Jacek Magiera, czyli trener, który zaprojektował mistrzowską Legię: Niemożliwe nie istnieje [ROZMOWA]

- Przed ostatnim meczem byłem pewien, że nawet remis z Lechią da nam tytuł. Ale jeszcze rok temu nie uwierzyłbym w to, że to ja zdobędę go razem z Legią - mówi trener Jacek Magiera, który w niedzielę obronił z Legią mistrzostwo Polski.

Bartłomiej Kubiak: Mówi pan, że to mistrzostwo smakuje wyjątkowo. Czyli jak?

Jacek Magiera: Ma smak czegoś wielkiego. Kiedy przychodziłem do Legii, niewiele osób wierzyło, że odrobimy straty. Udało się, a nawet nie tyle się udało, ile wykonaliśmy kawał świetnej roboty. Wszystko podporządkowaliśmy jednemu celowi.

Dwie szanse, by awansować na pierwsze miejsce wiosną zaprzepaściliśmy, ale nawet po remisie z Wisłą w Warszawie, wiedzieliśmy że to nie koniec, że w końcu się uda. Byliśmy konsekwentni w działaniach. I skoncentrowani, cały czas pozytywnie mobilizowaliśmy zespół – w myśl zasady: "jak trenujesz, tak grasz".

10 minut po remisie z Lechią musieliście jeszcze czekać na wynik z Białegostoku. Jakie to były minuty?

- Nerwowe. Od razu po końcu naszego meczu poszedłem do swojego gabinetu, gdzie przebrałem się w starszą marynarkę. Wiedziałem, że ta nowsza na mistrzowskiej fecie może zostać zniszczona, zalana piwem czy szampanem. Później dołączył do mnie „Vuko” [Aleksandar Vuković, asystent Magiery] i poszliśmy do naszych kelnerów i kucharzy, którzy oglądali mecz. A tam, na dwie może trzy minuty przed końcem, obraz zgasł. Transmisja się zacięła, chyba przez burzę. O końcu meczu dowiedziałem się z telefonu.

Przed meczem z Lechią powiedział pan, że kluczowe będzie to, by Legia w tym spotkaniu była sobą. Nie była.

- No nie była, ja też nie byłem. Zbyt dużo rzeczy mnie rozpraszało. Na boisku i wokół niego panował chaos. Padały sprzeczne informacje. Z jednej strony ktoś mówił, że jest cały czas 2:0 dla Lecha, z drugiej, że musimy strzelić Lechii gola, bo Jagiellonia wygrywa. W pewnym momencie zgłupieliśmy. Ale to już historia. Zwykle oglądam mecze Legii po kilka razy, ale ten chyba odpuszczę, zapomnę o nim.

Co pan poczuł, kiedy mecz się skończył?

- Ulgę, radość. W trakcie fety, przypomniałem sobie rok 2016, kiedy byłem na stadionie Legii, udzielałem wywiadu telewizji i, gdyby ktoś mi wtedy powiedział, co się stanie za 12 miesięcy, że będę w takiej sytuacji – nie uwierzyłbym.

Przecież poprzedni rok zaczynałem jako doradca w III-ligowym Motorze Lublin. Raz w tygodniu jeździłem na konsultację ze sztabem szkoleniowym, oglądałem np. Piast Tuczempy, czyli jednego z rywali. Potem dostałem pracę w Sosnowcu i zaraz przyszła propozycja z Legii. Dokładnie przed spotkaniem z Podbeskidziem zadzwonił do mnie prezes Zagłębia i poinformował, że będzie telefon z Warszawy.

Szybko się potoczyło – do prezentacji przygotowywałem się w pociągu, a w Częstochowie zostawiłem ubrania z mieszkania w Sosnowcu. To było szaleństwo. Myślałem, że w życiu nic mnie nie zaskoczy, ale czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem.

Wysypiał się pan przez te ostatnie miesiące?

- Nie mam z tym problemów. Z reguły usypiam o 22-23, wstaję o szóstej. Podczas zgrupowań np. wstawałem tak wcześnie i szedłem na spacer przed śniadaniem, układałem sobie wtedy w głowie plan.

Plan wypalił. Co było najtrudniejsze w zarządzaniu grupą?

- W indywidualnych kontaktach każdego traktowałem inaczej, ale wszystkich obowiązywały jedne zasady. Już na samym początku powiedziałem piłkarzom, że aby osiągali rzeczy wielkie, najpierw muszą radzić sobie z małymi. Czyli np. porządkiem w szafce, albo punktualnością. Z obcokrajowcami trudniej się rozmawiało, bo nie mówię po angielsku swobodnie, choć pracuję nad tym i jest lepiej niż we wrześniu, kiedy wszedłem do szatni. Ale i tak było mi wtedy łatwiej, bo znałem klub, umiałem się zachować i reagować.

Arkadiusz Malarz mówił, że 20 lat gra w piłkę, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Miroslav Radović dodawał, że chwyciła go za serce. Co było na odprawie, którą przygotował pan dla piłkarzy przed meczem z Lechią?

- To była bardzo emocjonalna prezentacja, ale taka właśnie miała być. Chwyciła za serce nie tylko piłkarzy, mnie też. Jeszcze bardziej scaliła zespół. Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły, opowiadać o tym, bo to są sprawy, które muszą zostać w szatni. Jedyne, co mogę powiedzieć to, że nie było na tej odprawie taktyki. Wiedziałem, że mówienie o założeniach na dwie godziny przed tak ważnym meczem mija się z celem.

Radović w ostatnich miesiącach grał poniżej swoich umiejętności, ale mimo to pan na niego stawiał, rzadko ściągał z boiska nawet w trakcie meczu.

- „Rado” praktycznie całą wiosnę grał z kontuzją, wyleczyć ma ją dopiero teraz. Ale stawiałem na niego, bo wiedziałem, ile znaczy dla tej drużyny. Że ma tak wysokie umiejętności indywidualne, że jednym zagraniem może przesądzić o losach meczu. Do tego jego obecność na boisku sprawiała, że przeciwnik reagował inaczej. Jak sobie wszyscy dokładnie przeanalizują nasze mecze, to zobaczą, że często ściągał na siebie dwóch, trzech zawodników rywali, robiąc tym samym miejsce innym - choćby takiemu Dominikowi Nagy’emu, który zdobył dla nas wiosną kilka bramek. Też dzięki „Rado”, który bardzo nam pomagał. To dobry piłkarz, ale dobry, nie znaczy wyjątkowy. W moim zespole jest traktowany jak każdy inny. Dlatego gdyby się nie starał, nie pracował mocno na treningach, to by nie grał.

Po wygranej ze Sportingiem, która dała Legii trzecie miejsce w grupie Ligi Mistrzów, miał pan 110 nieodebranych połączeń. A teraz, po mistrzostwie, ile?

- Teraz, w poniedziałkowe popołudnie, mam 240 nieprzeczytanych SMS-ów. Nie licząc wiadomości na innych komunikatorach. Brakuje czasu. Feta skończyła się o pierwszej w nocy, potem pojechaliśmy do klubu na Pradze. W domu byłem o trzeciej, a trzy i pół godziny później obudził mnie synek. Najpierw złożyliśmy kolejkę na środku pokoju, a potem poszliśmy na rower. W klubie byłem od 10 rano. Wieczorem pojechałem na galę ekstraklasy, po powrocie do domu wypiłem z żoną lampkę wina.

Prezes Dariusz Mioduski mówi, że ma pan być jednym z filarów budowanej przez niego Legii, widzi w panu sir Aleksa Fergusona. Jak pan reaguje na takie komplementy?

- Chcę pracować najlepiej jak umiem, a właściciel decyduje, komu ufa. Spotykamy się tylko w chwilach sukcesu, w tym sezonie nie mieliśmy słabych momentów. Choć może po remisie z Wisłą niektórzy stracili nadzieję, pojawił się niepokój, że tamtej wygranej może nam zabraknąć. Ale my w szatni byliśmy spokojni. Przed ostatnim meczem byłem pewien, że nawet remis z Lechią da nam mistrzostwo.

A czy chciałbym pracować w Legii jak najdłużej? Oczywiście, że bym chciał! Ja jestem dzieckiem dwóch klubów: Rakowa Częstochowa, który mnie wychował i Legii Warszawa, która mnie ukształtowała. To dla mnie szczególne miejsca. A Legia - wiadomo - jest wielka. Zostać z nią mistrzem Polski jako piłkarz i trener? Nie takim, jak ja, nawet byłym selekcjonerem to się nie udało. Jak o tym pomyślę, to się po prostu cieszę. Wywalczyłem tytuł w swojej pierwszej zawodowej pracy w ekstraklasie. 

Po sezonie, w którym wydarzeń było tyle, że obdzielić nimi można nie rok, a kilka lat.

- To był szalony sezon. Sezon, który pokazał mi, że niemożliwe nie istnieje. Teraz jestem szczęśliwy, ale przede wszystkim dumny. Z piłkarzy, całego sztabu i wszystkich ludzi, którzy swoją pracą odciążyli mnie z wielu spraw. To, co zrobił ten zespół od 24 września do 4 czerwca, jest dla mnie nie tyle mistrzostwem Polski, ile mistrzostwem świata.

Jak pan reagował na konflikt właścicielski?

- Przede wszystkim starałem się odizolować od niego drużynę, wiele rzeczy brałem na siebie. Były obawy i niepewność, co dalej, ale te sprawy były poza nami. Szanuję wszystkich – gdyby nie decyzja Bogusława Leśnodorskiego, może nie byłoby mnie tutaj. On najbardziej zabiegał o to, by dać mi szansę – ze wszystkich właścicieli znał mnie najlepiej.

Teraz będzie łatwiej pracować?

- Najpierw chcę odpocząć, w ostatnich miesiącach byłem gościem w domu, nie miałem czasu dla rodziny. 12-14 godzin dziennie poświęcałem pracy. Dlatego teraz pora na rodzinę, przyjaciół i rozmowy o wszystkim, tylko nie o futbolu.

Więcej o: