Polacy momentami grali świetnie. Po błędach - przegrali

Polska - Australia 1:2. Polacy momentami grali świetnie, ale nie wykorzystali karnego i po błędach obrony stracili dwa gole. Przegrali, choć przez ostatnie 20 minut rywale bronili się w dziesiątkę.

Przed wrześniowymi meczami Polacy mieli przerwać serię minut bez strzelonej bramki i wygrać pierwszy mecz od marca. Bramki zdobyli dwie, w żadnym sparingu nie zwyciężyli, ale w żadnym meczu tak często nie zbliżali się do futbolu marzeń trenera Franciszka Smudy. Szybkiego i efektownego, w którym nie ma miejsca na długie przetrzymywanie piłki, a gra w defensywie zaczyna się w momencie jej straty. Australijczycy wydawali się bezsilni, nie byli w stanie przejść linii środka. Ostatni raz równie bezradnie przemieszczali się po boisku w premierowym spotkaniu mundialu z Niemcami, zakończonym klęską 0:4.

Lewandowski: uderzyłem źle karnego, zdarza się Smudzie podobały się popisy drużyny Joachima Loewa,

chce zbudować zespół grający futbol równie ofensywny i przyjemny dla oka. Wtorkowy mecz pokazał również jak wiele mu brakuje.

Żaden piłkarz nie był w stanie kopać piłki według wzoru selekcjonera przez 90 minut. Najlepiej prezentująca się w sparingu z Ukrainą defensywa szybko zaczęła popełniać błędy. Na razie radzi sobie z leniwie powłóczącym nogami Andrijem Szewczenką, gdy naprzeciwko stoi szybki i waleczny Tim Cahill zaczyna się gubić.

We wtorek skapitulowała przy pierwszej okazji. Australijczycy brutalnie przerwali taniec Polaków, a gola strzelił Brett Holman. Drugiego, jeszcze przed przerwą dołożył z karnego Luke Wilkshire.

W obu tych sytuacjach obrońcy powinni zachować się lepiej. Przy obu zawinił lider defensywy Michał Żewłakow, przy pierwszej zawiódł też Sebastian Boenisch.

Lepszych od nich Smuda nie znalazł...

... i raczej nie znajdzie. Wciąż wydaje się, że jeśli ktoś ma w reprezentacji Polski powtarzać ruchy niemieckich bocznych obrońców Philipa Lahma i Jerome'a Boatenga to Boenisch i Łukasz Piszczek.

25-letni piłkarz Borussi był najlepszym z obrońców, świetnie współpracował z Błaszczykowskim, pomagał w tworzeniu ataków.

Znów - głównie na początku i momentami w drugiej połowie, bo przez resztę meczu musiał się skupić na przerywaniu akcji rywali. Nie mógł liczyć na mur stworzony przez pomocników w środku pola, bo tam dominowały podania niecelne lub głupie straty.

Smuda po każdej łapał się za głowę, w jego marzeniach reprezentacja jest przy piłce przez 70 procent czasu. Oczyma wyobraźni widzi skrzydłowych, których każde dośrodkowanie ląduje na stopie świetnie ustawionego napastnika.

Na razie musi się pogodzić,

że sunący po prawej stronie Błaszczykowski często zagrywa niecelnie, a odpowiedzialnemu za ataki drugą stroną Boenischowi udane podania zdarzają się jeszcze rzadziej. Asystował przy golu Lewandowskiego, ale większa w tym zasługa napastnika, bo podawał słabo.

Błaszczykowski: w drewnianym kościele cegła nam spadła na głowę

 

Wiele też Smuda może zarzucić napastnikom. Ireneusz Jeleń, po zmarnowaniu kilku szans bramkowych z Ukrainą, tym razem skupił się na odgrywaniu. Chyba więcej pożytku drużyna ma jednak, gdy próbuje strzelać. Lewandowski zdobył bramkę, ale nie wykorzystał karnego.

W ostatnich minutach, po czerwonej kartce dla Bretta Emertona, dodatkowo wróciły demony poprzednich meczów. Choć Polacy nie schodzili z płowy osłabionego rywala i raz za razem strzelali na bramkę, gola nie zdobyli.

Nad skutecznością i pomysłami na ataki Smuda ma jednak zacząć pracować dopiero w przyszłym roku. Do grudnia skupi się na selekcji. Jeśli ktoś we wtorek pokazał, że nie warto na niego stawiać, to 30-letni debiutant Dariusz Pietrasiak, wstawiony awaryjnie, po kontuzji Bandrowskiego. Reszta niemal na pewno znajdzie się w trzydziestce, która będzie pracować, by grę Niemców z mundialu powtarzać przez 90 minut. Choć wciąż trudno uwierzyć, że selekcjonerowi się uda, po meczu z Australią wiemy chociaż, że piłkarzy w biało-czerwonych koszulkach, chwilami na taką grę stać.

Więcej o: