Błysk Lewandowskiego. Reprezentacja przestaje przegrywać

Piłkarze Franciszka Smudy powoli przyzwyczajają nas, że nie przegrywają. Polska wygrała z Norwegią 1:0 i do sześciu wydłużyła passę meczów bez porażki.

W 19. minucie Robert Lewandowski zagrał, jak odpowiedzialny za zespół napastnik klasy światowej. Widział, że drużyna ma niesamowite problemy ze stworzeniem sobie okazji, przejął piłkę pod linią autową. Ogrywając dwóch rywali z Norwegii zbiegł jednocześnie do środka i z 25 m strzelił pięknego, zwycięskiego gola. Zdobywając dziesiątego gola w 30. występie w kadrze znowu został jej bohaterem. Jego dwa trafienia w listopadzie dały Polsce wygraną 3:1 z Wybrzeżem Kości Słoniowej.

Jesienią można było mieć wrażenie, że rywal nie potraktował potyczki jak meczu na mundialu. Goście z Afryki nie przywieźli do Poznania Drogby, Kalou i Kolo Toure. Nie zagrali na poziomie drużyny z drugiej dziesiątki rankingu FIFA, ale to nie było zmartwieniem Polaków. Zespół Smudy wygrał po ośmiu meczach i miesiącach bez smaku wygranej.

Ze strony Norwegów nie można było liczyć na takie ulgi, jakie zafundowali Polakom Afrykanie. Skandynawowie przywieźli do Faro możliwie najsilniejszy skład. Przyjechali z bagażem świetnych wyników w 2010 roku - wygrali wszystkie trzy mecze eliminacyjne - w tym 1:0 z Portugalią. W grach towarzyskich także nie kalkulowali - w debiucie Laurenta Blanca pokonali Francję w Paryżu, byli lepsi od Niemców.

Z Polakami zaczęli jednak tak, jakby wykpiwany przez Smudę ranking FIFA ważny był tylko dla statystyków. Jedenasta drużyna świata oddała piłkę 71. i to zespół Smudy musiał mozolnie konstruować atak pozycyjny. Szło jak po grudzie, bo rywale wyglądali jak zaprogramowane cyborgi. Po stracie piłki cofali się na swoją połowę i - przeszkadzając - tylko czekali na przeciwnika. Po odbiorze stoper Hangeland albo boczny obrońca Riise wybijali piłkę do dwumetrowego Carewa. I to on miał się martwić o zagrożenie pod bramką Szczęsnego. Jeśli taka jest taktyka na mecze eliminacyjne, to z Polską szlifowali ją do znudzenia. Biegać też im się za bardzo nie chciało. Woleli czekać na stałe fragmenty, bo piekielnie groźni byli nawet przy autach. Polacy mieli szczęście - rywale nie wykorzystali błędu Szczęsnego, który na początku meczu minął się z piłką. Później Hangeland minimalnie spudłował z pięciu metrów. Tych okazji było jak na lekarstwo, bo w ataku Norwegowie byli ślamazarni i niemrawi.

Do maksimum za to ograniczyli drużynie Smudy wszelkie możliwości ataku i manewrów z przodu. Zablokowali skrzydła - przed przerwą tylko Dudka dośrodkował w pole karne z lewej strony, ale tam nie było żadnego napastnika. Z prawej też była tylko jedna akcja zakończona niecelnym dośrodkowaniem - w 63. min piłkę kopnął Piszczek. A przecież duet Borussii Dortmund Piszczek - Błaszykowski ma być kołem zamachowym kadry podczas Euro 2012. W Faro Norwegowie wytrącili te atuty z ręki.

Przez ponad godzinę na boisku męczył się Jeleń, którego rywale zupełnie odcięli od prostopadłych podań. Napastnik Auxerre był niewidoczny - to nie był styl i rywal na jego atut główny czyli szybkość. Zawiodły też polskie stałe fragmenty - ani jedno dośrodkowanie Obraniaka nie dotarło do kolegi z zespołu.

Gdyby nie błysk Lewandowskiego w pierwszej połowie, Polacy by nie wygrali, bo już do końca nie oddali celnego strzału. W drugiej połowie Norwegowie ruszyli do przodu, grali dużo szybciej i już nie cofali się na swoją połowę. Ale Szczęsnemu zagrażał tylko najlepszy na boisku Bjoern Arne Riise z Romy, którego dwa celne, mocne strzały obronił 21-letni bramkarz. Gracz Arsenalu wystąpił po drugi w kadrze i - wobec kontuzji Fabiańskiego oraz Tytonia, wywalenia z drużyny Boruca oraz sytuacji Kuszczaka, który w ogóle nie gra w Manchesterze United - miał szansę rozpocząć marsz do gry podczas Euro. Popełnił jeden błąd, ale problemem były kopnięcia nogą poza pole karne. Inna sprawa, że Polacy nie mieli szans w górnych starciach z Norwegami - Hangeland mierzy 195 cm wzrostu.

Ale w drugiej połowie zespół Smudy bronił się dzielnie i mądrze. Nie było rozpaczliwego kopania piłki w aut, choć w swoim siedemnastym meczu selekcjoner po raz szesnasty wystawił innych obrońców. Oni nie popełnili błędów, wracający po 15 miesiącach Głowacki zagrał nerwowo, ale w kluczowych momentach miał wsparcie i asekurację od Glika. Dudka zagrał na lewej obronie bezpiecznie. Wreszcie nikt nie popełnił tak kompromitujących błędów, jakie zdarzały się jeszcze pół roku temu, kiedy Polska przegrywała 0:3 z Kamerunem i 0:6 z Hiszpanią.

Po tamtych lekcjach Smuda traktuje każdy mecz jak grę o punkty i zależy mu przede wszystkim na zwycięstwach. Dlatego z WKS pierwszej zmiany dokonał w 72. minucie, w środę - o dziesięć minut wcześniej. A powołany po piętnastu miesiącach Roger wszedł na boisku minutę przed końcem, choć wydawało się, że selekcjoner chce sprawdzić czy Brazylijczyk z polskim paszportem może być rozwiązaniem w drugiej linii. Na pewno się nie dowiedział, ale kadra w drugim kolejnym spotkaniu nie straciła gola. Wcześniej taki mecz zdarzył się jej w czerwcu w meczu z Serbią (0:0).

- To nie był tak efektowny mecz jak ten w Poznaniu, ale przy trybunach wypełnionych polskimi fanami inna jest zupełnie motywacja. Na pustym stadionie to nie to samo. Jestem zadowolony, bo kiedy nam się nie układało, udało się utrzymać zwycięstwo - powiedział w TVP Franciszek Smuda.

W marcu Polska zagra na Litwie i w Grecji.

Więcej o: