać. Nic innego mnie nie interesowało. Mimo że próbowałem, okazało się, że nie mogłem. To, że nie zostałem zawodowcem, już zawsze będzie mnie jakoś boleć – opowiadał „PS”.

Pobyt w TSV nie poszedł jednak na marne. W bawarskim klubie ze stadionu Grünwalder Letteri rozpoczął trenerską karierę. Latem 1994 roku pod swoje skrzydła wziął go legendarny niemiecki szkoleniowiec Werner Lorant. Gwiazdą zespołu prowadzonego przez Loranta był wówczas Piotr Nowak. Zapytaliśmy dyrektora sportowego Lechii o Włocha, ale… – Nie pamiętam go. Niestety. To było 20 lat temu. Musiałem go przeoczyć – powiedział nam najlepszy niegdyś pomocnik Bundesligi.

Kieleckie motorynki

Mimo trudnego początku wyniki, jakie osiąga Korona Letteriego, budzą szacunek. Skazywany na walkę o utrzymanie zespół z Kielecczyzny zajmuje w tabeli Ekstraklasy rewelacyjne 5 miejsce. Po drodze Korona rozjechała jak walec Lechię (5:0) i Śląsk (3:0), remisując na wyjeździe z Górnikiem (3:3). Po raz ostatni smak porażki czuła 14 września. – Fajnie zaczęły wyglądać nasze wyniki i gra. Dla mnie to jednak żadne zaskoczenie. Trener powiedział nam, że jeżeli będziemy robili to, czego oczekuje, to będą rezultaty. Pracę wykonujemy na maksa i faktycznie są punkty – mówi Łukasz Kosakiewicz. Pomocnik, który latem dołączył do Korony, chwali treningi włosko-niemieckiego trenera: „Zawsze robimy coś nowego. Zajęcia nigdy się nie powtarzają. Trener przykłada uwagę do detali, szczegółów. Sporo biegamy. I to widać na boisku. Treningi są ciężkie, ale fizycznie dajemy radę”.

Podobne zdanie ma Rymaniak: „To efekt ciężkiej pracy. Ćwiczyliśmy mocno i czekaliśmy na wyniki. No i przyszły. W każdym momencie meczu widzimy, że mamy siły. Szczególnie w końcówkach. Normalnie organizm jest zmęczony, dokładność podań spada, a u nas spokój. Śmigamy, jak motorynki”.

Problemy poligloty

Problemu nie stanowi też będąca na początku sporym kłopotem bariera komunikacyjna. I to mimo, iż Letteri jest poliglotą. Płynnie mówi po włosku i niemiecku, angielskiego nauczył się w szkole, a hiszpańskiego od żony, która jest Argentynką. – Komunikacja jest coraz lepsza. Trener poznał nawet kilka polskich słów. Ale nie powiem jakich – puszcza oko Rymaniak. W razie problemów pomaga asystent i tłumacz Letteriego, 28-letni Dawid Pietrzyk, ostatnio trener drużyn do lat 17 i 19 w 1. FC Kaiserslautern. – Na treningach jest miks kilku języków. Większość chłopaków zna jednak angielski, więc jeżeli ktoś chce porozmawiać z trenerem, to nie ma problemu. Mamy coraz lepszy kontakt. Na początku było słabo, ale z czasem my otworzyliśmy się na trenera, on na nas – mówi Kosakiewicz.