Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wraca niezniszczalny. Marcin Wasilewski znów rzuca sobie wyzwanie. Zagra w Wiśle Kraków

Zamiast polecieć do Anglii, trafił na stół operacyjny, mając we krwi podwójną dawkę morfiny. Ma w sobie kilka śrub. Bywał na aucie, ale zawsze wracał. Aż zagrał w Premier League i spełnił marzenia. Teraz wystąpi w Ekstraklasie. W Wiśle Kraków spróbuje udowodnić, że jest niezniszczalny.

Na fotografii Wasilewski stoi z Floydem Mayweatherem Jr. Pięściarz ma na głowie czarną czapkę z białym napisem „Hard work, dedication”, czyli „Ciężka praca, poświęcenie”. Hasło jest przygotowane jakby specjalnie dla Polaka. Mistrz świata kilku federacji jest zresztą uśmiechnięty, jak na spotkaniu z dawno niewidzianym kumplem. Stając do zdjęcia Mayweather mógł nie przypuszczać, że pozuje z równie wielkim wojownikiem, co on sam. Z „Niezniszczalnym” – jak śpiewał o nim polski raper Liber. Bo Wasilewski jest nie do zdarcia. Pasji do futbolu nie zabrała mu ani dramatyczna kontuzja, ani problemy w klubie. Chociaż bywał nokautowany – zawsze wstawał. W sobotę 37-latek wrócił do Ekstraklasy i podpisał kontrakt z Wisłą Kraków. Znów będzie chciał udowodnić tym, którzy go skreślili, że zrobili to za szybko. I może mu się udać. Bo komu, jeśli nie twardzielowi z Krakowa?

Ból zamiast Hull

Najbardziej dramatyczną chwilę w życiu Wasilewskiego widział chyba każdy polski kibic. Axel Witsel pędził prawą stroną boiska. Polak chciał wślizgiem wybić piłkę, ale zanim jego prawa noga dotknęła murawy, naskoczył na nią rywal w czerwonej koszulce. Później był słyszany na całym stadionie trzask, cisza, twarze kolegów schowane w rękach i krzyk. A następnie nosze. I podwójna dawka morfiny.

30 sierpnia 2009 roku w 27 min. meczu Anderlechtu ze Standardem Liège reprezentant Polski doznał złamania nogi. To miało być jego pożegnanie z Brukselą. Na stole leżała oferta z Hull City. Anderlecht miał dostać 3 mln euro, na Wasilewskiego czekała trzyletnia umowa. Do rozegrania zostało 90 minut. Trzy miesiące wcześniej obie drużyny zmierzyły się w meczu decydującym o pierwszym miejscu w ligowej tabeli. Nikt się nie oszczędzał, a sędzia pozwolił na ostrą grę. 1:0 wygrał Standard, bramkę na wagę mistrzostwa zdobył Witsel. Tamten mecz Marcin skończył z bandażem na głowie. Tym razem miało pójść łatwiej. Stawka nie była wysoka, bo sezon dopiero się zaczynał.

6 operacji, 12 śrub

Zamiast spacerku był horror. Samolot z delegacją Hull odleciał, a wraz z nim odleciała szansa na spełnienie marzeń. Bo krakowianin zawsze śnił o grze w Premier League. Miały być badania medyczne w Anglii, wyszła kilkudniowa walka o nogę Wasilewskiego. Jeden z doktorów, kibic Anderlechtu, był na meczu ze Standardem. Na odział operacyjny przyjechał prosto ze stadionu Constanta Vanden Stocka. Lekarze rozważali nawet amputację nogi Polaka.

Wcześniej podobne złamania mieli m.in. David Busst z Coventry i Luc Nilis z Aston Villi. Obaj byli zmuszeni do zakończenia karier (Busst miał 26 operacji!). Wasilewski pod skalpelem lądował sześć razy. Do samego poskładania pękniętych kości piszczelowej i strzałkowej potrzebne były trzy zabiegi. I cztery śruby. Z Brukseli obrońca trafił do Antwerpii, a tamtejsi specjaliści dosłownie postawili go na nogi. Dwa tygodnie po tragicznej kontuzji Wasilewski mówił: „To jest dramat! Ból jest okropny. Kiedy tylko schodzi znieczulenie, muszę jak najszybciej wziąć leki przeciwbólowe, żeby nie oszaleć!”.

Zawodnikowi pomagał współpracujący z Milanem Lieven Maesschalck. I Polak do zdrowia wracał jak błyskawica. W pewnym momencie zaczęto mówić nawet o cudzie, bo piłkarz miał zacząć trenować po dziewięciu miesiącach. Biegał już po pół roku. A przecież przed chwilą rozważano amputację. „Wasyl” odwiedzał jednak masażystów, rehabilitantów, nawet bioenergoterapeutów. Przed powrotem na boisko przeszedł jednak jeszcze jeden zabieg. Okazało się, że kość strzałkowa nie zrosła się. – Lekarz włożył mi w łydkę blaszkę, do tego osiem śrub. I ból minął, jak ręką odjął – opowiadał w 2012 r. „Newsweekowi”. Dzięki hartowi ducha powrót stał się faktem. Pod koniec 2010 r. reprezentant Polski pojawił się na boisku w meczu z Zulte Waregem i strzelił bramkę! A później w Belgii grał jeszcze przez trzy sezony, w lidze występując 69 razy. Jego klub spisał się zresztą w chwili próby. Tuż po dramatycznym urazie zaproponował Wasilewskiemu kontrakt obowiązujący do lata 2013.

Przebaczenie w Rosji

Standard Liège czterokrotnie próbował umówić spotkanie Witsela z Wasilewskim, ale Polak zawsze odmawiał. Belg tłumaczył: „Nie chciałem tego, faul nie był zamierzony. Obaj ruszyliśmy do piłki i niechcący trafiłem w nogę Wasilewskiego”. Nikt mu jednak nie wierzył, bo na powtórkach widać premedytację z jaką zaatakował rywala. Tuż po feralnym meczu mówiono, że polski piłkarz pozwie Witsela. Mecenas Agata Wantuch spotkała się nawet z pracownikami działu prawnego Anderlechtu Danielem Spreutelsem i Lukiem Deleu, aby przygotować pozew. Ostatecznie do tego nie doszło. Trzy lata po kontuzji doszło natomiast do długo wyczekiwanego spotkania. I to na boisku. Okazją był mecz Ligi Mistrzów z Zenitem St. Petersburg. I Wasilewski uścisnął dłoń swojego kata.

O podpis od Legii

Wasilewskiego nie złamała także trudna sytuacja w klubie. Cztery lata temu był na aucie. Trener John van den Brom nie tylko nie stawiał na Polaka, ale coraz częściej wysyłał go na trybuny. 33-latek przegrał rywalizację z duetem Bram Nuytinck-Cheikhou Kouyate. Defensor nie tylko nie grał, ale kończył się także jego kontrakt. Działacze „Fiołków” zgodzili się nawet na odejście zawodnika pół roku przed wygaśnięciem umowy. I to za darmo. Ale chętnych nie było. Na pół roku Wasilewskiego chciało wypożyczyć Maccabi Hajfa, złożenie oferty rozważało Heerenven. Ale zgłosiła się tylko Legia Warszawa. Samolot, który wylądował w Zaventem, 12 km na północny wschód od Brukseli, przyleciał do Belgii z misją specjalną. A właściwie to z misją przyleciał jeden z pasażerów. Był nim Bogusław Leśnodorski, prezes Legii. Pofatygował się na zachód, aby namówić Wasilewskiego na powrót do Polski. I prawie się udało. Na początku lutego piłkarz podjął decyzję o grze na Łazienkowskiej.

Leśnodorski położył na stole półtoraroczną umowę z opcją przedłużenia o kolejne sezony, gdyby Wasilewski rozegrał co najmniej 50 meczów. Obrońca, który w Anderlechcie zarabiał milion euro za sezon, musiał zgodzić się co prawda na sporą obniżkę, ale jego apanaże i tak byłyby rekordowe w historii ligi. Sprawa skomplikowała się, gdy wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik. Obóz Wasilewskiego twierdził, że z rozmów zrezygnowała Legia, która w końcu nie zgodziła się na wcześniejsze ustalenia. Stołeczni tłumaczyli natomiast, że warunki nie do zaakceptowania podyktowała prowadząca negocjacje mecenas Wantuch. Z transferu nic nie wyszło. I chociaż sytuacja stawała się dla piłkarza beznadziejna, to zaryzykował. Wychowankiem Hutnika interesowała się Jagiellonia Białystok, gotowość do rozmów zgłosiło Zagłębie Lubin. Ale „Wasyl” odmawiał i czekał. Aż się doczekał.

Żona siedząca na głowie

Gdyby uczestnik Euro 2008 i 2012 zwątpił w siebie i wrócił do Polski, dziś byłby piłkarzem zasłużonym, ale nie spełnionym. Gdyby przyjął propozycję Legii czy Zagłębia, nigdy nie ziściłby się jego sen. Tomasz Kuszczak, kolega z reprezentacji, nie zadzwoniłby mówiąc, że jeden z menadżerów zaprasza Marcina na testy do Leicester. A on nigdy by na nie nie pojechał. Ale Kuszczak zadzwonił, a Wasilewski odebrał. Chociaż na początku nie był zainteresowany podróżą za kanał La Manche. Oferta zakładała testy na które się nie godził. Po drugim telefonie z Wysp namówiła go żona Joanna. – Wsiadła mi na głowę i tak trzy dni powtarzała: jedź, jedź, jedź, przecież jesteś przygotowany, trenowałeś z Anderlechtem – wspominał w rozmowie z magazynem „Mecz”. A więc pojechał na pięć dni. Trenował trzy. I został w Leicester na cztery lata.

Szansę dostał od Nigela Pearsona. Kiedyś także defensora, m.in. Sheffield Wednesday i Middlesbrough. Wasilewski wspominał później, że Pearson stwierdził, że z Polakiem stworzyłby świetny duet stoperów. Angielski szkoleniowiec szybko zaufał byłemu zawodnikowi Anderlechtu. To z trenerem z Nottingham „Wasyl” awansował do Premier League, a później zadebiutował w lidze swoich marzeń, rozgrywając w sezonie 25 meczów. O takim osiągnięciu na Wyspach mogli pomarzyć Grzegorz Rasiak i Ebi Smolarek. Wasilewski zdobył także jedną bramkę - o jedną więcej, niż wspomniani napastnicy. W meczu z Manchesterem United pokonał Davida de Geę.

Najwięcej były zawodnik Lecha Poznań i Amiki Wronki osiągnął jednak trenując u Claudio Ranieriego. Nie grał może za dużo, ale został mistrzem Anglii. Ukochanej ligi. A jeszcze pięć lat wcześniej mówił w rozmowie z „Polską The Times”: „Młody już nie jestem i wątpię, czy trafię do Anglii. Tamtejsze kluby kupują raczej zawodników perspektywicznych, piłka to biznes. A, niestety, ale starość, nie radość”. A jednak radość!

Powrót do domu

Podpisanie umowy z Wisłą zaskoczyło wielu. Chociaż z drugiej strony argumenty przemawiały właśnie za krakowskim klubem. To właśnie z tego miasta pochodzi Wasilewski, tam urodził się w 1980 r., tam zaczynał piłkarska karierę (w Hutniku Kraków). Raz nawet zdarzyło mu się wystąpić w barwach Wisły. 28 czerwca 2000 r. Wasilewski zagrał w towarzyskim meczu z Ruchem Radzionków. Krakowianie wygrali 2:1 a „Wasyl” w przewie zmienił Tomasza Kulawika. Nastolatek zamiast na Reymonta, wylądował jednak na Oporowskiej, gdzie reprezentował Śląsk Wrocław. Na Wisłę musiał poczekać 17 lat.

Drugie podejście krakowscy działacze robili przed walką o Ligę Mistrzów. Do Brukseli poleciał nawet dyrektor sportowy Wisły Stan Valckx, który spotkał się z piłkarzem, ale po rozmowie wycofał się z pomysłu. Rozbiło się o pieniądze. W czerwcu 2011 r. Wasilewski zdradził: „Kiedy przedłużałem umowę, wpisaliśmy kwotę odstępnego – 1,5 mln euro. Wątpię, żeby Wisła tyle zapłaciła”.

Niezniszczalny

Udało się za trzecim razem. Późno, ale może lepiej późno, niż wcale. Dziś Wasilewski ma 37 lat. Dużo. Ale kilka lat temu w rozmowie „Newsweekem” mówił: „Wiem, że w Glasgow Rangers był zawodnik, który jeszcze w wieku 40 lat grał w Champions League. Więc jest do kogo równać”. Na myśli miał Davida Weira (o którego formę fizyczną dbał Adam Owen, dziś trener Lechii Gdańsk). „Wasyl” znów postawił sobie wysoko poprzeczkę. I znów chce udowodnić, że – jak śpiewał Liber – jest niezniszczalny.