Ekstraklasa. Franciszek Smuda i prawo do ostatniej szansy

Franciszek Smuda, choć wrócił do ligowej piłki, to grozi mu sprowadzenie go do kolejnej anegdoty. Sam jego comeback został potraktowany jako okazja do przypomnienia najśmieszniejszych cytatów i zabawnych historii. W Górniku Łęczna będzie walczył o to, by dokonać podwójnego cudu: uratować najsłabszy zespół ekstraklasy przed spadkiem i znów zaistnieć w świadomości fanów jako poważna postać krajowej piłki.

Było tak, jak gdyby te niemal 650 dni zleciało w mgnieniu oka. Znów widzieliśmy załamywanie rąk i wołanie o pomstę do nieba przy każdym fatalnym zachowaniu jego piłkarzy. W meczu Górnika Łęczna z Legią w Warszawie takich momentów było sporo, zresztą tyle, na ile wskazywałaby pozycja w tabeli drużyny, którą kilka dni temu przejął Franciszek Smuda. Trzykrotny mistrz Polski, zdobywca pucharów, prowadził Widzew Łódź w Lidze Mistrzów, reprezentację kraju na wielkiej imprezie.

Dziś ma odbić od dna zespół na którego mecze chodzi niemal najmniej kibiców w ekstraklasie. Zresztą to nie jest tak, że tylko Górnik wymaga szybkiej reanimacji, by utrzymać się na powierzchni piłkarskiej rzeczywistości. Ze Smudą jest podobnie: po zwolnieniu z Wisły Kraków w marcu 2015 wydawało się, że to już koniec ofert z tego poziomu. Ale były selekcjoner pracy szukał - nawet w Kolumbii, dogadywał się ponoć w Peru i w Meksyku, chwilę myślał nad wzmocnieniem finansów w Zatoce Perskiej, tlił się temat powrotu do Widzewa... - Nie chciało mi się czekać, za długo się to wszystko ciągnęło - powiedział Smuda na konferencji po przejęciu Górnika.

Niezbyt zachęcający i nie dający wielkiej nadziei tekst, jak na trenera, o którym prezes Artur Kapelko mówił, że ma "podnieść poziom futbolu na Lubelszczyźnie". Problem w tym, że zanim w ogóle ów poziom drgnie - jak pokazał mecz w Warszawie, w przypadku Górnika wymagałoby to cudu na miarę tego, który Polacy widzieli w działaniach Smudy w pierwszych miesiącach po przejęciu reprezentacji - 68-letniego szkoleniowca może w Łęcznej/Lublinie już dawno nie być. - W oczekiwaniu można tu coś jeszcze pomóc - mówił o swojej pozycji i ofertach Smuda, a odpowiadając na pytania o długość kontraktu kręcił naokoło tematu, jak Vadis Odjidja-Ofoe jego piłkarzami.

Na Lubelszczyźnie mogą jeszcze nie wiedzieć, że Smuda już dawno nie jest odbierany jako cudotwórca. Nie po trzech latach z kadrą, półrocznym okresie pracy i spadku z drugiej Bundesligi z Jahn Ratyzbona, 21 miesiącach w Krakowie. Nie po stopniowym, choć coraz mocniej akcentowanym odklejeniu stylu pracy. Nikt już nie działa "na czuja", nie ocenia piłkarzy po stylu wchodzenia po schodach, nie używa laptopa za podkładkę, a analiz taktycznych nie rzuca się w kąt mówiąc, że wie się najlepiej. Pod tym względem te 650 dni nieobecności Smudy w ekstraklasie można odebrać jako wejście w zupełnie inne czasy. Czy byłemu selekcjonerowi będzie się chciało raz jeszcze walczyć o miejsce na scenie dla swoich, pod kilkoma względami unikalnych metod?

- Co ja mogę panu powiedzieć... No na pewno w nowym roku zacznę... - powiedział na pomeczowej konferencji Smuda, gdy spytałem trenera o to, czy gra i wynik na Legii przekonały go, by Górnika prowadził do końca obecnego sezonu. Sam podsumowywać spotkania nie chciał, od razu poprosił o pytania. Dlaczego nie było rewolucji w składzie? - Gdybym jej dokonał, to byłbym niepoważny. Obojętnie komu nie dałbym szansy, to pewnie wyszłoby tak samo. Nie mówię, że piłkarzom się nie chciało. Chcieli, ale jeden potrafi, drugi nie - mówił Smuda, a większość obecnych na sali osób chichrała.

Gdy na pytanie, czy nadal lubi przyjeżdżać na Legię, choć drugi raz z rzędu przegrał 0:5, odpowiedział z zdziwieniem: "A co, to jakiś brzydki stadion?" - publiczność ryknęła śmiechem. Zresztą można było odnieść wrażenie, że większość słuchających Smudę przyszło, by po dobrym meczu Legii dodatkowo się rozerwać - pośmiać się kosztem doświadczonego trenera.

W ogólnym zadowoleniu mogłoby umknąć to, co było w słowach Smudy kluczowe. - Jestem człowiekiem, który sam wybiera sobie kluby. Nie odmawiam trudnym wyzwaniom. Pokazałem to w Odrze Wodzisław, w Zagłębiu Lubin... Mnie to też interesuje, jest trochę adrenaliny. Dlaczego miałem odmówić Górnikowi? Mi to pasuje. Spróbuję - tłumaczył.

Jednak podejście do Smudy przed meczem, jak i po spotkaniu pokazuje, że tych "cudów" z Wodzisławia czy Lubina jemu się już nie pamięta. Jest utożsamiany z klęską na Euro, spadkiem z drugiej Bundesligi, konfliktem w Wiśle... A także wszystkim tym, co zdarzyło się pomiędzy: zabawnymi wpadkami językowymi, dziwacznymi decyzjami szkoleniowymi, zaskakującymi argumentami broniącymi własną pracę, historiami o jego metodach szkoleniowych, sposobach na motywację...

Może dlatego prezesowi Kapelce udało się przekonać Smudę do zabrania się za reanimowanie trupa - klubu tracącego kibiców, grającego na obcym stadionie, złożonego z piłkarzy trzeciej jakości lub po prostu z odzysku. Utrzymanie Górnika będzie cudem, którego potrzebuje i klub, i Smuda. Choć trener nie wygląda na w pełni przekonanego do sensu swojego powrotu, to jego istotę może jeszcze dostrzec. Nie ryzykuje wiele, może na pół roku odsuwa perspektywę emerytury. Czego by o Smudzie nie powiedzieć, to tej (ostatniej?) szansy nikt nie ma prawa mu odmówić.

Zobacz wideo

Najdroższy piłkarz na świecie nie wierzy, że Lewandowski zarabia jeszcze więcej od niego