Ekstraklasa w Sport.pl. Za kulisami Ligi+Extra

Awaria sprzętu, dynamiczne zmiany w planie programy, fatalne mecze oraz pierwszy gość, który sam poprowadził program. Wizyta Sport.pl za kulisami Ligi+Extra, flagowego programu stacji pokazującej ekstraklasę, nie mogła przypaść na lepszy termin.

Godz. 14, studio na ul. Sikorskiego

- Magia. Gdybym ja musiał to robić, zajęłoby mi to trzy razy więcej czasu - mówi jeden z montażystów o najnowszym dziele Radka Śliwińskiego. Jest wczesne niedzielne popołudnie, a praca nad wydaniem wieczornej Ligi+Extra trwa na pełnych obrotach. Prowadzący program Tomasz Smokowski i Andrzej Twarowski określają Śliwińskiego mianem legendy - to osoba, która z archiwów, meczów, wypowiedzi i wywiadów potrafi skleić wszystko. A najlepiej widać to w "Trzeciej połowie", czyli luźnej formie pokazania skrótów piątkowych oraz sobotnich spotkań. Scenariusz przygotowuje Andrzej Kałwa, autor "Poligonu" na (kiedyś) zCzuba oraz (obecnie) Weszlo.com. Dostaję kartkę z jego wizją jednego ze skrótów, gdzie sytuacje okołomeczowe są wplecione w wydarzenia boiskowe oraz sceny i teksty z klasycznych filmów oraz występów kabaretowych. - Czasem Andrzeja trzeba hamować. Ale trzeba mu przyznać, że musi mieć wielki łeb, by tak to wszystko wyłapać, połączyć i jeszcze dodać znane cytaty... Często przysyła scenariusz już w nocy, a ja następnego dnia na każdy kilkudziesięcio sekundowy skrót poświęcam godzinę. Nie jest łatwo, bo do każdego tekstu dołączonych jest kilka linków do starych piosenek, filmów... Wiele z nich mamy już pobranych, ale i tak każdy materiał wydaje się unikalny - tłumaczy Śliwiński.

Oprowadza po redakcji, która obsługuje Ligę+Extra - nie tylko montażystów, ale też Eryka, który działa na Piero, systemie pozwalającym dopracować analizy taktyczne ekspertów. On wraz z Kazimierzem Węgrzynem właśnie usiedli nad materiałem o grze Radosława Majewskiego, który wieczorem będzie gościem w studiu oraz tym, jakie błędy popełnia Lech Poznań. Dodają strzałki, zaznaczają strefy i pojedynczych piłkarzy. Jeszcze wszystko działa, ale o tym później. Oprócz tego jest jeszcze pięciu "młodych-gniewnych" operatorów z grupy, która nosi nieformalną nazwę "Łasica". Oni nadzorują materiały spływające przez weekend, tworząc te planowane i te, które mogą stać się potrzebne w trakcie programu. Gdy Śliwiński pokazuje mi listę elementów składających się na ponad dwie godziny Ligi+Extra, zajmują one trzy kartki - w sumie 47 pozycji, od wejścia do zakończenia programu w którym śpiewać będzie reporterka Daria Kabała-Malarz.

Sprawienie, że ta liczba materiałów powstanie i zostanie wprowadzona w ramy programu jest według wydawcy Piotra Małkowskiego najtrudniejszym wyzwaniem. On jest szefem, osobą, która w trakcie Ligi+Extra decyduje m.in. o tym, która kamera pokazuje studio. Ale to byłoby uproszczenie charakterystyki jego pracy. Każdy z kim rozmawiam podkreśla, że Małkowski jest najważniejszy przy tworzeniu programu. - Jednym z najtrudniejszych zadań jest rozdział obowiązków. Sprawnie podzielenie pracy, choć nie mówię o prowadzących, którzy ze swoim doświadczeniem sobie poradzą. To tyczy się osób tworzących rzeczy dodatkowe. Ich jest cała masa. Trzeba np. naprowadzić osobę, która realizuje materiał "Moim zdaniem". Ich praca w środku tygodnia, w weekend jest nie do przecenienia - zaznacza. Nie po raz pierwszy i ostatni powstawanie Ligi+Extra może skojarzyć się z funkcjonowaniem drużyny piłkarskiej.

Flagowy program ekstraklasy w Canal+ przeszedł tego lata rewolucję. Ligę+Extra wydłużono, dodano publiczność i nowe elementy, jak choćby specjalne studio analiz. Realizację przeniesiono do większego studia, którego budowa w starym budynku TVN przy ul. Wiertniczej w Warszawie dłużyła się, a próby trzeba było prowadzić nocą, bo tylko wtedy była wolna reżyserka. Twarowski i Smokowski po raz pierwszy na swoich miejscach usiedli dzień przed startem nowego sezonu, do tej pory przyznają, że jeszcze do wszystkiego muszą się przyzwyczaić - tak samo oni, jak i widzowie.

Godz. 15.30, studio na ul. Wiertniczej

To dopiero początek dnia z ekstraklasą, a już jest nerwowo. Siedzimy z Andrzejem Twarowskim w pokoju nad nowym studiem Ligi+Extra i czekamy na start niedzielnych spotkań, ale są problemy z transmisją meczu Górnika Łęczna z Cracovią. Dostawiony telewizor szwankuje, zacina obraz, uczestnicy "widowiska" w Lublinie również nie pomagają. Stres i mocne słowa kończą się wraz z zagraniami Filipa Starzyńskiego, jego asyście oraz golu w okienko z kilkudziesięciu metrów towarzyszy zachwyt oglądających. - Słuchaj, to może porównamy tego gola z bramką Dawida Korta sprzed tygodnia. Tor lotu piłki, szybkość i tak dalej - od razu Twarowski dzwoni do Eryka i zleca "Houston" zadanie, by uatrakcyjnić program nawet tak krótkim materiałem.

Show zaczyna się w momencie, gdy do pokoju schodzą się kolejni eksperci i goście. A gdy do Twarowskiego dołącza Smokowski, to mierność meczów w Lubinie i Lublinie przestaje mieć znaczenie. Żart za żart - taka panuje zasada. Pomiędzy notatkami tworzonymi z tych meczów Twarowski prezentuje jak robi... pompki i wszyscy wybuchają śmiechem. Znów narzuca się porównanie do szatni piłkarskiej, bo atmosfera jest podobna do tej jeszcze na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem.

Schodzą się wszyscy. Sławomir Stempniewski, który rozstrzyga kontrowersje siada z tyłu i jeszcze raz przegląda wybrane sytuacje. Gdy Łukasz Tymiński ostrym wślizgiem atakuje Damiana Dąbrowskiego i sędzia żółtą kartkę pokazuje tylko poszkodowanemu, nie ma żadnych wątpliwości o błędzie sędziego. Trwają też dyskusje o sensie gry w Lublinie, o przejęciu Wisły Kraków i defensywnej grze drużyny z Niecieczy. Pomiędzy tym wszystkim wybierana jest jedenastka kolejki. Padają kolejne nazwiska, prowadzący przyznają, że największy problem jest zwykle z bocznymi obrońcami. - Nie ma w lidze drużyny, która częściej od naszej gra trójką środkowych obrońców - śmieje się Smokowski. A gdy pojawia się kandydatura Roberta Gumnego z Lecha Poznań, by jednak bocznych obrońców umieścić, Murawski ucina: - Piłkarz drużyny, która przegrywa dwa kolejne mecze nie powinien dostać takiego wyróżnienia.

Godz. 18, studio analiz

- My nie robimy tego dla trenerów - zaznacza Murawski, mówiąc o analizach w telewizji. Czekamy na rozpoczęcie się meczu Korony Kielce z Piastem Gliwice, ale nie jest pewne, czy w trzecim wydaniu nowego formatu Ligi+Extra w ogóle znajdzie się miejsce na materiały przygotowywane wspólnie z Rafałem Dębińskim. Spanikowany Eryk przybiega dwa razy informując, że jest problem techniczny z programem obrabiającym graficznie akcje. Miało być bogato, choć niedzielne mecze nie zachwyciły: rozegranie piłki Zagłębia Lubin przy akcjach bramkowych oraz bierna postawa Termaliki przy negatywnym wyniku. Z drugiego meczu analitycy Ligi+Extra wybrali zmiany w stylu gry Górnika Łęczna: wyższy pressing, próby odbioru piłki pod polem karnym Cracovii. - Krakowianie w końcówce spotkania mieli ogromny problem z wyjściem spod własnej bramki - zaznacza Dębiński.

Czego Murawski szuka oglądając mecz? - Przede wszystkim patrzę na to, ile jest miejsca na boisku. W naszej lidze często jest go dużo. To znaczy, że mało jest drużyn, które potrafią grać blisko przy rywalu. Ostatnio zaimponował mi Śląsk, który przyjechał na mecz z Legią i potrafił skutecznie blokować rozegranie akcji rywala już od jego bramki - dodaje i wyjmuje kartkę papieru, gdy rozmowa zeszła na grę Piasta. Rysuje ustawienie drużyny z Gliwic i tłumaczy, skąd sukces zespołu. - W ekstraklasie zespoły mają problem z zaadoptowaniem się do innego ustawienia. Grają przeciwko trójce środkowych obrońców i piłkarze nie wiedzą, którego rywala kryć, jak zachować się w pressingu - rozpisuje Murawski.

Wtedy dociera do nas informacja, że Piero zaprotestowało i analiz nie będzie. Wyjątkiem jest ta, którą udało się zrobić Węgrzynowi kilka godzin wcześniej jeszcze na Sikorskiego. Jeszcze zaglądamy do "zielonego pokoju" w którym Dębiński i Murawski nagrywają swoje rozmowy, łącząc się kilka razy z głównym studiem. Pokazują, że stojąc na środku mogą zrobić tylko krok, a patrząc na monitory na których widzą siebie muszą pamiętać, że każdy ruch działa na zasadzie odbicia w lustrze. - Myśleliśmy, że będziemy mieli więcej swobody, uda nam się "wejść" na boisko, między piłkarzy i pokazać jak najdokładniej o co nam chodzi - mówi Dębiński. - Ale wciąż dopracowujemy schemat. Teraz udaje nam się wstawić nasze sylwetki w konkretne miejsce na boisku, ale musimy być bierni. Najfajniej byłoby mieć ekran na którym na żywo moglibyśmy tworzyć analizy - dodaje.

Godz. 19, studio główne

By znaleźć się w studiu głównym trzeba przejść przez ulicę - analizy znajdują się w drugim budynku. A pod wejściem już czeka kilkudziesięciu widzów. Głównie osoby młodsze, ale ponoć już z faktycznym zainteresowaniem i pojęciem o ekstraklasie. Prowadzący przyznają, że najwięcej krytyki nowego formatu skupiło się wokół widowni. - W pierwszym programie trudno było skupić się na tym, co mówiliśmy, bo za nami siedziały fajne dziewczyny - tłumaczą. - Ale to także kwestia tego, że publiczność nie reagowała na nasze rozmowy i żarty o piłce, jakby ich nie rozumiała - dodają. Tym razem było inaczej. Na widowni przed programem i w krótkich przerwach można było usłyszeć rozmowy o różnych drużynach, wszystko w temacie polskiej piłki. Nie widać było osób znudzonych tym, że trzy godziny niedzielnego wieczoru spędzają na niewygodnych, typowo stadionowych siedziskach w dusznym studiu. Wręcz przeciwnie, w trakcie kilkuminutowych przerw wychodziły tylko pojedyncze osoby, by szybko wrócić.

Tymczasem w salce nad studiem trwa karnawał. Są już wszystkie osoby, które pojawią się w trakcie programu. Rozmowy i śmiechy weszły na wyższy poziom decybeli. Węgrzyn dyskutuje o Wiśle Kraków, którą przejęli nowi właściciele. Murawski z Majewskim rozmawiają o Salonikach i klimacie ligi greckiej w której obaj mieli okazję grać, choć w różnych sezonach. Gdy piłkarz Lecha na chwilę wychodzi, a w tym czasie Korona i Piast strzelają po golu, wracającego do pokoju pomocnika wyprasza Twarowski mówiąc, że wreszcie w Kielcach zaczęło się coś dziać.

Jedyną oazą spokoju jest pan Sławek. Od żartów z niego program zaczyna Twarowski, także za kulisami były sędzia musi radzić sobie z humorystycznymi uwagami. Ale Stempniewski to oaza spokoju, do tego stopnia, że gdy przychodzi realizator i zaprasza do zajmowania miejsc przy stole w studiu, najstarszy z uczestników patrzy na zegarem i zdziwiony mówi, że przecież jeszcze dużo czasu.

Gdzie indziej jest bardziej nerwowo. W reżyserce, która także jest w budynku po drugiej ulicy. - Ta ostatnia godzina przed programem jest najtrudniejsza. Przygotowywanie wszystkiego, powtarzanie kolejności, a sekundy lecą. Także dlatego, że teraz robimy to w innej rzeczywistości. Tak jak Górnik Łęczna występujący w Lublinie, my również cały sezon będziemy grali na wyjeździe. Trzeba to zrozumieć, że teraz pracuję w nowym otoczeniu, z nowymi ludźmi. Taka zmiana nie jest łatwa, gdy od lat współdziała się z tą samą ekipą. Wszystko sprowadza się do zgrania: wrzucenia muzyki, materiału, grafiki w odpowiednim momencie. Ustawieniu kamer, światła, zrobienia czegoś na szybko. Uczymy się tego od nowa, ale także w TVN pracuję z zawodowcami i jestem dla nich pełen uznania - mówi Małkowski.

Faktycznie, czas za kulisami płynie jakby szybciej. Między rozmowami pojawia się pytanie, który z dotychczasowych gości był najlepszy. Smokowski i Twarowski zgodnie twierdzą, że w poprzednim sezonie najfajniej wypadł Piotr Stokowiec, którego Zagłębie Lubin walczyło o europejskie puchary. Trener "Miedziowych" zaprzeczał, że awans do eliminacji w Lidze Europy będzie dla niego "pocałunkiem śmierci", jak mówili to m.in. Michał Probierz (Jagiellonia) i Czesław Michniewicz (Pogoń). - Stokowiec miał luz, ale też charakter. I nie mówił wtedy tylko do publiczności, ale wyznaczając ambitne cele Zagłębiu wyraźnie chciał trafić do drużyny. Przekazać część tej pewności siebie swoim piłkarzom, których większość na pewno go oglądała - twierdzi Smokowski. Po kilku godzinach okazało się, że nie tylko trenerzy goszczący w Lidze+Extra tak robią. Majewski w trakcie programu mówi, że w rozmowach przy podpisaniu kontraktu szefowie Lecha chcieli, by wniósł coś pozytywnego. - Także w ten sposób, że przyjeżdżam do programu po dwóch porażkach, nie uciekając od trudnych tematów - dodaje piłkarz. A za kulisami dodaje: - Jechałem z myślą, że muszę być poważny po takim początku sezonu, ale teraz niczego nie żałuję. Może to też jakoś pomoże drużynie, że będzie mniej spięcia w takim momencie.

Godz. 20, początek Ligi+Extra

Do studia pierwszy schodzi Smokowski, siada sam przy stole i zagaduje publiczność. Po kolei dołączają do niego Twarowski, Węgrzyn, Murawski i Stempiński, a na końcu, już w trakcie programu, Majewski. Oglądanie najstarszego i najbardziej popularnego opiniotwórczego programu o ekstraklasie jest zupełnie inne na żywo - z boku, z salki nad studiem czy zza publiczności - niż w telewizorze.

W telewizorze nie widać tego, jak sprawnie funkcjonuje ten zespół. Włączając się tylko na te dwie godziny w niedzielny wieczór z domowej kanapy ma się wrażenie, że Smokowskiemu i Twarowskiemu wszystko wychodzi naturalnie, ale charakter ich współpracy jest lepiej widoczny z bliska. To jak szturchają się, by przekazać, kto zadaje następne pytanie lub zmienia wątek, zapowiada kolejny materiał. W krótkich przerwach w emisji Smokowski wstaje i dynamicznie wskazuje na światła oraz monitory, prosząc realizatorów o zmiany, by wszystko było bardziej sprawne, lepsze. To duet świetnie uzupełniających się rozgrywających, którzy są przy tym gwiazdami. Bez wody sodowej, bo słyszę, że to oni najbardziej przejęli się krytyką nowego formatu.

Jednak przy stole dzieje się jeszcze więcej. Gdy dyskutowana jest decyzja o rzucie karnym przyznanym Jagiellonii w meczu z Lechem, Stempniewski i Węgrzyn mają odmienne zdanie. Gdy wskakuje kolejny element, oni wracają do tej kwestii, każdy ekspresywnie pokazując, czym dla niego jest naturalne ułożenie rąk. Z kolei w trakcie puszczania materiału o końcu ery Bogusława Cupiała w Wiśle Kraków, Węgrzyn wzrusza się i mówi, że ma łzy w oczach patrząc na archiwalne obrazki. Słyszą to wszyscy na publiczności, ale nikt przed telewizorem.

Gwiazdą tego odcinka jest oczywiście Majewski. - Jedyny w historii programu gość, który zarazem okazał się prowadzącym Ligi+Extra - powie później Smokowski. Ma rację, bo pomocnik Lecha od pierwszych minut jest pewny siebie, błyskotliwie ripostuje żarty gospodarzy i nie chowa się za banalnymi odpowiedziami przy trudniejszych pytaniach. - A w przyszłości usiądę tam, na waszych miejscach - powie Majewski jeszcze na pożegnanie. Wszyscy się śmieją, ale nikt nie ma wątpliwości, że ze swoim luzem oraz pewnością dałby sobie radę. Prosto z krzesła obok Murawskiego trafia na fotel w salce, by dograć materiał do innej produkcji Canal+Sport, programu "Po godzinach".

Godz. 22.20, po zakończeniu Ligi+Extra

Po ostatnim "klapsie" z zawodników schodzi ciśnienie. Widać, jak bardzo są zauroczeni występem Majewskiego, jak chwalą jego obycie oraz otwartość. Ale sami też czują, że po zmianach program układa się coraz lepiej. Jedynym problemem pozostaje to, że znów nie udało utrzymać w wyznaczonym czasie. Program "rozwałkował się", choć nie udało się pokazać kilku z przygotowanych elementów, nie było też studia analiz, trzeba poprawić to, co pojawia się na monitorach dla widzów w studiu. Jednak każdy wie, że wydłużenie Ligi+Extra przykrył popisowy występ gościa.

Czy prowadzący po trzech odcinkach obyli się z publicznością? - Zdecydowanie. Dla nas to bez różnicy, trochę jak działanie na stadionie przy kibicach - mówi Smokowski. Dla mnie to kolejny powód, by przyrównać działanie ekipy Ligi+Extra do drużyny piłkarskiej. Jest manager w brytyjskim stylu, który podejmuje decyzje i sprawnie rozdziela obowiązki (Małkowski), są rozgrywający (Twarowski i Smokowski), mocne elementy (Węgrzyn, Murawski, Dębiński), osoby z doświadczeniem (Stempniewski), uniwersalność w taktyce (rozumiana jako różnorodność w możliwości przedstawienia materiałów) oraz ci od "noszenia fortepianu" (wyrobnicy zza kulis, którzy spajają to wszystko i na równi stanowią o sukcesie).

- Przekonałeś mnie - mówi Małkowski, gdy przedstawiam porównanie. - Trzon programu rodzi się w głowach chłopaków, ale wszystko musi współgrać. Mamy główne założenia, które ewoluują. Czasem coś wydaje się nam fajne, ale gdy później okazywało się inaczej, to szybko się z tego wycofywaliśmy. Nie żyjemy w przeświadczeniu, że wiemy wszystko najlepiej - dodaje niejako odwołując się do zmian, które wraz z wejściem w nowy sezon przeszła Liga+Extra. Wejście było niełatwe, po pierwszym programie wylała się masa krytyki zawiedzionych fanów. - Zasłużona, bo uważam, że przesadziliśmy - dodaje.

- W trakcie programu, gdy jestem w reżyserce, wyłapuję ok. 40 procent merytoryczności programu. Za dużo dzieje się dookoła, zbyt wiele trzeba koordynować, by mój mózg przyswoił jeszcze wszystko, co jest mówione w studiu. Ale oglądając później powtórkę premiery nowej Ligi+Extra i zastanawiając się nad nią doszedłem do wniosku, że merytoryka była na tym samym poziomie, co w poprzednim sezonie. To kilka elementów zadecydowało o tak ostrej krytyce - mówi Małkowski.

I kontynuuje: - Program naturalnie prosił się o publiczność. Teraz mamy taką, która reaguje i świetnie się bawi, a my coś zyskujemy. Andrzej Twarowski zwrócił mi także uwagę na to, że krytyka była przejawem zaangażowania widzów. Dzięki temu wiemy, jak bardzo jesteśmy potrzebni. Przez te osoby nie przemawiała złość, ale żal. Ludzie nie chcieli zmiany świetnego programu, który znali, uwielbiali. Natomiast kręgosłup Ligi+Extra niewiele się zmienił. Sam porównuję to do przemeblowania: to są te same meble plus nowe elementy, ale wyłącznie podnoszące wartość i jakość na których wszystkim nam zależy. Przez pierwsze dwa-trzy tygodnie człowiek chodzi po pokoju i narzeka, ale w końcu przyzwyczaja się i dostrzega, jak mu fajnie i wygodnie.

Zobacz wideo

39 niezwykłych sportowych ciekawostek! [KLIKNIJ]

Więcej o: