T-Mobile Ekstraklasa. Mieszanka wysadziła Franciszka Smudę

Nie dobił do 500 meczów w ekstraklasie i nie awansował do europejskich pucharów, ale odchodzi z Wisły z podniesioną głową. - Po cichu marzyłem, by tu pracować, póki nogi mnie noszą. Ale nie takie rzeczy się przeżyło - mówi były selekcjoner.

Właściciel Wisły Bogusław Cupiał zatrudniał Smudę trzy razy: w 1998 i 2001 r., w okresie wielkiej prosperity, gdy krakowski klub dominował w Polsce i dobijał się do Ligi Mistrzów. Trzeci raz w 2013 r., w czasach kryzysu. Cupiał sparzył się na Holendrze Robercie Maaskancie, drużyny nie odbudowali byli piłkarze (Kazimierz Moskal i Tomasz Kulawik), więc ratunku szukał u Smudy. To miało być małżeństwo, które przywróci Wisłę na salony. Współpraca oparta na budowanym przez lata zaufaniu. Były selekcjoner o Cupiale nigdy nie powiedział złego słowa. Znajomość została jednak poddana ciężkiej próbie.

Smuda obejmował zespół porozbijany, w którym piłkarze upominali się o zaległe pensje. - Wisła była na granicy upadku i mogła skończyć jak Polonia Warszawa. Padła na kolana, a teraz stoi na jednej nodze. Prezes stara się zrobić co możliwe, by ocalić klub i stworzyć zespół eksportowy - mówił wówczas Smuda.

I snuł plany. Opowiadał o zaangażowaniu Cupiała i budowie mocnej drużyny. Dał sobie na to dwa lata, które miną w czerwcu. Poprzedni sezon Wisła skończyła na piątym miejscu. Teraz jest szósta, ale wiosną zdobyła tylko punkt w czterech meczach. Cupiał pozwolił zatem prezesowi Wisły pożegnać Smudę.

- To nerwowy ruch, działacze nie wytrzymali ciśnienia. Prześledzili historię drużyn prowadzonych przez Smudę na wiosnę, ale pobieżnie. Na początku zawsze miały problemy, ale potem łapały formę. To kwestia czasu. Już w tym lub następnym tygodniu piłkarze Wisły wyglądaliby lepiej - uważa Tomasz Łapiński, który grał u Smudy w Widzewie.

Szkoleniowiec na właściciela liczyć nie mógł. Cupiał może wyłożyłby miliony na transfery jak za dawnych lat, ale ostatnio w biznesie nie wiedzie mu się najlepiej. Dlatego klub zatrudniał zawodników tylko za darmo, często po przejściach, a problemy z pieniędzmi były tak wielkie, że Wisła przyszły sezon zacznie z punktem ujemnym (wyrok komisji licencyjnej). Smuda narzekał na brak wzmocnień, ostatnio wypalił, że "dostaje zawodników za pięć złotych". Po tych słowach w ciułającym każdy grosz klubie zapanowało większe oburzenie niż po ostatniej porażce z Zawiszą. Taka wypowiedź po klęsce u siebie z ostatnim zespołem ekstraklasy dała mieszkankę wybuchową, która wysadziła Smudę ze stanowiska.

- Spokojnie, nie ma ludzi niezastąpionych. Mieszkam w Krakowie i chcę, by Wisła jak najszybciej wróciła na fotel lidera. Ostatnio zawodziła skuteczność, ale wierzę w chłopaków, bo to fajna i zgrana paczka. Przyszedłem do klubu w trudnym momencie i nie pytałem o pensję czy premię. Bardzo chciałem pomóc i chyba nie mam się czego wstydzić - mówi Smuda.

Był najdłużej pracującym szkoleniowcem w ekstraklasie (dłuższy staż ma Kamil Kiereś, ale on prowadził Bełchatów jeszcze w pierwszej lidze). W czasie gdy Smuda odbudowywał Wisłę, większość polskich klubów zdążyła już trzy razy zmienić trenera. - No to policzyliście mi już, kiedy będą miał ten 500. mecz w ekstraklasie? - zagadywał Smuda dziennikarzy co najmniej raz w miesiącu.

Czy po zwolnieniu zmienił plany? - Będę oglądał mecze, może trochę odpocznę, czasem z psem wyskoczę na spacer. Ale przygody z piłką nie zamierzam kończyć - przecież to moje życie - mówi 67-letni Smuda.

Wisła trenera zmieniła przed niedzielnym meczem z Legią w Warszawie i derbami z Cracovią. - Kluczowe przy szukaniu trenera będą pieniądze. Wisły nie stać na drogiego szkoleniowca - usłyszeliśmy przy Reymonta. Kandydatem do zastąpienia Smudy był Jacek Zieliński, potem okazało się, że klub prowadzi rozmowy z Janem Urbanem. 53-letni trener niedawno wyleciał z drugoligowej Osasuny, pracował tam w klubie pogrążonym w finansowym kryzysie, sytuacja Wisły nie będzie więc może dla niego wielkim szokiem. - Wiecie więcej ode mnie. Nie prowadzę rozmów z Wisłą - powiedział nam Urban.

Więcej o: