Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa. Jacek Dembiński: Lech i Legia grają i bardzo dobrze, i żenująco

- Aż cztery drużyny walczą o tytuł nie dlatego, że jest tyle ekip przerastających resztę, tylko dlatego, że nie ma ani jednej o której można tak powiedzieć - uważa Jacek Dembiński. - Jestem z Poznania, to oglądam Lecha i wiem co się dzieje w czubie, ale na więcej nie mam ani czasu, ani ochoty - mówi były reprezentant Polski, który ekstraklasę wygrywał z Lechem i Widzewem, a w sumie rozegrał w niej 304 mecze i zdobył 95 bramek.

Łukasz Jachimiak: Lech zrównał się punktami z liderującą ekstraklasie Jagiellonią i według różnych wyliczeń na cztery kolejki przed końcem sezonu to on ma największe szanse na mistrzostwo. Pan też tak uważa?

Jacek Dembiński: Chciałbym, to by był wyczyn po pierwszej części sezonu. Lech był w niej słaby, zajmował miejsce w dolnej części tabeli, a podniósł się, dotarł praktycznie na szczyt. Myślę, że najważniejsza będzie środa i mecz w Warszawie z Legią w następnej kolejce. Przegrywając go Lech przegra mistrzostwo. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie, że ciągle jest w zespole złość po finale Pucharu Polski przegranym z Arką i że ona będzie działać mobilizująco.

Nie jest Pan zakochany w ekstraklasie?

- Nie da się ukryć, że nie jestem. Zaraz sezon się skończy i znów będziemy się bać europejskich pucharów. W czasach kiedy ja grałem, słabsze drużyny dostawały od naszych bolesne lania, a teraz z takimi Łotyszami czy Azerami mamy wielkie problemy i albo wymęczymy 1:0, albo nawet odpadniemy, przeżyjemy jeszcze jeden blamaż. W innych krajach poziom się trochę podniósł, a u nas nie, my stoimy w miejscu. Lepsza jest tylko otoczka ligi. No dobrze, może Legia na tle Europy wcale najgorzej nie wypadła. Oni grają w miarę poprawnie w piłkę, ale czegoś im brakuje, żeby się wznieść wyżej. To samo dotyczy Lecha. I jedni, i drudzy grają w kratkę, mają dobre czy nawet bardzo dobre mecze, ale zaraz po nich zdarzają im się występy żenujące.

Ostatni żenujący mecz Lecha to finał Pucharu Polski?

- Tak, oglądałem go z kolegą i mówiłem po pierwszej połowie, że będzie źle, skoro nie wykorzystaliśmy przewagi. Trzy razy z rzędu Lech doszedł do finału i nie wykorzystał żadnej szansy, a teraz była naprawdę duża, przecież Arka to drużyna z grupy spadkowej, ona nie była faworytem. Lech do pewnego momentu był drużyną lepszą, ale nie udowodnił tego i zapłacił wysoką cenę. Trudno zrozumieć, jak to się stało, bo w pierwszej połowie było ładnie, ale bez wykończenia, a w drugiej zawodnicy wyraźnie źle podeszli do sprawy. Nie wiem co było przyczyną, może w przerwie trener ich źle zmotywował. Ciekawe czy później próbowali do tego dojść, czy zostawili, uznając, że lepiej nic już z tym nie robić, tylko mocno pociągnąć ligę i zdobyć mistrzostwo.

Zdobył Pan dwa mistrzostwa z Lechem i jedno z Widzewem, dla którego strzelał Pan gole w Lidze Mistrzów - dlaczego nie pracuje Pan w piłce ani w roli trenera, ani eksperta?

- Bo naszą piłką się nie ekscytuję. Nie interesuję się nią w takim stopniu, żeby oglądać mecz za meczem, nawet Lecha czasem odpuszczam, sprawdzam tylko wyniki. Transmisję włączam jak już naprawdę nie mam co robić. I też nie zawsze z ekstraklasy. Lubię zobaczyć dobry mecz ligi hiszpańskiej albo angielskiej, obserwuję Bundesligę, bo mamy w niej kilku reprezentantów, a dodatkowo zwracam uwagę na Hamburg. Lata temu w nim grałem, teraz strasznie dołuje i nie idzie na nich patrzeć, ale sentyment został.

Mówi Pan „dobry mecz ligi hiszpańskiej albo angielskiej”, a widział Pan naprawdę dobre spotkanie w tym sezonie ekstraklasy?

- No właśnie żadnego takiego nie kojarzę, a przecież za nami już 32 kolejki, czyli kilkaset meczów. Może niezłe było spotkanie Lecha z Legią, ale zachwycające to na pewno nie. W ekstraklasie nie ma starć, na które jakoś specjalnie czekam. Jestem z Poznania, to oglądam Lecha i wiem co się dzieje w czubie, ale na więcej nie mam ani czasu, ani ochoty.

Na mecze Pan nie chodzi?

- Nie, w telewizorze lepiej widać.

Na pewno lepiej? W transmisji mamy chyba tylko wycinek, a z trybun widzimy, jak zespoły się ustawiają, przesuwają?

- Ja to znam z życia, tego już mi wystarczy. A czasami na trybunach siada się w takich miejscach, że nie da się wielu rzeczy zobaczyć. Wolę w spokoju posiedzieć, zobaczyć powtórkę, wszystko przeanalizować. No i w domu nikt mi nie pali, a ja nie lubię dymu z papierosów, ciągle dbam o formę.

Cały czas gra Pan w zespole oldbojów Lecha?

- Oczywiście, i nie tylko w nim. W środę grałem w turnieju, na piątek jestem umówiony, żeby pokopać z kolegami, w przyszły piątek zbierzemy się z oldbojami Lecha. Gram więcej niż oglądam. Powiem szczerze – zdarzało się, że Lech grał mecz, ale ja szedłem grać z kumplami. Wolałem pobiegać niż siedzieć i patrzeć na innych.

Poszedłby Pan grać również w porze meczu decydującym o mistrzostwie Polski?

- Wiadomo, że na Lecha grającego z Legią o mistrzostwo bym czekał, ale jeśli chodzi o zwykłą, ligową młóckę, to czasem szkoda dla niej odpuścić wyjście na boisko czy czas jaki można poświęcić rodzinie.

Oldboje Lecha to ciągle zespół dawnych gwiazd?

- Już nie aż tak, bo lata lecą i nie wszyscy chcą grać. Problemy są z Bartkiem Bosackim, nie grają Piotrek Reiss i Ivan Djurdjevic. Chłopaki zaczynają się bać kontuzji. Mnie wszystkie kontuzje omijają, jak tylko gdzieś jadę, to szukam możliwości poruszania się. Będąc nad morzem biegam po plaży, czasem ktoś mnie zaprosi na boisko, a w okresie letnim, gdy w moim pensjonacie w Ustce jest dużo gości, gram z nimi.

Duży jest ten pensjonat?

- Może przyjąć 50 gości. Jest co robić, piłka naprawdę może być dla mnie tylko rozrywką, a nie sposobem na życie.

Zobacz wideo