Ekstraklasa w Sport.pl. Pusto jak we Wrocławiu. Czy Śląsk jeszcze kogoś obchodzi?

Dramat Śląska Wrocław to nie tylko fatalna postawa w lidze i problemy ze strzeleniem gola. Coraz większym kłopotem jest stadion na 43 tys. ludzi, który klub nie potrafi zapełnić regularnie nawet w jednej czwartej. W samej ekstraklasie to wielki wstyd.

Gdy 17 listopada reprezentacja Polski wyjdzie na mecz z Czechami, kadrę Adama Nawałki wspierać będzie cały stadion, 43 tys. ludzi. Praktycznie w połowie na trybunach usiądą kibice z Dolnego Śląska. Kupili 21 tys. biletów, z czego około sześciu tysięcy to wrocławianie. Ustawione dookoła boiska LED-owe bandy reklamowe wyeksponują sponsorów kadry.

Jakże inaczej będzie to wyglądało kilkanaście dni później. Śląsk Wrocław podejmie Pogoń Szczecin. Jeśli na ten mecz przyjdzie 8,5 tys. ludzi, to średnia frekwencja na stadionie i tak się podniesie. Jeśli będzie ich o 4,5 tys. więcej, będzie to rekord Śląska w tym sezonie. Reklamy dookoła boiska? Tylko w dwóch, trzech widocznych dla telewidzów miejscach. A klub będzie szczęśliwy, jeśli ktokolwiek sypnie jakimkolwiek pieniądzem.

PZPN lubi wrocławski stadion. Przez ostatnie dwa lata, jeśli kadra gościła kogoś poza Warszawą, to albo w Gdańsku albo w stolicy Dolnego Śląska. Konkurencja jest niewielka - duży stadion ma jeszcze tylko Poznań. Kraków to ładne miasto, ale obiekt Wisły jest mniejszy o 10 tys. miejsc, nie jest też atrakcyjny wizualnie, a poza tym samo miasto jest owiane złą sławą. Lepiej grać we Wrocławiu, gdzie w regionie jest jeden wybijający się klub. Przyjdzie więcej ludzi, a wynajęcie obiektu jest też tańsze niż gdzie indziej. Dlatego zarówno przed meczem z Czechami, jak rok temu przed Szwajcarią bilety rozeszły się błyskawicznie. PZPN zarabia, kibice zadowoleni z kadry, miasto cieszy się z dobrze zorganizowanego wydarzenia - wszyscy szczęśliwi.

Jednocześnie tych samych argumentów można użyć przy wydarzeniach, z których nikt zadowolony nie jest - meczach Śląska Wrocław. Duży, nowoczesny stadion, spokojne miasto, ostatnio bez głośniejszych ekscesów kibicowskich. Do tego zespół, który w ostatnim czasie tylko jeden sezon tak naprawdę może uznać za nieudany, kiedy w 2014 roku zajął dziewiąte miejsce. Teraz też różowo nie jest, ale to nie wyniki są przyczyną spadającej frekwencji - w maju zespół Tadeusza Pawłowskiego kończył sezon na czwartym miejscu, ale liczba fanów rzadko przebijała 10 tys. Odkąd po wybudowaniu nowego obiektu w 2011 roku minęła euforia, liczba widzów we Wrocławiu wciąż spada. Obecna średnia wynosi mniej więcej tyle, ile pojemność dawnego, dziś wykorzystywanego jako baza treningowa stadionu Śląska - 8,3 tys. widzów.

Frekwencja na Śląsku Wrocław

 

Create line charts

Poprawa frekwencji to podstawowe zadanie niemal każdego klubu. I zadanie, które postawił sobie sam nowy prezes ekstraklasy - Dariusz Marzec. - Być może podwojenie frekwencji nie nastąpi za mojej kadencji, ale niech stanie się tak za cztery, pięć lat. Będę zadowolony, jeśli stadiony w najbliższych latach będą wypełniały się w 50-60 procentach - mówił w rozmowie z "Przeglądem Sportowym". Do tego wciąż daleka droga, a najdalej mają działacze z Wrocławia.

Klub starał się, ale przy niemal nieistniejącym budżecie na marketing niewiele może. Dlatego były darmowe wejściówki, zorganizowano sektor rodzinny, zrobiono akcję "Wszyscy za Śląskiem" w której znani wrocławianie zapraszali na mecze drużyny. Apelował trener Tadeusz Pawłowski, apelowali też piłkarze - ich głos wrocławianie czasem słyszeli w słuchawkach telefonów. Poza drobnymi wyskokami - nieskutecznie. Największym (jedynym?) magnesem dla fanów pozostają spotkania z Legią Warszawa, czasem Lechem Poznań. No i Zagłębiem Lubin, czyli derbowym rywalem.

Jeszcze bardziej ponuro wygląda zestawienie średniej frekwencji na meczach Śląska z liczbą dostępnych miejsc na stadionie. Spotkania wrocławian oglądać mogą 43 tys. ludzi. Ogląda ostatnio tylko jedna piąta z nich. Oczywiście nie każdy stadion ekstraklasy zapełnia się w stu procentach. Rzadko nawet udaje się to zrobić w połowie. Ale tak słabo jak we Wrocławiu nie jest jednak nigdzie. Stadion Śląska pozostaje najmniej chętnie odwiedzanym obiektem, który pamięta Euro 2012. Klub, by ograniczyć koszty wynajęcia ochrony, zamknął większość sektorów na jednej z trybun. 16 z 26 ostatnich meczów ligowych obejrzało mniej niż 10 tys. ludzi.

Procent zapełnienia stadionów ekstraklasy

 

Create column charts

Zwolennicy stricte biznesowego patrzenia na piłkę nożną widzą w kibicu klienta, który chce otrzymać dobry produkt, czyli dobry mecz własnej drużyny. Przede wszystkim - zwycięski, najlepiej po golach największej gwiazdy. Należy mu się po drodze kilka udogodnień, czyli np. lepszy dojazd na stadion, dobry catering, łatwość w zakupie biletu, może jakiś gadżet za lojalność. Wciąż najistotniejszy wydaje się wynik - im lepsze rezultaty, tym wyższa frekwencja. We Wrocławiu jest jednak inaczej - gdy wrocławianom w sezonie 13/14 zajrzało w oczy widmo spadku z ekstraklasy, frekwencja była niemal identyczna jak rok później, kiedy Śląsk skutecznie walczył o puchary.

Nie chodzi więc tylko o futbol. Można uznać, że każdy kupiony na mecz Śląska bilet jest głosem zaufania dla klubu. Im mniej sprzedanych wejściówek, tym to zaufanie jest mniejsze. Mówiąc krótko: frekwencja to barometr nie tylko wyników zespołu, ale przede wszystkim postawy całego klubu. We Wrocławiu trudno ufać tym, którzy Śląskiem zarządzają. Trudno tym bardziej, że wciąż nie wiadomo, co z klubem będzie dziać się za kilka miesięcy. Od stycznia dotacja miejska - 6,5 mln zł rocznie - zostanie historią. Alternatywy nie ma, bo nikt do wykładania pieniędzy na Śląsk się nie garnie. Zespół dołuje, trenerowi kończy się cierpliwość, wyczerpuje się zainteresowanie kibiców. W klubie, komentując kolejny frekwencyjny spadek, bezradnie rozkładają ręce: nie da się lub nikt nie wie, jak to zmienić.

Co najciekawsze, jednocześnie Śląsk wciąż stawia się wśród tych największych polskich klubów, jego ambicje sięgają bardzo wysoko. I choć nikt we Wrocławiu nie mówi o kraju, to przestrzeń między celami a przygotowaniem organizacyjnym do ich osiągnięcia wciąż się powiększa. Wrocławski klub stoi w coraz szerszym rozkroku między tym, jaki chciałby być, a tym, jaki jest naprawdę. Kibice to widzą i obawiają się, że niebawem Śląsk już nie będzie nawet stać. Na oczach garstki kibiców rozrzuconych po trybunach wielkiego molocha ten klub po prostu upadnie.

Gdyby koszulki NBA były strojami piłkarskimi [PROJEKTY]

Nowy Sport.pl wkrótce! [SPRAWDŹ]

Więcej o: