Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Szymon Matuszek: Wierzę, że dostanę powołanie do reprezentacji. Na swoje nazwisko, a nie Adama Matuszczyka [WYWIAD]

- Rozumiem, że ludzie pytają mnie o czas w Realu, bo w okresie gry w pierwszej lidze to wyróżniało mnie na tle innych. Cały czas jednak ciężko pracuję, by nazwisko Matuszek w przyszłości kojarzone było z czymś więcej. Idzie mi chyba nieźle - mówi kapitan Górnika Zabrze, Szymon Matuszek i wspomina o tym, jak dostał przez pomyłkę powołanie do reprezentacji od Franciszka Smudy. W niedzielę lider ekstraklasy zagra na wyjeździe z Legią. Początek meczu o godz. 18, relacja na żywo na Sport.pl.

Konrad Ferszter: Pamiętasz, gdzie Górnik znajdował się rok temu o tej porze?

Szymon Matuszek: W okolicach ósmego miejsca w pierwszej lidze. Nie wyglądało to dobrze, graliśmy w kratkę, nie mogliśmy ustabilizować formy. Przed poprzednim sezonem wydawało się, że wszystko musi być dobrze. Nasza kadra składała się przecież głównie z piłkarzy, którzy jeszcze niedawno grali w ekstraklasie.

20 listopada przegraliście u siebie z Miedzią Legnica 0:2. Zajmowaliście wtedy ósme miejsce w tabeli, drugi GKS Katowice wyprzedzał was o osiem punktów.

- Pamiętam dobrze tamten mecz, to była różnica klas. Miedź nas zdominowała, nie mieliśmy nic do powiedzenia. Zanotowaliśmy kolejną porażkę, sytuacja w tabeli zrobiła się trudna. Nie było wesoło.

Minął rok, a wy jedziecie do Warszawy na mecz z Legią w roli lidera ekstraklasy. Na czym polega fenomen Górnika?

- Na początku poprzedniego sezonu każdy grał pod siebie, nie stanowiliśmy zespołu. Teraz jest zupełnie inaczej, rozumiemy swoje zadania na boisku, nikt się nie wywyższa, jesteśmy jednością.

Problem leżał też w głowach. Nikt z nas nie czuł się dobrze ze spadkiem, potrzebowaliśmy czasu, by się odbudować. Wielką pracę wykonał trener Marcin Brosz. To on nas podniósł, to jego metody treningowe, powtarzalność na zajęciach sprawiły, że uwierzyliśmy w siebie i wszystko zaczęło wyglądać tak, jak należy.

Który moment był dla Górnika przełomowy?

- Wyjazdowe spotkanie z Bytovią Bytów. Wiosnę w pierwszej lidze zaczęliśmy od trzech zwycięstw i trzech porażek. Jeśli chcieliśmy awansować, w Bytowie musieliśmy wygrać. Nastawiliśmy się na twardą walkę na trudnym boisku i przy nie najlepszej pogodzie. Wygraliśmy 1:0. To tam narodziła się drużyna, którą widzicie dzisiaj.

Pomogli nam też rywale. Zespoły, które były przed nami, regularnie traciły punkty, co przy wygranych pozwoliło nam wskoczyć na miejsce dające awans. Końcówkę sezonu zagraliśmy na euforii. Rywale na nas czekali, dali nam szansę, którą wykorzystaliśmy.

Z tą euforią weszliście do ekstraklasy. W pierwszej kolejce bez problemu ograliście u siebie Legię 3:1.

- Przed meczem mówiliśmy sobie, że to nagroda za trud, który włożyliśmy w awans. Przy pełnych trybunach podejmowaliśmy mistrza Polski, drużynę, która przed chwilą grała w Lidze Mistrzów, remisowała z Realem Madryt. Nikogo nie trzeba było specjalnie motywować, każdy z chłopaków dał z siebie maksimum. Zobaczyliśmy, że w tej lidze można ograć każdego. To był dla nas ogromny zastrzyk pewności siebie.

Teraz Górnik jedzie do Warszawy jako faworyt?

- Nie. Nie mamy zamiaru się wywyższać, wiemy jak silnym zespołem jest Legia. Znamy nasze możliwości, ale stąpamy twardo po ziemi. Mamy plan na mecz w Warszawie i wiemy, że jeśli go wykonamy, to do Zabrza wrócimy z punktami. Naszą siłę mamy zamiar pokazać na boisku, a nie w mediach.

Legia pod wodzą Romeo Jozaka lubi się wycofać, nastawić na kontratak. Nie obawiasz się, że wasz ofensywny styl gry w Warszawie może się na was zemścić?

- Nie mamy zamiaru zmieniać się na jeden mecz. Do Warszawy jedziemy z takim samym nastawieniem jak na każde inne spotkanie. Chcemy być agresywni, wybiegani, skuteczni pod bramką rywala. Tylko to da pozytywny rezultat. Interesowanie się stylem Legii punktów nie da.

„Interesuje nas tylko kolejny mecz”, „patrzymy tylko na siebie”. W Zabrzu powtarzacie to jak mantrę.

- I bardzo dobrze, bo nikt nie chce pompować balonika. Trener od samego początku nam to powtarzał, jego słowa każdy wziął sobie do serca, co przyniosło efekt w postaci awansu do ekstraklasy. Nie będziemy składać żadnych deklaracji, chcemy gromadzić punkty, a wynik ocenimy po zakończeniu sezonu.

Poza tym w Górniku liczą się nie tylko rezultaty, ale też rozwój. W kadrze mamy dużo młodych zawodników, którzy muszą i chcą stawać się lepsi. Dlatego na przykład wtorkowy trening trwał ponad trzy godziny. Pracujemy tak, by na koniec powiedzieć, że nie tylko zajęliśmy zadowalające miejsce w tabeli, ale też że każdy z nas stał się lepszym piłkarzem.

Dlatego dziś Damian Kądzior i Rafał Kurzawa zasłużyli na powołania do reprezentacji Polski?

- Obaj są doskonałym przykładem, obaj jeszcze niedawno grali w niższych ligach, a dzisiaj postrzegani są jako jedni z najlepszych w ekstraklasie. Spójrz na Rafała, parę lat temu był zawodnikiem ROW Rybnik. Trener Brosz dostrzegł go i uwierzył w jego umiejętność gry lewą nogą, dał mu więcej zadań ofensywnych. Znalazł też ludzi, którzy potrafią jego podania spożytkować. Kądzior i Kurzawa zbierają owoce ciężkiej pracy indywidualnej, ale też drużynowej. Bo to inni częściej zdobywają bramki, a jeszcze inni pilnują własnego pola karnego w razie nieudanego zagrania.

Za strzelanie goli głównie odpowiada Igor Angulo. Jak dużą rolę odegrałeś w jego adaptacji?

- Dużą dzięki temu, że znam hiszpański. Od początku mieszkaliśmy razem w pokoju na zgrupowaniach, byłem jego tłumaczem na odprawach. Igor uczy się jednak szybko i dziś przychodzi do mnie tylko po to, by upewnić się czy wszystko zrozumiał. Na samym początku pomagałem mu jak mogłem, bo z doświadczenia wiem, że to najważniejszy czas. Ogarnialiśmy finanse. Dziś na przykład pomagam mu z kupnem mieszkania. Związaliśmy się do tego stopnia, że mimo iż w zespole mamy kolejnego Hiszpana, to w pokoju jesteśmy razem do dziś.

Postęp jaki zrobiliście sprawił, że wokół was pojawiło się wiele szumu. Sami pilnujecie się, by nikt nie chodził z głową w chmurach, czy interweniować musi też trener Brosz?

- Interweniować nie musiał, ale lekko obawiał się powrotu zawodników ze zgrupowania kadry. Dla Kądziora, Kurzawy, ale też chłopaków z młodzieżówki to nowa sytuacja i trener zastanawiał się, jak ona na nich wpłynie. Na szczęście nie było żadnych problemów. A jeśli na treningach pojawiały się chwile rozluźnienia, to mocniejsza uwaga od zespołu od razu rozwiązywała sytuację. Musimy trzymać się razem, bo jeśli się rozsypiemy, to Górnik straci swój największy atut.

Niedawno na łamach „Dziennika Zachodniego” pojawił się tekst, w którym autor apelował o docenienie Górnika. Czujecie się zespołem, któremu media poświęcają za mało uwagi?

- Nie. Ale nawet jeśli tak jest, to nam to nie przeszkadza, wręcz pomaga. Staramy się odcinać od medialnego szumu. Cały czas chcemy być tym samym zespołem, który grał w I lidze, a dziś jest liderem ekstraklasy. Wiemy, że silni jesteśmy tylko jako drużyna.

Twoja kariera przypomina ostatni czas Górnika - czas upadków i wzlotów. Byłeś w Realu Madryt, wróciłeś do ekstraklasy, grałeś w pierwszej i drugiej lidze, teraz znów grasz w ekstraklasie, jesteś kapitanem jej lidera.

- Niezła karuzela, co? Cieszę się z miejsca, w którym jestem, ale nie będę udawał, że to mój cel. Jak każdy mam marzenia i ambicje. Chcę osiągnąć sukces z Górnikiem, ale też chciałbym jeszcze spróbować sił za granicą. Na razie mam jednak do spłacenia dług wdzięczności w Zabrzu i jestem na dobrej drodze, by to zrobić. Klub wyciągnął do mnie rękę, gdy byłem w trudnej sytuacji w Dolcanie [klub upadł - przyp. autor], nikt nie odwrócił się ode mnie po spadku. To było bardzo ważne.

W czasach gry w pierwszej i drugiej lidze nie miałeś myśli, że najbliżej poważnej piłki byłeś w Realu i że zawód piłkarza możesz traktować już bardziej jako hobby?

- Dziś wiem, że z Hiszpanii wróciłem za szybko. Powinienem zrobić więcej, by tam zostać. Po powrocie do Polski nigdy nie traktowałem swojego zawodu jako hobby. Nawet w najtrudniejszych chwilach, o których wspominasz, miałem ambicje i marzenia, które pchały mnie do przodu. W tym czasie widziałem wielu zawodników, którzy odpuszczali, bo widzieli, że żadnej kariery już nie zrobią. Ja byłem inny, wierzyłem w siebie i w to, że karta wreszcie się odwróci. Do swojej pracy zawsze podchodziłem profesjonalnie i z pełnym zaangażowaniem, a dzisiaj mam tego efekt. Wierzę, że to jeszcze nie koniec mojego marszu w górę.

Jesteś kapitanem lidera ekstraklasy, ale ludzie wciąż bardziej kojarzą cię z tego, że byłeś w Realu Madryt z Kamilem Glikiem.

- Nie przeszkadza mi to. Rozumiem, że ludzie pytają mnie o czas w Hiszpanii, bo w okresie gry w pierwszej lidze to wyróżniało mnie na tle innych. Cały czas jednak ciężko pracuję, by nazwisko Matuszek w przyszłości  kojarzone było z czymś więcej. Idzie mi chyba nieźle.

Zdjęć z pobytu w Hiszpanii wielu nie masz, bo zepsuł ci się komputer, na którym miałeś je zapisane. Co zostało ci we wspomnieniach?

- Pierwsza wizyta w ośrodku treningowym Realu. Spodziewałem się, że Valdebebas nie da się porównać do tego, co widziałem w Polsce, ale jakość tego miejsca przeszła moje najśmielsze oczekiwania. To był kosmos - liczba i jakość boisk, cała infrastruktura, pomieszczenia do treningu i odnowy... Brak słów. No i co chwilę obok ciebie przechodził a to Sergio Ramos, a to Roberto Carlos. Bajka.

Jaki był twój kontakt z pierwszą drużyną?

- Prawie żaden. Podczas przerw na zgrupowania reprezentacji, do treningów z pierwszym zespołem zapraszani byli zawodnicy właśnie z drużyn B i C, ale ja w tym czasie jeździłem do Polski na młodzieżowe kadry. Cały mój kontakt z największymi gwiazdami ograniczał się więc do tego, że w wolnej chwili mogłem podpatrywać ich podczas zajęć, albo spotkać na odnowie biologicznej, którą mieliśmy wszyscy razem. Zdarzyło mi się porozmawiać z niektórymi zawodnikami podczas kolacji lub urodzin u Jerzego Dudka.

Kiedyś w jacuzzi podszedł do nas Raul, który właśnie od Jurka wiedział kim jesteśmy. Pytał co u nas, jak się czujemy w Realu. Fantastyczny człowiek. Jego przeciwieństwem był Guti, który sprawiał wrażenie wielkiej gwiazdy - w drodze na trening nie zauważał nawet własnego kuzyna.

Czego nauczyłeś się w Hiszpanii, co dziś przydaje ci się najbardziej?

- Na pewno stałem się lepszym zawodnikiem. W Realu bez przerwy trenowaliśmy na naturalnych boiskach, a nie jak w Polsce, gdzie zdarzały się zajęcia na żwirze. Tam nie było biegania „na sucho”, wszystko robiliśmy z piłką przy nodze. Z całą pewnością mogę więc powiedzieć, że gdybym wtedy nie wyjechał, to dziś byłbym bardziej „drewniany”.

Dzięki pobytowi w Hiszpanii musiałem dojrzeć szybciej od rówieśników. Musiałem o siebie zadbać, stałem się odpowiedzialniejszy i bardziej świadomy. Michel, legenda klubu, zawsze powtarzał nam, jak powinien zachowywać się młody piłkarz Realu, że to klub „Królewski” nie tylko z nazwy. Zwracał nam uwagę nawet na takie szczegóły jak konieczność noszenia koszulki wpuszczonej w spodenki. Lekcje kultury na boisku, ale też poza nim, staram się dziś przekazywać młodszym zawodnikom w szatni.

Dziś jesteś mniej „drewniany”, zwalczyłeś chyba też łatkę „elektrycznego”, która długo się za tobą ciągnęła.

- W szatni dużo jest żartów z „elektryków” i rzeczywiście chłopaki śmiali się z tego, co o mnie mówiono. Zawsze jednak miałem do tego dystans. Jako młodszy zawodnik popełniałem więcej błędów, byłem bardziej nerwowy. Sposób gry zależny jest też od wymagań trenerów. Dzisiaj mam być agresywny, mam odbierać piłki i przekazywać je do przodu, nikt nie wymaga ode mnie bajecznego rozgrywania.

W Hiszpanii zbierałeś pozytywne opinie, chwalił cię sam Michel. Dlaczego zdecydowałeś się na tak szybki powrót?

- Różne rzeczy złożyły się na to złożyły. Miałem mniejsze i większe problemy ze zdrowiem (m.in. złamana szczęka) przez co grałem mniej, niż chciałem. Za bardzo zaufałem też ludziom, którzy namawiali mnie do powrotu. Nie chcę jednak zrzucać z siebie odpowiedzialności. Ostateczna decyzja należała do mnie. Dziś zachowałbym się inaczej, ale przeszłości już nie zmienię.

Problem nie leżał w głowie?

- Starałem się twardo stąpać po ziemi, ciężko pracowałem, ale młody, piękny i bogaty się poczułem. Wydawało mi się, że jestem blisko szczytu, że przede mną same dobre chwile, coraz lepsze zarobki. Życie to mocno zweryfikowało.

Jak traktowała cię szatnia Jagiellonii, do której trafiłeś po powrocie do Polski?

- Normalnie, ale były też śmiechy ze mnie i Krzyśka Króla, że jesteśmy królewscy. Oczekiwania wobec nas pewnie były większe. Dziś sam sporo oczekiwałbym od chłopaka, który w CV wpisany ma Real Madryt. Nie wiem, czy sprostaliśmy wyzwaniu, o to trzeba byłoby pytać kolegów z szatni.

A jaki był Michał Probierz?

- Jak ojciec - surowy, ale sprawiedliwy. Tomasz Frankowski powiedział mi kiedyś, że trener widzi we mnie potencjał i we mnie wierzy, bo często krzyczy i zwraca mi uwagę na treningach. Probierz lubił też żartować. Kiedyś na przykład wyśmiał mój zegarek. Był srebrny, z kryształkami. Dziś jest głęboko schowany, sam bym go nie założył, bo nie mam pewności czy jest męski, czy damski.

Nie nosisz już srebrnego zegarka, koledzy nazywają cię wzorem profesjonalisty, pokornym człowiekiem. Zawsze taki byłeś, czy nauczyłeś się tego w trakcie niełatwej kariery?

- Pochodzę z robotniczej rodziny. Tata był górnikiem, mama pracowała w gastronomii. Etos ciężkiej pracy i pokory w życiu miałem wpajany od najmłodszych lat. Tak było w życiu prywatnym, ale też na boisku. Podczas jednego międzymiastowego, szkolnego meczu zrobiłem wślizg na betonie i zdarłem skórę niemal do kości. Zanim wszystko się zrosło minęły chyba dwa miesiące. Najtrudniej było po spotkaniach w klubie, kiedy nie mogłem ściągnąć ochraniacza, który przyklejał się do rany. Waleczny i sumienny byłem więc od dziecka.

A jak było z tym profesjonalnym prowadzeniem się? W Dolcanie koledzy śmiali się, że jak Matuszek zamawia odżywki, to przychodzi do niego cała tablica Mendelejewa.

- Odpowiednia dieta nigdy nie była mi obca, mam wykształcenie w tym kierunku. Zawsze miałem świadomość, że kariera piłkarza nie trwa wiecznie i muszę się odpowiednio prowadzić, jeśli chcę wycisnąć z niej wszystko. Dietetyką i medycyną interesuję się jeszcze mocniej odkąd u naszego syna zdiagnozowano chorobę. Muszę mocno pilnować, by podawać mu odpowiednie rzeczy. Nie jest jednak tak, że zajmuje to mój cały czas. Nie mam nic przeciwko imprezie, ale trzeba wiedzieć kiedy, z kim i gdzie można wyjść.

Za wami szalony rok, więc gdzie Szymon Matuszek widzi się za 12 miesięcy?

- Nie myślę o tym, bo sytuacja Górnika pokazuje, że wiele rzeczy może zmienić się w bardzo krótkim czasie. Nie jestem minimalistą, mam swoje marzenia, do których będę dążył. Wierzę, że zrobimy dobry wynik w ekstraklasie, wierzę że jeszcze sprawdzę się w zagranicznej lidze. Ktoś się może uśmiechnąć, ale ja wierzę też w to, że otrzymam jeszcze powołanie do reprezentacji Polski. Na swoje nazwisko, a nie Adama Matuszczyka, jak to zdarzyło się w przeszłości u trenera Smudy