Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

"Szczęście czy fart?", czyli Magiera robi to po swojemu. Magister za 400 tys. został królem Warszawy

Magister historii, który wykupił cały nakład książki "Szczęście czy fart?". Legenda Legii, którą nie tak dawno z Łazienkowskiej pogoniono. Trener kosztujący Bogusława Leśnodorskiego walizkę pieniędzy. Jacek Magiera szedł wyboistą drogą, aby spełnić marzenia. Udało się! Już niedługo czeka go kolejna próba. Wynikami będzie musiał odpowiedzieć na tytułowe pytanie swojej ukochanej książki: "Szczęście czy fart?".

W październiku 2014 roku druga drużyna Legii mierzyła się z Lechią Tomaszów Mazowiecki. Przed tym trzecioligowym spotkaniem Magierze, opiekunowi rezerw, odebrana została trenerska autonomia. Magiera co prawda był w szatni na odprawie, podczas meczu siedział na ławce, ale nie miał prawa głosu. To asystent Henninga Berga, Pal Arne Johansen, zwany "Paco", zadecydował, że w tamtym meczu zagra aż dziesięciu piłkarzy kadry A. I tak Jakub Rzeźniczak, Hélio Pinto i Jakub Kosecki przegrali z takimi asami, jak Andrzej Dolot i Wiktor Żytek 0:3. Niedługo później, bo w czerwcu 2015 r., Magiera opuścił Łazienkowską. Minęło półtora roku i ten sam szkoleniowiec – mający przepracowanych 127 dni w pierwszoligowym Zagłębiu Sosnowiec – wrócił, zremisował z Realem Madryt, zajął trzecie miejsce w grupie Ligi Mistrzów, a w niedzielę – zdobył mistrzostwo Polski. Dopiero trzecie w swojej karierze. I pierwsze w roli trenera.

Dwa lata temu niepotrzebny, teraz – wychwalany pod niebiosa. – Jaceeeeek Magieraaaa – niosło się z dachu autokaru wiozącego legionistów przez świętującą Warszawę. Stojąc wśród piłkarzy "Magic" był na szycie. Ale zanim tam dotarł, musiał wygrzebać się z otchłani zawodowego piekiełka. Dziś stolica kocha go być może mocniej, niż gdy przed laty srebrnowłosy defensor rozgrywał kolejne mecze z "elką" na piersi. Nawiasem mówiąc, zebrał ich aż 233. Teraz na stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego buduje swój kolejny pomnik.

Trener za 400 tys.

Dziewięć miesięcy temu po szalonym meczu Zagłębia Sosnowiec z Podbeskidziem Bielsko-Biała, w którym padło aż dziewięć bramek, Magiera, zapytany przeze mnie co sądzi o plotkach o jego powrocie do Warszawy, odparł ze spokojem: "Wyrzucam z głowy takie myśli, jestem trenerem Zagłębia. Chcę się skoncentrować na sobotnim treningu, który jest dla nas bardzo ważny (…) Jestem w Zagłębiu Sosnowiec!". Tak naprawdę trener o zainteresowaniu Legii wiedział jednak od dwóch dni. Doniósł mu o tym prezes sosnowiczan Marcin Jaroszewski. Prezes Legii, Bogusław Leśnodorski, prywatnie ojciec chrzestny syna przyjaciela Jaroszewskiego, za wykupienie Magiery zapłacił 400 tys. zł. W jednej z rozmów sam Leśnodorski przyznał, że biorąc pod uwagę kwotę i jakość, jaka została za nią kupiona, jest to jego najlepszy transfer w trakcie czteroletniej kadencji.

Pierwszym, o co Magiera zadbał w starej-nowej szatni, była atmosfera. We wstępnej rozmowie z legendą współczesnej Legii, Aleksandarem Vukoviciem, polecił mu, aby zgodnie zresztą z charakterem Serba, stał się on przywódcą stada. Już wcześniej "Vuko" pretendował do takiej roli, ale pod rządami Stanisława Czerczesowa nie było miejsca na jego szaleństwa. Od Magiery wychowanek Partizana Belgrad dostał jednak wolną rękę i chwilę później filmiki ze zwariowaną radością legionistów podbiły polską sieć. Magiera nie wahał się jednak ani chwili, gdy w połowie maja podjął decyzję o tym, aby celebracje wstrzymać aż do meczu z Lechią Gdańsk, o czym informowaliśmy na Sport.pl.

Dość szybko udało mu się także znaleźć wspólny język z różnymi piłkarzami: Vadisem Odjidją-Ofoe, Miroslavem Radoviciem, Kasperem Hamalainenem. W Legii Magiery każdy czuje się ważny. Szkoleniowiec zaufał i mocno postawił na młodego Michała Kopczyńskiego, którego na chwilę uczynił nawet kapitanem. Jak twierdzą znający realia klubu, Magiera dostrzega w defensywnym pomocniku samego siebie – solidnego walczaka, który zachowuje stoicki spokój na murawie i poza nią. Trener z Częstochowy trafił do serc i umysłów legionistów. Zrobił coś, co kompletnie nie udało się skonfliktowanemu z drużyną Besnikowi Hasiemu.

Szczęście czy fart?

Legia sprowadziła do siebie nie tylko legionistę, inteligentnego faceta, rokującego trenera, ale przede wszystkim – niezwykłą osobowość. Tysiąc razy napisano już, że Magiera był od zawsze "inny". Jako piłkarz zamiast grać w karty i pić piwo, wolał czytać książki. Ukończył Akademię im. Jana Długosza w Częstochowie, studiował na Wydziale Filologiczno–Historycznym. Jego promotorem był dr Marceli Antoniewicz. Tytuł pracy magisterskiej: "Historyczna i heraldyczna symbolika we współczesnej emblematyce sportowej na przykładzie klubów piłkarskich". Dzieło to było tak dobre, że chciał je nawet wydać ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz. Z różnych powodów – nie udało się.

Zresztą, wydaje się, że "Magic" od zawsze miał inklinacje do pisania. Leśnodorski pokazywał mi kiedyś imponujące konspekty przygotowane przez Magierę. Był to zapis jego trzecioligowej pracy – opisany był każdy piłkarz, każdy trening, każdy mecz. O miłości do słowa pisanego świadczy historia z uwielbianą przez szkoleniowca książeczką "Szczęście czy fart?" autorstwa Alexa Roviry i Fernando Triasa de Besa. Książka, w formie bajki, opisuje losy dwóch rycerzy szukających czterolistnej koniczyny dającej wielką moc. Gdy Magiera przeczytał ją po raz pierwszy, wykupił cały dostępny w Polsce nakład. Kilkaset sztuk lektury przysłano 40-latkowi z księgarni i hurtowni z całego kraju. Kiedy zebrał wszystkie, książki zaczął rozdawać – młodym trenerom, znajomym, piłkarzom.

Letni test generalny

Kolejne wielkie wyzwanie, może nawet największe w dotychczasowej karierze, czeka Magierę już latem. Osiągnięty sukces będzie musiał nie tylko obronić, ale i skonsumować. A jednocześnie – stworzyć nowy zespół. Warszawę mają opuścić lada dzień Michał Pazdan i Vadis Odjidja-Ofoe, z wypożyczeń wrócą do swoich klubów Waleri Kazaiszwili i Tomas Necid. Legia będzie musiała dokonać więc kilku transferów. Na liście klubu są Artur Sobiech, Mariusz Stępiński, podobno także Mateusz Możdżeń. Przez najbliższych kilka miesięcy Magiera będzie więc tworzył autorską drużynę, która spróbuje po raz trzeci w historii Legii awansować do Ligi Mistrzów. Presja będzie tym większa, że w przyszłym sezonie mistrz Polski po raz ostatni przed reformą skorzysta z łatwiejszej ścieżki awansu.

W tak cenionej przez Magierę, wspomnianej już książce "Szczęście czy fart?" tytułowe pytanie przewija się w niemal każdym rozdziale. Odpowiedzią na nie jest sugestia, że aby osiągnąć sukces nie wolno liczyć wyłącznie na fart, jednorazowy zbieg okoliczności. Należy za to liczyć na szczęście, które przyjdzie, jeśli stworzymy do tego odpowiednie warunki. Lepszego momentu dla Legii, na wprowadzenie teorii w życie, chyba nie ma.