Ekstraklasa. Lech - Legia. "Judasz", który znów uciszył Poznań [SPOSTRZEŻENIA]

Hit ekstraklasy spełnił wszystkie oczekiwania. Od Radosława Majewskiego i Vadisa Odjidji-Ofoe trudno było oderwać wzrok, choć na boisku byli też piłkarze, którzy zawiedli. Do nich na pewno nie zaliczymy jednak Kaspera Hamalainena - spostrzeżeniami po meczu Lech - Legia dzieli się Konrad Ferszter ze Sport.pl.

Mecz, co się zowie

Chociaż starcie Lecha z Legią było hitem 28. kolejki ekstraklasy, to przed spotkaniem można było mieć obawy o jego jakość. Zwłaszcza, jeśli w pamięci wciąż mieliśmy obraz pierwszego meczu przy Łazienkowskiej. Wtedy obie drużyny długo grały bardzo zachowawczo, a Lech na boisko wyszedł nawet bez klasycznego napastnika w składzie. Na emocje w Warszawie czekaliśmy niemal do samego końca spotkania. Co więcej, nie były to chwile pozytywne. Trudno tak bowiem nazwać awanturę między piłkarzami czy gola Kaspera Hamalainena z wyraźnego spalonego.

W Poznaniu było jednak zupełnie inaczej. Poznaniacy od samego początku zaatakowali mistrzów Polski, w swoim stylu z tego roku chcieli szybko strzelić gola i przejąć kontrolę nad grą. Legioniści nie pozostawali dłużni i raz po raz tworzyli zagrożenie pod bramką Matusa Putnocky'ego. Tempo pierwszych 20 minut było, jak na warunki ekstraklasy, zawrotne. Niektórzy zawodnicy imponowali techniką, kreatywnością. Brakowało tylko (i aż) spokoju w kluczowych momentach.

Generał Majewski, generał Vadis

W niedzielne popołudnie w Poznaniu od Radosława Majewskiego i Vadisa Odjidji-Ofoe trudno było oderwać wzrok. Obaj pomocnicy od początku pokazali kto w Lechu i Legii brać będzie na siebie największą odpowiedzialność w ofensywie. Polak i Belg bez przerwy byli pod grą, obaj szukali podań od i do kolegów.

Majewski i Ofoe szukali wolnych przestrzeni, przewidywali kolejne ruchy partnerów, często w ciemno zagrywali do nich prostopadłe piłki. Obaj stworzyli kolegom po kilka dogodnych okazji, obaj mogli też strzelić po golu. Wysokie tempo, intensywność i wynikająca z nich jakość spotkania była głównie zasługą ofensywnych pomocników obu zespołów.

Rozczarowujący skrzydłowi

O ile Majewskiego i Vadisa można tylko chwalić, o tyle słowa krytyki należą się Szymonowi Pawłowskiemu i Guilherme. Obaj skrzydłowi od wysokiej jakości niedzielnego starcia wyraźnie odstawali. Długimi fragmentami spotkania można było odnieść wrażenie, że skrzydłowy Lecha na boisko nie wyszedł. Pawłowski był niewidoczny, rzadko podejmował odpowiednie decyzje, a jeśli już przeprowadzał indywidualne akcje, to w większości przypadków kończyły się one niepowodzeniem.

Podobnie było z Guilherme. Brazylijczyk od początku był niechlujny, podawał źle i niedokładnie. Chociaż w przeciwieństwie do Pawłowskiego 26-latek był częściej przy piłce, to o efektach jego akcji nic lepszego powiedzieć nie można. Guilherme przegrywał pojedynki, kilka razy zmarnował szansę na podanie do lepiej ustawionego kolegi. Kolejne złe akcje rodziły u legionisty frustrację, która jeszcze w pierwszej połowie zakończyła się żółtą kartką.

Nie mogło zatem dziwić, że Pawłowski i Guilherme zostali pierwszymi piłkarzami, których Nenad Bjelica i Jacek Magiera, zdjęli z boiska.

Napastnicy bez błysku

Jednym z najczęściej zadawanych pytań przed meczem było to o dyspozycję napastników - Dawida Kownackiego i Michała Kucharczyka. W przypadku pierwszego niemal do samego końca nie było pewne czy ten w ogóle pojawi się na boisku z powodu kontuzji. Młodzieżowy reprezentant Polski ostatecznie przeciwko Legii zagrał, ale nie był to występ, który Kownacki będzie wspominał dobrze. Lechita miał jedną okazję do zdobycia bramki, ale nie dość, że nie trafił w piłkę, to jeszcze znajdował się na spalonym. Poza tym, przez ponad 70 minut Kownacki nie potrafił poradzić sobie z dynamiczniejszym Michałem Pazdanem i silniejszym Maciejem Dąbrowskim.

Z niewiele lepszej strony w Poznaniu pokazał się Kucharczyk. Piłkarz, który we wcześniejszych dwóch meczach z Lechią Gdańsk i Pogonią Szczecin strzelił trzy gole, na tle defensywy Lecha błysnąć nie potrafił. 26-latek, podobnie jak Kownacki, miał jedną okazję do zdobycia bramki, ale jego uderzenie pewnie obronił Matus Putnocky. Legionista w swoim stylu grał w linii ze środkowymi obrońcami Lecha, szukając okazji do wyjścia do prostopadłego podania i wygrania pojedynku szybkościowego. O ile takie sytuacje miały miejsce, o tyle Kucharczyk pożytku z nich nie zrobił. Legionista często zbiegał w boczne sektory boiska, a w nich albo przegrywał pojedynki albo dogrywał niedokładnie.

Podobnie jak w przypadku wyżej omawianych skrzydłowych, Bjelica i Magiera szukali alternatyw. W obu zespołach drugimi zmianami były te w ataku. Kownackiego zmienił Marcin Robak, a Kucharczyka Tomasz Jodłowiec.

"Judasz", który znów zaszokował

Po bramce Hamalainena, poza dwoma tysiącami kibiców z Warszawy, stadion w Poznaniu ucichł. Nawet dziennikarze nie mogli do końca uwierzyć w to, że zawodnik, który ponad rok temu zamienił Lecha na Legię, ponownie rozstrzygnął o losach ligowego klasyku.

Fani z Poznania zdrady Finowi nie zapomnieli. Kibice ubliżali legioniście przed meczem, lżyli go w czasie rozgrzewki przy linii bocznej, krzyczeli "Judasz, Judasz!", gdy ten opuszczał boisko z golem i zwycięstwem na koncie.

- Słyszałem te obelgi, rozumiem je, natomiast takie rzeczy w futbolu się zdarzają. Dla mnie to już przeszłość, jestem piłkarzem Legii i to się liczy. Oczywiście był to dla mnie mecz specjalny, bo w Poznaniu mam wielu przyjaciół, ale nie motywowałem się na niego wyjątkowo. Z resztą, i tak na pewno mi nie uwierzycie, bo przecież drugi raz z rzędu strzelam Lechowi gola... - uśmiechał się Fin po spotkaniu w strefie mieszanej.

Zobacz wideo
Więcej o: