Aplikacja
Aplikacja Sport.pl LIVE
  POBIERZ

Lewandowskiego ziemia obiecana

W bieżącej dekadzie nadzieję, że polski napastnik oczaruje Europę, pokładałem w trzech nastolatkach. Zachwycił mnie w szczenięcym wieku Paweł Brożek, zachwycił mnie Dawid Janczyk, zachwycił Robert Lewandowski.

27-letni dziś Brożek najpierw sam nie pchał się za granicę, potem to zagranica się na niego wypięła i snajper Wisły z braku atrakcyjnych ofert zaczął bezsilnieć, aż sprzeciętniał. 23-letni dziś Janczyk uciekł z kraju przy pierwszej okazji, lecz nie podbił Wschodu ani Zachodu, ostatnio słyszeliśmy o jednym tylko jego dokonaniu - zdrowo przytył, dźwiga nadwagę, teraz odepchnięty przez świat ćwiczy w Legii.

Lewandowski skończył dopiero 22 lata, a już doskoczył wyżej od obu wymienionych. O niebo lub nawet dwa wyżej.

Obawiałem się o jego losy w Borussii Dortmund skażony nie tyle doświadczeniami Janczyka, ile tradycyjną gehenną polskich napastników, którzy ośmielili porwać się na czołowe ligi w Europie. Pamiętamy cierpienia Matusiaka w Palermo czy Rasiaka w Tottenhamie - obaj dusili się na boisku jak odcięci od tlenu, błąkali się w tęsknocie do piłki latającej im nad głowami, swoją bezradnością wzbudzali współczucie. Nie nadążali. Gra toczyła się poza nimi i jakby w innym wymiarze, nie byli w stanie nawet chwilę poudawać, że stanowią integralną część drużyny.

Lewandowski nadąża. Nie rozkochał w sobie Bundesligi od pierwszego kopnięcia, wraz z nim czujemy lekkie rozczarowanie, że jeszcze ani razu nie dochrapał się podstawowej jedenastki. Ale też zawsze, wyjąwszy jedną odosobnioną kolejkę, na boisko wbiegał. I zawsze z drużyną współpracuje. Jak nie zdobędzie bramki, to przynajmniej przyjmie piłkę, ochroni ją przed przeciwnikiem i odda koledze, zasłuży się przy budowaniu natarcia. To nie jest kolejny przygnębiający przypadek czempiona przedsezonowych sparingów, który - ostatnio wszedł w tę rolę Kamil Glik - wraz ze startem sezonu zostaje przesunięty na ławkę, potem wypchnięty na skraj ławki, aż ginie na trybunach.

Lewandowski, jeszcze przed dwoma laty z niewielkim okładem drugoligowiec, nadal rozwija się rewelacyjnie. W Borussii nie ozdabia debiutów w każdych rozgrywkach golami, do czego przyzwyczaił nas w Polsce - to zrozumiałe, podjął wyzwanie o zupełnie innej skali. Ale postępy czyni wyraźne, chyba nawet wyraźniejsze, niż nam się zdaje. W reprezentacji uzbierał w tym roku bramek sześć, w klubie zaczął od zdobywania bramek niemal bez znaczenia, w końcówkach rozstrzygniętych już meczów, w poprzedniej kolejce do bramki dołożył efektowne zagranie piętą, w sobotę wreszcie połączył przyjemne z pożytecznym, uderzając i ładnie, i arcyważnie - wyrównał, po chwili jego Borussia zadała Freiburgowi decydujący zwycięski cios. W dodatku wyrównał zaraz po wtruchtaniu na murawę!

Wydajnością popisuje się na razie imponującą, w Bundeslidze wbija gola co 56 minut. Mamy prawo triumfalnie krzyknąć, że nie tylko utrzymał snajperskie tempo ze Znicza Pruszków i Lecha Poznań, ale wręcz przyspieszył. Zwłaszcza na tle drepczących zazwyczaj, onieśmielonych obcymi stadionami rodaków gna po sukces na złamanie karku. Jaki współczesny ofensywny gracz z Polski osiągnął tyle między 19. a 22. rokiem życia?

Ja się mimo wszystko rozpędzać do utraty tchu nie zamierzam, ani myślę fantazjować publicznie o pierwszym w tym stuleciu naszym piłkarzu spoza bramki, którego nazwisko pozna cała Europa. Nie wiemy jeszcze, jak zniosą obciążenia zawodowego futbolu jego członki, jak on cały zniesie dzień, w którym rywale go docenią i poświęcą mu specjalną uwagę, jak wreszcie zniesie Lewandowski mecz, w którym zagra od początku i zostanie mianowany głównym snajperem drużyny. Na razie widzimy tylko, że dojrzewa szybciej niż jakikolwiek jego rodak od wielu, wielu sezonów. Jako 22-latek mknie po mistrzostwo Niemiec, został do Bundesligi wzięty w momencie jej gwałtownego awansu, zatrudnił go doskonale zarządzany klub z przyszłością, który jutro awansuje do Ligi Mistrzów, a pojutrze zechce być może oblegać ścisłą europejską czołówkę. Ziemia obiecana.

W tej opowieści nic nie zgrzyta, mamy i talent, i pracowitość, i zdrowy rozsądek, i idealne wybory transferowe, i kupę szczęścia. Dawno nie mieliśmy tylu powodów, by sądzić, że polskiemu futboliście układa się w zawodowym życiu niemal wszystko. Dawno w takim obłędnym tempie nie ubywało powodów, by we wspaniałą karierę polskiego futbolisty wątpić.

Podyskutuj o felietonie w blogu Rafała Steca