Ekstraklasa w Sport.pl. Dlaczego Piast Gliwice już nie chce tortu

- W przerwie nie musiałem nic swoim piłkarzom mówić - stwierdził Radoslav Latal po remisie Piasta Gliwice z Lechem (2:2) w Poznaniu. Rzadko zdarza się, że przy dwubramkowej stracie trener tak delikatnie traktuje swoich zawodników. Jednak Latal dostrzegł, że jego zespół wraca do najwyższej, mistrzowskiej formy.

Zwykle najlepszy piłkarz Piasta po meczu w Gliwicach dostaje od klubu tort. W tym sezonie drużuna Radoslava Latala u siebie przegrała tylko raz (jeszcze jesienią z Koroną Kielce (0:1)), więc zwykle słodka nagroda w większej lub mniejszej części znikała. Nie po sobotnim meczu z Cracovią, gdy goście w 90. minucie odebrali Piastowi zwycięstwo. Wtedy wściekły Mateusz Mak tort odebrał, ale miał ochotę cisnąć nim prosto o ścianę. Gdy wszyscy piłkarze opuścili szatnię, okazało się, że nikt go nawet nie ruszył. Uważali, że tracąc w takich okolicznościach trzy punkty nikt nawet na kęsa nagrody nie zasłużył.

Przeciwko Cracovii piłkarze Piasta powinni wykorzystać jedną z kilku niezłych sytuacji i podwyższyć prowadzenie nim Miroslav Covilo odebrał im zwycięstwo. Zupełnie inaczej było kilka dni później w Poznaniu. Jednak w spotkaniu z Lechem największa sensacja tego sezonu ekstraklasy grała dokładnie tak, jak jesienią - nie dominując pod względem posiadania piłki, ale prowadząc grę, miając bardziej przejrzysty i spójny plan od mistrzów Polski.

Krótko mówiąc: inaczej smakuje tort po stracie dwóch punktów na własnym terenie, inaczej po wydarciu punktu na jednym z trudniejszych wyjazdów w ekstraklasie. Jednak perspektywa formy oraz szans Piasta w wyścigu o mistrzostwo Polski nie wynika wyłącznie z różnicy w odbiorze ostatnich dwóch spotkań. Jest znacznie więcej czynników pozwalających sądzić, że ligowa sensacja jesieni także na wiosnę rozpędza się i jeszcze może Legii zagrozić.

Sygnałów, które Radoslava Latala mogły niepokoić było sporo. Nie chodzi tylko o wyniki - Piast wiosną wygrał tylko trzy z jedenastu spotkań - ale przede wszystkim postawę zespołu. Fakty są takie, że w meczu z Cracovią piłkarze z Gliwic oddali tylko dwa celne strzały, mieli ich mniej w zwycięskim spotkaniu z Jagiellonią (2:0), Zagłębie zdusiło ich w Lubinie (1:4), nawet Korona Kielce dwa razy częściej trafiała w bramkę. Wiosną Piast nie wygrał meczu z drużyną, która awansowała do grupy mistrzowskiej. Była to wypadkowa występów indywidualnych: Martin Nespor jesienią strzelił osiem goli, wiosną zaliczył tylko cztery celne strzały i jedną bramkę. Patrik Mraz ostatnią asystę (dziewiątą w sezonie) dorzucił jeszcze w grudniowym meczu z Legią w Warszawie (1:1). Zawodzili piłkarze sprowadzeni w przerwie rozgrywek.

A jednak coś drgnęło. Wystarczy spojrzeć na komentarze piłkarzy po sobotnim spotkaniu i zestawić je z tymi z Poznania. - Zostawiliśmy na boisku dosłownie wszystko. Walczyliśmy i stracona bramka w końcówce jest bardzo bolesna. Uważam, że zagraliśmy bardzo dobrze, tym bardziej jednak boli nas ten remis boli. Ale piłka już czasami taka jest - mówił Kamil Vacek po remisie z Cracovią. - Z przebiegu spotkania naprawdę wyglądało to dobrze, może trochę mniej przed przerwą. Wtedy nasza skuteczność była zerowa, brakowało nam koncentracji. Jednak po przerwie było znacznie lepiej, każdy widział, że z minuty na minutę nabieramy pewności siebie, zyskujemy przewagę. Po dwóch golach chcieliśmy iść za ciosem - tłumaczył we wtorek kapitan Piasta Radosław Murawski.

O ile wcześniej spadek skuteczności poszczególnych piłkarzy kazał sądzić, że Piast jest w kryzysie, o tyle ich forma z meczu w Poznaniu wskazuje na powrót do najlepszych wyników. Wystarczy przypomnieć nie czerwoną kartkę, ale wspaniałą asystę Kamila Vacka przy pierwszym golu dla Piasta. Kilka tygodni temu reprezentant Czech niemal płakał po zwycięskim trafieniu z Podbeskidziem Bielsko-Biała (3:2), we wtorek z wściekłością przeleciał przez strefę wywiadów prosto do klubowego autokaru. Zupełnie jakby jego praca wciąż była niedokończona.

Jednak wśród tych pozytywów jest także gol, którego strzelił Mraz po typowej dla gliwiczan kontrze. I świetna dyspozycja Heberta, godna naśladowania postawa Murawskiego, interwencje Jakuba Szmatuły w bramce i na przedpolu. Swój najlepszy mecz wiosną rozegrał jeden z zimowych transferów, Martin Bukata, zaliczając osiem udanych dryblingów, wygrywając 20 z 29 pojedynków i pięciokrotnie odbierając piłkę. Na niego Latal czekał miesiącami, on jeszcze latem miał dołączyć do Piasta, ale długo trwały formalności oraz spory wokół jego transferu. Sam Słowak wreszcie potwierdził, że był wart całego zamieszania.

- W przerwie nie musiałem nic swoim piłkarzom mówić - stwierdził Radoslav Latal. Rzadko zdarza się, że trener drużyny walczącej o mistrzostwo kraju i przegrywającej po 45 minutach dwiema bramkami jest z podopiecznych zadowolony. Według Murawskiego to sami zawodnicy motywowali się w przerwie, wiedzieli czego im potrzeba w drugiej połowie. Gdyby nie odrobili strat, nie pokazali choćby połowy potencjału oraz determinacji, wszyscy spisaliby ich na straty. Tymczasem wobec nijakiego remisu Legii w Chorzowie (0:0 z Ruchem), Piast jawi się jako zespół rosnący w siłę, mocny fizycznie oraz psychicznie.

Z bólu i irytacji piłkarzy Piasta wzięła się sportowa złość oraz powrót do tego, co dało im pozycję lidera po rundzie jesiennej. Remis w Poznaniu w tabeli ekstraklasy jest wart tyle, ile poprzedni mecz z Cracovią, lecz sam Radoslav Latal wie, że widział wersję drużyny, która wstrząsnęła ligą. Po grudniowym zwycięstwie z Lechem w Gliwicach (2:0) Murawski kipiał z radości, cały zespół w szatni był rozśpiewany, a tort szybko spałaszowano. Teraz na nagrodę nikt nie ma czasu, w Pozaniu każdemu z piłkarzy Piasta spieszyło się do autokaru. Czas powalczyć o kolejne nagrody, już nie słodkie, ale konkretne punkty.

Nie tylko Barcelona! Najsłynniejsze przegrane sezony [ZOBACZ]

Więcej o: