Grzegorz Lato dopiero piąty w hierarchii władzy w PZPN. "Oszukany i sprzedany"

- Karty w PZPN rozdają Rudolf Bugdoł, Zdzisław Kręcina, Antoni Piechniczek i Andrzej Placzyński. Prezes Grzegorz Lato jest dopiero piąty w hierarchii - mówi Gazecie Sport.pl Kazimierz Greń, dawny szef kampanii wyborczej prezesa PZPN Grzegorza Laty. Mówi o sobie, że został przez Latę "oszukany i sprzedany".

Jacek Sarzało: Był pan najlepszym kompanem Grzegorza Laty, dziś to pana największy wróg. Kto zna go lepiej niż pan?

Kazimierz Greń: Bardzo możliwe, że nikt.

Po co go pan wymyślił na prezesa PZPN?

- Przed kampanią wyborczą dwa lata temu najpierw rozmawiałem na temat ewentualnej prezesury z Tomaszem Jagodzińskim. Dopiero później dowiedziałem się, że będzie też kandydował Grzegorz Lato.

Co się stało, że zmienił pan konia?

- Lato był człowiekiem z wielkim nazwiskiem w futbolu, ze znaną twarzą, to nie ulega wątpliwości. On z Podkarpacia, ja też. Spotkałem się z kilkoma osobami i zadecydowaliśmy: "Startujemy z Grześkiem".

Coś mi nie gra. Przecież skoro go pan dobrze znał, powinien pan od razu wiedzieć, że na prezesa PZPN się nie nadaje.

- Myśli pan, że nie było wśród nas takich głosów? Że nie docierały do nas opinie mediów? Z naszych pięciu podkarpackich delegatów trzech natychmiast powiedziało, że się nie nadaje. Ale to jest człowiek piłki, on wyszedł z nas wszystkich, ma stuprocentową rozpoznawalność. W pokorupcyjnej rzeczywistości był odbierany jako ktoś nowy, spoza układów. Niestety, ale w wyborach nie chodzi o poparcie tego, kto się podoba, ale tego, kto może wygrać. Przyznaję, zaryzykowałem.

Nie było innych kandydatów?

- O Jagodzińskim już mówiłem. Był też Roman Kosecki, który jednak nie zdecydował się kandydować. W końcu przyjąłem ofertę Laty, by poprowadzić mu kampanię.

Kiedy pierwszy raz go pan spotkał?

- Na początku lat 90. mieliśmy w Rzeszowie drużynę oldbojów, coś na kształt lokalnych Orłów Górskiego. I zapraszaliśmy Grześka. Jeździło się po różnych meczach, bawiło na różnych imprezach. Jego wielkim przyjacielem jest Jasiu Domarski, który wciąż działa u mnie w podkarpackim ZPN. Bo ja Domarskiego nie wyrzucam z funkcji, tak jak Lato powyrzucał mnie z władz PZPN. I udaje, że mnie nie zna, ręki nie podaje.

Ale Lato nigdy nie był typem działacza. To widać na pierwszy rzut oka.

- Nie był i nie będzie. Ale uwierzył, że jest inaczej, i to jest tragiczne. On do dziś nie wie, gdzie jest siedziba podkarpackiego ZPN, od kiedy został prezesem, nigdy tu nie był. Z Mielca, gdzie wciąż mieszka, ma do nas przecież z 50 km. Nie pomógł podkarpackiej piłce, nie odwdzięczył się. Nie spowodował, że najbardziej poszkodowane w powodzi kluby dostały więcej niż przysługujące wszystkim 2400 zł. A taką Lechię Sędziszów po dach zalało, tam ze 2 mln na remont potrzeba. A i tak kluby pół roku czekały na te pieniądze.

Nie widział pan już w kampanii, jak kandydat na szefa polskiej piłki mówi, jak się zachowuje publicznie?

- No cóż, szybko się przekonałem, że na pewno należy unikać otwartych debat z innymi kandydatami. Udawało się niemal do końca, tuż przed wyborami była jedna z Bońkiem w TV, ale jakoś bez konsekwencji.

Wystąpienie na zjazd wyborczy trenowaliśmy w sali w Boguchwale pod Rzeszowem. Nawet mównicę postawiłem z tej samej strony, a Lato podchodził tak samo jak później w Sheratonie. Próbowaliśmy, próbowaliśmy, po czym zdecydowałem, że z dziesięciu minut przewidywanej prezentacji na zjeździe połowę zajmie film przypominający gole Grześka, bo to rzeczywiście potrafił robić. Przez resztę czasu jakoś wydukał z kartki program wyborczy. Poszło.

W kampanii też wiele razy zachował się jak słoń w składzie porcelany. Raz na spotkanie przyszedł w trampkach, a znów w jednym z okręgów wyskoczył z tekstem, że wysadzi całe struktury sędziowskie, w pył porozbija wszystkich arbitrów i obserwatorów itd. Tylko że nie wiedział, że szefem jest tam były sędzia i obserwator. Trzy głosy musieliśmy skreślić.

Lato nie załatwiał w kampanii głosów na własną rękę?

- Oczywiście, że załatwiał. I oczywiście, że podejmował różne zobowiązania. Bez nazwisk, ale wystarczy sprawdzić, jaka firma wykonuje teraz usługi na rzecz PZPN. Jednemu z działaczy z Podkarpacia wybór Laty przyniósł jednak skutki odwrotne. Do dziś procesuje się w sądzie cywilnym z prezesem o 50 tys. zł za niezapłacone rachunki z drukarni. Ten człowiek został oszukany.

Tak jak tysiące kibiców.

- Zgadza się. Wciąż pamiętam, jak w kampanii obiecywał, że pozmienia, powyrzuca. Krzyczał: "Nie będzie Engela, Kręciny, nie będzie Piechniczka, nie będzie nikogo. Ja i nowi ludzie".

Piechniczek jest wiceprezesem, Engel odpowiada za szkolenie z niemal 20-tysięczną pensją.

- Wiadomo było, że o głosy Śląska trzeba zabiegać. Ale ja z nimi rozmawiałem normalnie, przekonywałem ich argumentami. A później się dowiedziałem, że Lato obiecał Piechniczkowi i Rudolfowi Bugdołowi wiceprezesury. Zostałem nie tylko oszukany, ale i sprzedany. Już kilka dni po wyborach Kręcina w rewanżu za pozostawienie go na stołku sekretarza znalazł mu komfortowy apartament w Warszawie. A kiedy ja pytałem Latę przez telefon, co robimy, powtarzał: "Czekaj, wytrzymaj ciśnienie". A co ja jestem w łodzi podwodnej?

Normalna sprawa w polityce. Kiedy wygrywa kandydat, któremu kampanię organizuje żółtodziób z prowincji, stary układ z centrali najpierw żółtodzioba eliminuje, a później oplata nowego prezesa własnymi mackami. Za przeproszeniem, wyrąbali pana, jak chcieli.

- To prawda. Oceniam, że Lato jest dziś na piątym miejscu, jeśli chodzi o rządzenie PZPN. Alfabetycznie są przed nim Bugdoł, Kręcina, Piechniczek i Placzyński. To oni rozdają karty.

Lato jest typem gościa, który wykorzystuje do maksimum swoje otoczenie, po czym bez skrupułów znajduje nowych kumpli. Prosty przykład, 43 delegatów na niedawnym zjeździe sprawozdawczym ma płatne fuchy w związku. Myśli pan, że tacy zagłosują przeciw Lacie? A on znów pewnie zrobi jak przed rokiem, kiedy obiecał klubom po 40 tys. zł za poparcie w głosowaniu nad absolutorium i do dziś pieniędzy nie dał. A jak się będą domagać, to zostaną zastraszeni.

Jak to możliwe, że ktoś zupełnie spoza związku zna jego wszystkie tajemnice? Myślę o Andrzeju Placzyńskim.

- Akurat Placzyńskiego [szef polskiego oddziału Sportfive - światowego potentata w handlu prawami telewizyjnymi, marketingowego partnera PZPN] rozumiem o tyle, że to biznesmen i to nie jego wina, że kontrahent, z którym chce robić interesy, pozwala się zabierać na egzotyczne wycieczki do RPA. Ale od strony PZPN to skandal, że prezes największego związku w państwie osobiście jedzie na drugi koniec świata tylko po to, by, jak mówi, wybrać ośrodek dla reprezentacji. Od tego powinien mieć ludzi!

Zastanawiam się, jak wygląda zwykły dzień pracy Grzegorza Laty w PZPN.

- Ja też się zastanawiam, jak można pracować, jeśli częściej jest się w podróżach niż w miejscu zatrudnienia. Prezes ma naturę turysty, ale kiedy już jest na miejscu, od rana trwa ponoć ustalanie, o której tego dnia wychodzi.

Ale przecież zatrudnił młodych menedżerów.

- Fasada. Słyszał pan o ich osiągnięciach? W PZPN wciąż rządzi topowa władza. Jedyne, co się ekipie Laty udało, to wybielić PR. Od roku idealnie wyciszyli medialną wrzawę wokół związku. Tylko że kibice na stadionach wciąż krzyczą: "J ć, j ć PZPN". Wizerunku tak łatwo się nie zmieni. Ten PR kosztuje związek 1 mln 400 tys. rocznie, a kluby z najniższych klas nie mają na badania zawodników i paliwo.

A jak Lato zachowuje się na obradach zarządu?

- Zawsze tak samo. Wstaje i mówi: "Witam. Rudziu prowadź". I oddaje mikrofon Bugdołowi. Sam bierze telefon, zaczyna dzwonić, wysyła SMS-y. A kiedy zapytać go, jak pomóc klubikom, które mają mniejszy budżet, niż trzeba wydać na obowiązkowe badania zawodników, odpowiada jedynie: "Spotkałem się z ministrem".

Dużo pan wypił wódki z Grzegorzem Latą?

- Nigdy nie byliśmy aż tak blisko, by się z żonami w domach odwiedzać. Jednym z naszych wspólnych problemów jest to, że on pije, a ja nie. Wiadomo, że jest rozrywkowy, lubi się zabawić i zawsze najgłośniej śmieje się z własnych dowcipów. Tylko że on nie przechodzi ze stadium zabawy w stadium pracy.

Nikodem Dyzma, kiedy spadła mu z nieba posada, na którą nie zasługiwał, odliczał każdy kolejny miesiąc, byle tylko go nie wyrzucili do następnej wypłaty. Pensję miał gigantyczną jak teraz Lato.

- W przypadku Laty dołożyłbym jeszcze mieszkanie i złotą kartę bez limitu, wszystko z budżetu związku. Ale prezes jest też mściwy. Na przykład odgrywa się teraz na mnie za to, co piszę w swoim blogu. Właśnie dostałem czwarte wezwanie do Wydziału Dyscypliny. Znów mnie pewnie skażą na kilka tysięcy złotych grzywny. Białoruś mamy w PZPN i tyle.

Jednego pan Lacie nie odmówi. Poparcia rządu.

- To nie jest kwestia poparcia dla Laty, ale odpowiedzialności za Euro, które za półtora roku robimy. Lato ma niesamowite szczęście, bo politycy już wiedzą, że w konflikt z PZPN lepiej nie wchodzić. Było już kilku komisarzy i jak skończyli? A ten prezes jest dla rządu idealną marionetką przed finałami. I jeszcze jedno, paradoksalnie Lato najlepiej reprezentuje polski futbol za granicą. Bo nie zna języków i przynajmniej do nikogo się nie odzywa.

Za dwa lata wybory prezesa PZPN. Gdyby Grzegorz Lato przyszedł do pana i poprosił o prowadzenie kolejnej kampanii wyborczej

- Pogodziłem się z tym, że to był jednak zły wybór i że zrobiłem prezesa z najgorszego kandydata. Wiem też, że szabla, którą dostał ode mnie po wyborze, z dedykacją: "Masz Grzesiu i tnij, żeby w polskiej piłce było lepiej", już dawno zardzewiała. Ale więcej tego błędu nie popełnię. Wciąż tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego on do tej pory nie zmienił sobie w telefonie tej idiotycznej muzyczki z "Ojca chrzestnego", którą słychać, jak ktoś do niego zadzwoni.

Kazimierz Greń - sylwetka

48 lat. Prezes podkarpackiego ZPN. Były szef kampanii wyborczej Grzegorza Laty. Był w zarządzie PZPN, miał płatną funkcję doradcy prezesa ds. budowy nowej siedziby. Po kilku miesiącach skonfliktował się z Latą i odszedł z zarządu. Przed ostatnim zjazdem związku w listopadzie anulowano jego mandat wyborczy, ostatecznie nie został nawet wpuszczony jako gość na obrady.

Podyskutuj z autorem wywiadu - na jego blogu ?

Więcej o: