Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Kosecki: Żałuję, że kupiłem porsche. To był zwykły szpan. Teraz moje auto ma 507 koni

Trener Jan Urban cały czas zachęca mnie, abym nie bał się dryblować, kiwać, atakować. Daje mi to, czego nie miałem w Niemczech. Chce widzieć "Kosę", który biega z piłką, a nie za nią - mówi Sport.pl Jakub Kosecki, skrzydłowy Śląska Wrocław.

Sebastian Staszewski: Co zmieniły w panu dwa lata spędzone w Niemczech?

Jakub Kosecki: Nic.

Nic a nic?

Byłem tam tym samym uśmiechniętym, rozgadanym, pewnym siebie Kubą, którego pamiętasz z Legii. Niemcy to docenili. Wciąż mam kontakt z kolegami z klubu. Niedawno pisał do mnie trener Kenan Kocak. Od pierwszego dnia czułem się tam jak w domu.

W piętnastotysięcznym Sandhausen był pan kolorowym ptakiem tak, jak w Warszawie?

Kiedy po raz pierwszy wszedłem do szatni, zobaczyłem pstrokate bluzy, fikuśne płaszcze, kosmiczne fryzury i pomyślałem: tu mogę być sobą! Nie było szans, aby mój najbardziej kontrowersyjny outfit przebił styl kilku chłopaków. Przy nich byłem szarą myszką. W Polsce najlepiej jeśli nie masz żadnego tatuażu, włosy ścinasz krótko, a koszulkę polo wpuszczasz w podciągnięte aż do pępka spodenki. Kiedy się wyróżniasz, dostajesz w głowę. W Niemczech nikt nie zwracał uwagi na ubranie. Liczył się tylko trening i mecz.

Tuż po powrocie do Polski powiedział pan Sport.pl: „Nie wracam z podkulonym ogonem”. Statystyki mówią jednak coś innego. W Sandhausen, trzynastym i dziesiątym zespole sezonów 2015/16 i 2016/17 2. Bundesligi, zagrał pan 37 meczów, strzelił cztery bramki i zanotował pięć asyst. Szału nie ma.

Nie wracam z podkulonym ogonem – podtrzymuję to. Po kilku pierwszych kolejkach ligi miałem na koncie jedną bramkę i jedną asystę, a mimo to w klubie był tylko jeden piłkarz, który miał ode mnie lepsze noty. Mam wrażenie, że za zachodnią granicą docenia się nie tylko suche liczby, ale też pracę na rzecz zespołu, napędzanie akcji ofensywnych.

Ale wie pan przecież, że piłka to nie jazda figurowa na łyżwach. Nie ma not za styl.

Mam świadomość tego, że moja niemiecka przygoda nie była sukcesem. Po dobrym początku przytrafiała mi się kontuzja i straciłem impet. Przydarzyło mi się wiele słabych meczów. Ale dziennikarze mają chyba podobnie. Czasem trafiają się wam słabsze teksty albo nietrafione tezy. Trudno cały czas być w topowej formie.

Dlaczego wybrał pan Śląsk Wrocław?

Miałem możliwość gry w innych zespołach 2. Bundesligi, zgłosiło się kilka klubów z tzw. lig egzotycznych, nie zabrakło telefonów z Ekstraklasy. Ale nie chcę mówić o jakie zespoły chodziło, bo zaraz ktoś napisze, że Kosecki nazmyślał. Zostawię to dla siebie.

Istotna w procesie wyboru była dla pana osoba trenera Jana Urbana?

Trener zadzwonił do mnie w grudniu i już wtedy obiecałem mu, że jeżeli po zakończeniu sezonu będę do wzięcia, to wybiorę Wrocław. Biorąc pod uwagę to, kogo Śląsk ściągnął i jakie ma ambicje, nie miałem wątpliwości, że wybrałem najlepszą opcję.

Jak ważne jest dla pana zaufanie Urbana?

W Śląsku jestem doceniany, czuję szacunek. U Urbana mogę grać inną piłkę, niż w Sandhausen. Tam skupialiśmy się wyłącznie na defensywie, kontrataki zdarzały się sporadycznie. Bardzo rzadko miewałem sytuacje bramkowe albo okazje na pojedynki jeden na jeden. A w takich starciach czuję się najlepiej. Przez to brakowało mi pewności siebie. Byłem piłkarzem ofensywnym, który większość czasu spędzał w obronie. Urban natomiast oczekuje ode mnie, abym był odważny, atakował, próbował. Kiedy pracowaliśmy w Legii, klub prezentował ofensywny, kombinacyjny, ciekawy futbol. W Śląsku ma być podobnie. Urban cały czas mnie zachęca, abym nie bał się dryblować, kiwać. Chce widzieć Koseckiego, który biega z piłką, a nie za nią.

Wciąż ma pan porsche panamera, które stało się symbolem pana sodówki?

Już nie. Sprzedałem je.

Dlaczego?

Bo była to zbyt lanserska fura. I nie była w coupé, a takie samochody uwielbiam.

Czym pan teraz jeździ?

Nie powiem.

Ile auto ma koni?

507.

Dużo.

Fajny samochodzik. Lubię się nim pochwalić, ale teraz ugryzę się w język. Tajemnicą nie jest natomiast to, że kocham motoryzację. Moim pierwszym samochodem był opel corsa, którego dostałem od taty – silnik 1.9, pod maską 90 koni. Jeździłem nim jak wariat.

Szybki i wściekły?

Raczej wściekły. W Konstancinie mamy kilka miejsc w których można kręcić bączki, palić gumę. Zawsze powtarzałem tacie, żonie i kolegom, że zrobię wszystko, aby grać tak dobrze, by móc utrzymać swoją rodzinę i pozwolić sobie na spełnienie marzeń, nawet tych szalonych. Jestem fanatykiem samochodów, mogę gadać o nich godzinami, kocham siedzieć za kierownicą. Dlatego kiedy tylko zacząłem lepiej zarabiać, sprawiłem sobie sportowe audi RS5 z fantastycznym wolnossącym silnikiem V8, 450 koni. Ale wkurzało mnie, że napęd był na cztery koła, nie mogłem więc podriftować. Później wynajmowałem BMW M3. Wtedy pierwszy raz usłyszałem, że mi odbiło, że szastam pieniędzmi. A ja nigdy nie kupiłem auta za gotówkę. Zawsze je wypożyczałem, albo brałem w leasing.

Mimo to biała panamera z czarnymi felgami kłuła w oczy…

Nie dziwię się. Miałem tylko 24 lata i jeździłem wypasioną furą. To irytowało wielu ludzi.

Doświadczeni piłkarze mawiają, że pieniądze – poza rozwodem – najłatwiej stracić na autach. Przekonał się pan o tym?

Na samochodzie zawsze się traci, już w chwili kupna. Wiem też, że wzięcie panamery było błędem. Nie potrzebuję auta by komuś imponować. To pasja. Kocham silniki, ich brzmienie. Gdybym chciał szpanować, to sprawiłbym sobie maserati albo ferrari. Jeden jedyny raz zrobiłem wyjątek. I wziąłem porsche. Dałem się namówić doradcom, chociaż żona mi odradzała. Żałuję, że w to wszedłem. To nie byłem ja. To był lanser. Too much, za dużo. W końcu jednak pozbyłem się i panamery, i RS5, i BMW. Znów wróciłem do tego, co kocham najbardziej: czterech rur wydechowych i ryku silnika.

Co czuł pan oglądając zwycięstwo Śląska z Legią Warszawa (2:1)?

Patrzyłem jak przegrywa mój ukochany klub, któremu od zawsze kibicuję. Ale mimo to cieszyłem się. Bo Śląsk idzie w dobrym kierunku. Potrafiliśmy zdominować Legię – mieliśmy więcej strzałów, akcji, częściej byliśmy przy piłce. Rzadko zdarza się, aby mistrz Polski został tak bardzo zepchnięty do defensywy.

Przeciwko Legii nie wystąpił pan z powodu urazu stawu skokowego. Zagra pan z Górnikiem Zabrze?

Miałem blokadę. Nie mógłbym wsadzić nogi tam, gdzie bym chciał. Teraz jest lepiej. Od kilku dni trenuję na pełnych obrotach. Ostateczną decyzję podejmie trener Urban, ale wierzę, że w sobotę będę mógł pomóc zespołowi wchodząc z ławki.

Wygraną z Legią daliście sygnał, że w tym sezonie możecie włączyć się do walki o europejskie puchary? Wrocław czeka na nie od 2015 roku.

Koledzy, którzy byli w Śląsku w poprzednich sezonach mówią, że letnie wzmocnienia bardzo podniosły poziom rywalizacji. Nie wiem czy mamy już zespół gotowy na bój o puchary, ale na pewno mamy olbrzymi potencjał. Teraz tylko musimy go wykorzystać.

***

Już jest! Świeżutki #PrzewodnikKibica od EkstraStats i Sport.pl. Kompendium wiedzy o grze wszystkich zespołów Ekstraklasy. Polecamy ----> https://sklep.przewodnikkibica.pl/

Przewodnik KibicaPrzewodnik Kibica Sport.pl