Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

O trenerskich początkach w T-Mobile Ekstraklasie opowiada Tomasz Hajto: Niech mnie Smuda i inni nie uczą etyki

Tomasz Hajto i Piotr Świerczewski nie mają trenerskiego wykształcenia, ale w sumie 132 razy zagrali w reprezentacji, byli na mundialu, przez lata występowali w czołowych klubach we Francji i w Niemczech. Nieprzychylnie przyjęci przez środowisko chcą teraz doprowadzić do sukcesów Jagiellonię i ŁKS. - Podczas kursów miałem wiele wykładów na temat etyki i kultury, jaką powinien posługiwać się trener, a k... mnie bierze - i proszę to dokładnie zacytować - kiedy słyszę, że w profesjonalnym futbolu zawodnik ode mnie z klubu jest powoływany do reprezentacji w roli trenera - mówi Tomasz Hajto.

Są równieśnikami, obaj słynęli z twardej gry, poza boiskiem byli najbardziej wyrazistymi i najbardziej kontrowersyjnymi piłkarzami reprezentacji Polski Janusza Wójcika i Jerzego Engela. Świerczewski, który w pogrążonym w kryzysie i walczącym o utrzymanie ŁKS oficjalnie sprawuje funkcję menedżera, pracował już jako trener w pierwszoligowym Zniczu Pruszków. Dla Hajty to zupełny debiut, ale on jest w nieco innej sytuacji, bo Jagiellonia lepiej stoi finansowo i piłkarsko. Obaj identycznie zaczęli swoją pracę - od porażek 0:2 i remisów 0:0, obaj przez długie tygodnie targowali się z działaczami PZPN o trenerską licencję. Warunkowo uzyskał ją tylko ten drugi.

Przemysław Iwańczyk: Ciężki to chleb ta ligowa trenerka?

Tomasz Hajto: Wszyscy panikują, a my razem ze "Świrem" [Piotrem Świerczewskim] podchodzimy do tego normalnie, bez żadnego napinania. Pełna koncentracja, zaangażowanie, identyfikacja z klubem - to wymagania wobec mnie i piłkarzy. Przy takim podejściu i dystansie do sprawy nie widzę powodów do stresu.

Jak piłkarze zareagowali na pana wejście do klubu?

- Trzeba ich pytać. Staram się być normalny wobec nich, bo sam grałem w piłkę. Chcę czuć się przez nich doceniony i ich doceniać. Nie ma już jak kiedyś monologu, jest dialog między trenerem a piłkarzami. Jeśli nie masz kompleksów, masz pewność siebie, na poziomie partnerstwa dotrzesz do każdego. Oczywiście na każdej wojnie, bo trenerka trochę takim zawodem jest, muszą być trupy, ale wcale nie muszą słać się gęsto.

Z pana charakterem należało raczej spodziewać się rządów autokratycznych, a pan tu zaczął od polityki dialogu.

- Dużo ludzi mówi na mój temat różne rzeczy, najczęściej ci, którzy mnie nie znają. Moi bliscy wiedzą, jaki mam charakter, podejście do pracy, że jestem uczuciowym facetem. A innych bardziej interesuje to, co przechodziłem w życiu prywatnym, niż jakim byłem piłkarzem. Twarda dyscyplina u mnie jest, ale tylko na treningu.

Był pan obrońcą, a pana Jagiellonia, zamiast dbać tylko o tyły, gra bardzo ofensywnie. Skąd ten pomysł?

- Pomysł można mieć dopiero wtedy, gdy zobaczy się, jaki jest zespół. Przyjechaliśmy z Darkiem Dźwigałą [asystentem], zobaczyliśmy, jak ofensywną mamy drużynę, i zaczęliśmy kombinować, jaki system jej narzucić. Nie odwrotnie. Chcieliśmy grać nawet trójką napastników, by nie eliminować takich zawodników jak Tomek Frankowski czy Grzegorz Rasiak. W meczu z Cracovią potrzeba była inna, więc zmieniliśmy taktykę, Tomek został w rezerwie. Wydaje mi się jednak, że kibice oglądali w sobotę taką Jagiellonię, jaką w ofensywie i my, trenerzy, chcielibyśmy widzieć. Co prawda w końcówce meczu Cracovia stworzyła kilka sytuacji w myśl zasady "na chaos" albo "laga i biegnij", ale to my mieliśmy mnóstwo bramkowych okazji, których nie udało się wykorzystać. Wystarczyło trafić raz i powiedziałbym, że wyglądało to bardzo dobrze.

Nie miał pan problemów, by posadzić Frankowskiego na ławce?

- Nie mam problemu, by posadzić na niej kogokolwiek. Jeśli jakiś trener wystraszyłby się takiej decyzji, to miałby problem. Jestem na początku drogi, ale chciałbym mieć wśród piłkarzy autorytet i dobierać ich według umiejętności i dyspozycji, a nie wieku.

Pana przełożeni są zadowoleni z tej zmiany stylu?

- Nie wiem, co powiedzą, bo zaczęło się od falstartu w Kielcach [0:2]. Nie widzę innego wyjścia, jak iść do przodu, opracować do perfekcji pewne schematy i po prostu grać w piłkę.

Kiedy będzie można powiedzieć, że odcisnął pan piętno na grze Jagiellonii?

- Wszystkie drużyny, które grają równo, budowane są miesiącami, nawet latami. Weźmy Ruch Waldka Fornalika. Kiedyś miał problemy, dziś ma dobre wyniki, trzyma poziom, jest poukładany i ma swój styl. To nie przychodzi po miesiącu czy trzech. Wierzę, że też będę długo w Jagiellonii, inaczej nie brałbym tej pracy. W tej rundzie możemy nie ugrać aż tak wiele, by bić się o czołówkę, bo wiele będzie takich meczów jak te z soboty, gdzie rywal unika gry kombinacyjnej, nie chce ryzykować. A i na to jesteśmy przygotowani.

Ma pan jeszcze żal do działaczy PZPN-u, którzy długo zwlekali z wydaniem panu zgody na pracę w Jagiellonii?

- Spełniłem wszystkie warunki, jakie mi podyktowano. Pewnie jako jeden z nielicznych, bo jak pamiętam, niewielu miało w ręku licencję UEFA Pro [najwyższej klasy], rozpoczynając pracę w ekstraklasie. Każdy praktycznie był w trakcie kursu, dlatego teraz oczekuję i wymagam, by w każdym przypadku działacze byli tak konsekwentni jak w moim. Mam nadzieję, że licencje będą wymagane wszędzie, także w reprezentacji. Nie tylko w stosunku do Tomka Hajty.

Podczas kursów miałem wiele wykładów na temat etyki i kultury, jaką powinien posługiwać się trener, a k... mnie bierze - i proszę to dokładnie zacytować - kiedy słyszę, że w profesjonalnym futbolu zawodnik ode mnie z klubu jest powoływany do reprezentacji w roli trenera. To patologia dziesiątego stopnia, Franciszkowi Smudzie powinno się zabrać trenerskie papiery, że zabiera mi Frankowskiego na cztery dni zgrupowania przed meczem z Portugalią. Zamiast pomóc mi na pierwszych schodach mojej pracy, zostaję pozbawiony czołowego napastnika. Tomka bardzo lubię, dobrze z nim żyję, ale pytam: kto wpadł na tak głupi pomysł?

Przecież Frankowski jeździ na kadrę od dawna, jeździł także za pana poprzedników.

- Nie interesuje mnie, kto był w Białymstoku przede mną i na co się zgadzał. Stwierdzam tylko, że to sytuacja, jaka nie ma precedensu w profesjonalnej piłce. Tego nie mógł u nas wymyślić nikt inny, tylko Smuda. Pytam więc jeszcze raz: po co robiono mi wykłady o etyce i kulturze?

Przecież Frankowskiego nie ciągają tam siłą. Jeździ, bo chce, bo to wynegocjował z klubem.

- Z całym szacunkiem nie interesuje mnie zdanie Tomka w tej sprawie. Wyobraźmy sobie, że Ra l González idzie do trenera w Schalke Huuba Stevensa i mówi mu: panie, ja tu zarabiam 5 mln euro, ale ustaliłem sobie, że wyjeżdżam, bo jestem trenerem napastników w reprezentacji Hiszpanii.

To uderza we mnie, w mój klub, całą naszą piłkę, obnaża polską piłkarską głupotę. Zastanawiam się, jak daleko ta głupota jeszcze zajdzie, do jakiej potęgi można ją wynieść. O jakim profesjonalizmie w swojej pracy, powołując się na ten niemiecki, mówi Smuda?

Naraża się pan tymi słowami?

- Komu?

Smudzie, PZPN-owi.

- A czym ja się mogę Smudzie narazić? Niech wywiąże się z tego dyskusja, bo obecny selekcjoner, kiedy pracował w klubach, nie chciał puszczać swoich piłkarzy w Lechu czy Wiśle na kadrę. Pamiętam swój debiut w reprezentacji w 1996 r., graliśmy w Bełchatowie z Cyprem. Smuda jako trener Widzewa pozwolił piłkarzom balować dwa dni dłużej po mistrzostwie Polski, zamiast oddać ich trenerowi Piechniczkowi.

Więc niech Smuda nie mówi mi nic o etyce, bo chyba etykę pomylił z epoką. Ktoś powie: to tylko cztery dni. Nie, to aż cztery dni. Tym bardziej że nikt z kadry nawet do mnie nie zadzwonił. Totalna amatorka. Gdzie jest powołanie dla Frankowskiego? Ma tam jechać jako trener? Tak szczerze, z całym szacunkiem dla Tomka, jakim on może być trenerem dla Roberta Lewandowskiego? Może Smudzie się nudzi wieczorami i potrzebuje towarzystwa mojego napastnika? Z nas się w Niemczech śmieją. Mnie do śmiechu nie jest. Albo Tomek jest napastnikiem Jagiellonii, albo trenerem w reprezentacji. Wierzę, że po tych słowach stanie za mną większość szkoleniowców polskiej ligi i zastanowią się, co by zrobili w moim przypadku.

Wygraj meczową koszulkę kadry Polski z autografami piłkarzy!

Więcej o: