Ekstraklasa. Trzy wrzutki, czyli czego dowiedzieliśmy się po 24. kolejce

Za nami weekend, w którym dużo mówiło się o szczęściu. A szczęście to zjawisko niejednoznaczne. Podobno sprzyja lepszym, ale mówi się również, że zawsze ma je głupi. Komu wierzyć? Może tym, którzy twierdzą, że szczęście jest solą w oku innych. W tej kolejce sporo tej soli nasypali rywalom Cracovia, Jagiellonia i Zawisza. Jak to zrobili, dowiecie się z naszego podsumowania.

1. Szczęście obdarowanego

Forma Cracovii na wiosnę (podobnie jak na jesieni) pozostawia wiele do życzenia, ale - jak się miało okazać w piątek - nie zawsze wygrywa się dzięki dobrej formie. Można jeszcze trafić na rywala, który uwielbia rozdawać prezenty. Tydzień temu Piast wypuścił zwycięstwo w samej końcówce za sprawą samobója Piotra Brożka, w piątek od swojaka zaczął: piłka po uderzeniu Mateusza Wdowiaka nie zmierzała w światło bramki, ale już po dotknięciu przez Heberta zmieniła zdanie.

Brazylijskiego defensora pocieszał Rusov, który kilkadziesiąt minut później sam potrzebował pocieszenia po tym, jak wpuścił pod ramieniem niezbyt groźny strzał Rakelsa. Zaczyna się powtarzać historia z początków trenera Garcii w Piaście, kiedy również sprowadził do zespołu nowego golkipera (Cifuentesa), a ten przez pierwszych kilka spotkań reagował na piłkę tak, jakby dotykał garnka z gorącą wodą bez rękawicy kuchennej.

"Pasy" ostatecznie zwyciężyły 3:1, pierwszy raz w sezonie zdobywając tyle bramek, ale sporo o ich postawie mówi inna statystyka: strzałów celnych oddali przeciwko Piastowi tylko dwa. Zresztą, może nie ma się czego czepiać, skoro nawet Barcelona w meczu z Eibarem zanotowała raptem cztery. Czemu wspominam o katalończykach? Bo Rakels zapytany po spotkaniu o to, czy obejrzy w niedzielę mecz Legii z Wisłą, zażartował, że tylko jeśli akurat nie będzie Barca grała . Hiszpanie grali w sobotę, piłkarze Cracovii mogli więc w spokoju śledzić formę rywala przed derbami, do których dojdzie już w następny weekend.

2. Szczęście wkurzonego

Jesienią Mateusz Piątkowski tak się w zdobywaniu bramek rozpędził, że aż wiosną wylądował na ławce Jagiellonii. W sobotę pierwszy raz po przerwie zimowej zagrał od początku i zapewnił swojemu zespołowi zwycięstwo. Z powodu niedawnego urazu napastnik musi występować w specjalnej masce, co jednak nie przeszkodziło mu dwukrotnie idealnie przymierzyć: najpierw z 33 metrów, potem - już głową - z pola karnego w samo okienko bramki Prusaka.

O pierwsze z tych trafień zagadnął Piątkowskiego reporter, najwyraźniej nieobeznany z kinem przygodowym:

- Komu zadedykowałeś gola, bo wykonałeś jakiś gest?

 

- To był gest Zorro!

Jagiellonia awansowała na pozycję wicelidera, jej najlepszy snajper odzyskał prowadzenie w klasyfikacji strzelców. Ciekawe, czy odzyskał też spokój ducha - oby nie, bo zdenerwowanie najwyraźniej mu pomaga. Tak na gorąco komentował swój występ:

- Byłem głodny piłki, cieszę się, że tę złość wyładowałem.

A zatem ludowa mądrość potwierdzona również w futbolu: Polak głodny to zły.

3. Szczęście niechcianego (w Poznaniu)

- W takim meczu, jak się nie ma troszkę szczęścia, to ciężko wygrać - zaczął na konferencji trener Skorża. Na brakujące troszkę szczęścia narzekał również Dawid Kownacki, świętujący akurat swoje osiemnaste urodziny. Ale to było jedyne, co "Kolejorz" mógł tego dnia świętować.

W poprzednich czterech kolejkach Lech dał sobie strzelić tylko dwie bramki. Tym razem rozmontowywanie defensywy zaczęło się już przed spotkaniem, bo wiadomo było, że nie zagra Łukasz Trałka. Defensywny pomocnik zobaczył już w tym sezonie osiem żółtych kartek. Zastępujący go Arnaud Djoum chyba postanowił ścigać się z kolegą, a że dopiero co trafił do zespołu, musiał się spieszyć z nadrabianiem. I faktycznie - już po 25 minutach miał na koncie dwie kartki, niestety, przepisy uniemożliwiły mu powiększenie kolekcji.

Minutę przed tym, jak Djoum wyleciał z boiska, wskutek kontuzji musiał opuścić je Paulus Arajuuri, podstawowy ostatnio stoper Lecha. Goście grali więc w dziesiątkę, do tego z nowym środkowym obrońcą w postaci zaliczającego akurat słaby występ Tamasa Kadara. To kolejny z nowych nabytków poznaniaków i kolejny, który nie ma udanego początku. On i Barry Douglas jedynie przechadzali się w strefie pola karnego, z której Zawisza strzelił gola z rzutu rożnego. Był to 110. korner bydgoszczan w tym sezonie i pierwszy zamieniony na bramkę. Może to właśnie owe "troszkę szczęścia", jakiego zabrakło lechitom. A może wystarczyła lepsza koncentracja przy stałym fragmencie gry? Goście mają czego żałować, bo w osłabieniu przez ponad godzinę biegali za... no właśnie:

- Biegaliśmy za czterech. - mówił po spotkaniu Karol Linetty.

A trzeba było za jedenastu...

Happy end

Czy szczęśliwe zakończenie dla bydgoskiego klubu jest jeszcze możliwe? Po tym, co pokazuje na wiosnę Zawisza, wykluczyć tego nie można. Zespół Mariusza Rumaka trzy razy wygrał, dwa razy zremisował i w 2015 roku nie stracił jeszcze bramki. Jeśli Ruch nie zdoła w poniedziałek w Bełchatowie pokonać GKS-u, "Niebiescy" bodaj po raz pierwszy w tym sezonie będą musieli nerwowo oglądać się za siebie. Zawisza punktuje regularnie, a po tym, co pokazał w meczu z Lechem i co pokazuje od kilku tygodni w innych spotkaniach, byłbym za przyznaniem mu dzikiej karty do grupy mistrzowskiej.

źródło: Okazje.info

Więcej o: