Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa w Sport.pl. Rozłożone ręce Lecha Poznań

Drugi raz z rzędu przy Bułgarskiej wygrywa zespół bardziej agresywny i z planem na mecz. I nie jest to Lech, który w piątek przegrał ze Śląskiem Wrocław 0:1. Zbliżała się już końcówka spotkania i po kolejnej stracie Lecha Śląsk znowu miał piłkę. Prowadził 1-0, więc błyskawicznie pod pole karne gospodarzy ruszyć nie chciał. Spokojnie rozgrywał akcję, przeniósł piłkę na lewą stronę, gdzie nagle wymienił trzy podania na jeden kontakt i lewy obrońca Dudu Paraiba wpadł w pole karne. Strzelił, bramki nie było, choć pewnie serce kibicom "Kolejorza" stanęło w przełyku. - Takiej akcji Lech nie zrobił przez ostatnie 180 minut - podsumował to wszystko siedzący obok mnie redaktor Damian Smyk.

Mowa o 180 minutach, bo wliczamy przecież mecz z Legią, gdzie Lech może nie został zmieciony z boiska, ale po prostu zderzył się z drużyną silniejszą, bardziej wytrzymałą. Słabsza kość pęka. Zdarza się i tak. Ale to, że Lech zagra podobnie z będącym w strefie spadkowej Śląskiem Wrocław, zdarzyć się już nie powinno.

Jeden z kluczowych piłkarzy dla wrocławian - Tomasz Hołota - po meczu mówił, że Śląsk zagrał tak, jak trenował przez ostatnie dwa tygodnie. Ćwiczył ustawienie w defensywie, a także szybkie przejście z obrony do ataku i odwrotnie. W piątek goście byli zdyscyplinowani, pewni siebie. A im dalej w mecz, tym bardziej karmili się niepewnością Lecha.

Gospodarze specjalnie tej niepewności (bliskiej paniki) nie ukrywali. W zasadzie cały mecz poznaniaków można skrócić do dwóch sytuacji. W obronie: samotny trucht Łukasza Trałki przez pół boiska, by założyć szczątkowy pressing na bramkarzu. Transmisja tego nie pokazuje (bo skupiła się na Abramowiczu), ale mniej więcej w połowie drogi kapitan Lecha rozejrzał się dookoła i machał rękami, by ktokolwiek do niego dołączył. Nikt tego nie zrobił.

Dlaczego to ważne? Można odwołać się do argumentów emocjonalnych - Lech to mistrz Polski i na własnym boisku powinien dominować. Jeśli nie pressingiem, to wielu innych opcji nie ma. Można też odwołać się do bardziej rzeczowych kwestii - Lech przegrywał, grał u siebie. Nie szło mu konstruowanie akcji od tyłu. Musiał poszukać innych sposobów na stworzenie sytuacji. Zepchnięcie Śląska pod własne pole karne może przynieść efekty, na pewno lepsze niż próbowanie wciąż tego samego.

Symbolem gry w ataku Lecha znowuż były rozłożone ręce: tym razem Macieja Wilusza, który w końcówce chciał wprowadzić piłkę do pomocy. Lech tak się wówczas ustawił w środku pola, że kilkanaście sekund później obrońca poznańskiego zespołu znowu mógł pokazać, że nie ma komu podać.

To o tyle istotne, że przecież na tym miała opierać się gra Lecha. "Kolejorz" miał spokojnie rozgrywać akcję, rozprowadzać rywala po całym boisku i kreować sytuacje. Kluczowe jest wtedy dobre wprowadzenie piłki w środek pola. To trudne - łatwiej się bronić niż atakować - ale taki jest pomysł Jana Urbana na zespół. Pomysł zupełnie inny niż jesienią, gdy przez rotację trzeba było uprościć grę i częściej grać z kontrataku.

Wiadomo było, że na tym patencie Lech długo nie pociągnie, że to tylko okres przejściowy, więc trzeba było poszukać czegoś nowego. Na początku wiosny - po meczu z Termaliką Bruk-Bet Nieciecza - wydawało się, że pomysłem Urbana będzie rotowanie systemami gry. Raz Lech ma grać atakiem pozycyjnym, innym razem skupić się na pressingu, czasem grać z kontry. No i ustawienie też miało się zmieniać - gra trójką środkowych obrońców miała być traktowana na równi ze standardowym dziś 4-2-3-1.

Na siedem tygodni przed końcem sezonu Lech wygląda jak zespół, który tak łączy te wszystkie pomysły na grę, że nie ma żadnego. Nie wie, czy podejść wyżej, czy schować się na własnej połowie. Jak zaatakować? Też nie wiadomo. Symbolem deficytu pomysłów Davida Moyesa na Manchester United był mecz z Fulham, gdy zespół z Old Trafford w pole karne rywali dośrodkowywał rekordowe 81 razy. Lech też dziś skupia się przede wszystkim na akcjach skrzydłami, zresztą mówił o tym po meczu Andrzej Juskowiak w studiu nc+: Śląsk był agresywny w środku, więc gospodarze musieli szukać akcji bokami.

A jeśli zespół broniący decyduje gdzie będzie piłka, to wtedy atakujący ma problem. Tak było z Legią, tak było też i w piątek.

Drugi raz z rzędu przy Bułgarskiej wygrywa zespół, który jest od Lecha bardziej agresywny. Ale to tylko jedna ze składowych recepty na zwycięstwo w Poznaniu - podobnie jak Legia, Śląsk miał pomysł na mistrza Polski. Wiedział, gdzie są jego słabości i potrafił to wykorzystać.

A czy Lech jest świadomy własnych ograniczeń? Po meczu najczęściej mówiło się o tym, jak krótka jest kadrowa kołdra. Kartki, kontuzje i nagle na ławce rezerwowych jest tylko czterech obrońców i bramkarz. A i przecież wtedy, kiedy Śląsk dwa tygodnie pocił się nad przesuwaniem w obronie, Lech trenował w bardzo okrojonym składzie.

To nie jest wina Jana Urbana, że tak wygląda w tym momencie jego zespół. Że jest w stanie permanentnego lizania ran. Że w środku pola musi wystawić Dariusza Dudkę (który zastępował dynamicznego Abdula Aziza Tetteha). Nie jest to też wina Dudki, że musiał wystąpić na tej pozycji. Najlepszy mecz w Lechu 33-latek zagrał we Florencji. Był środkowym obrońcą, a cały zespół bronił się we własnej szesnastce. Mógł lechita wykorzystać swoje atuty - doświadczenie, przewidywanie wydarzeń przed innymi, komunikacja. Gdy gra w środku pola, uwypluklają się jego wady. Przede wszystkim - szybkość.

To wszystko są istotne kwestie, ale ani "Kolejorz" pierwszy, ani ostatni, który się z tym zmaga. Słusznie więc Marcin Kamiński podkreśla, że gdyby Lech w piątek wygrał, nikt o wąskiej kadrze by nie mówił. Przyczyny tej sytuacji muszą więc być inne.

Mecz z Legią pokazał Lechowi, że "Kolejorz" musi poszukać swojej tożsamości. Ale już spotkanie ze Śląskiem udowodniło, że to kwestia nie miesięcy, ale tygodni lub nawet dni. Brak pomysłu na mecz ze Śląskiem budzi wątpliwości wobec wielu działań całego klubu i zapewne dlatego sponsor Lecha Mateusz Juroszek wzywa do zmian.

Zobacz wideo

Anty-Fitness.Sport.pl, czyli sukces z brzuszkiem jest w sporcie możliwy! [ZDJĘCIA]

Więcej o: