Polacy za granicą. Wasilewski: Osiem miesięcy gehenny

Już nie pamiętam, kiedy trenowałem bez bólu, ale zamierzam nie cofać nogi i grać ostro jak zawsze. Najważniejsze, że wrócę na boisko. Kto wie, może jeszcze w maju? - opowiada 30-letni obrońca reprezentacji Polski i Anderlechtu

Wasilewski już trenuje z drużyną  ?

Niedziela, 30 sierpnia 2009 r. Mecz ze Standardem Liege. W 27. minucie Wasilewski zrobił wślizg, Axel Witsel z całym impetem spadł na prawą nogę Polaka. Kości piszczelowa i strzałkowa pękły z hukiem jak suche gałęzie. To było otwarte złamanie, dalsza kariera wątpliwa. Za chwilę minie osiem miesięcy od wypadku i jest niemal pewne, że polski piłkarz wróci do futbolu. Poprzedni selekcjoner reprezentacji Leo Beenhakker, mówił: "to mój Schwarzenegger". Koledzy z kadry nazywali Wasyla "waleczne serce". Dzień po kontuzji piłkarz wysłał mi SMS-a: "co cię nie zabije, to wzmocni".

Robert Błoński: Jak twoja noga?

Marcin Wasilewski: Średnio, ale na pewno lepiej niż w sierpniu (śmiech ). Powoli wracam na boisko. Może już w tym tygodniu będę mógł trenować z chłopakami, parę razy nawet delikatnie kopałem piłkę. Do pełnej sprawności jeszcze daleko, ale najgorsze chyba przetrwałem.

Czy wciąż myślisz o 30 sierpnia?

- Tego się nie da wyrzucić z głowy. Pamiętam, że mimo potwornego, nie do opisania bólu jeszcze na boisku, kiedy nastawiali mi nogę i czekaliśmy na karetkę, wystękałem do doktora "czy jeszcze kiedykolwiek zagram w piłkę"... Jedni się dziwią, ale dla mnie to normalne. Nie zapytałem, jak noga, tylko czy wrócę na boisko. Futbol to jedyna rzecz, którą potrafię robić dobrze, którą kocham i która daje chleb mojej rodzinie. Później przeżyłem dziesięć najgorszych chyba dni w życiu. Miałem cztery operacje, jedną ważniejszą od drugiej. Ważniejszą, bo decydującą o dalszym życiu i karierze. Towarzyszyły mi dwie rzeczy: taki ból, że początkowo nie można mnie było nawet przenieść z łóżka na łóżko, oraz niepewność. Za każdym razem, w drodze na salę operacyjną, myślałem, co będzie dalej.

Opowiedz o operacjach.

- A wiesz, że za bardzo nie wiem, co dokładnie robili lekarze? W pierwszej poskładali kość, włożyli w nogę stelaże, żeby wszystko jakoś się ułożyło. W następnej czyścili nogę. Urazu doznałem przecież na boisku, kość przebiła mi wszystko, łącznie ze skarpetą, która była ubrudzona wapnem z linii bocznej.

Ale najważniejsza była ostatnia, czwarta operacja, dziesiątego dnia po wypadku. Wszystko mi zszywali, wyciągnęli z nogi stelaże. I dopiero wówczas zaszyli rany. Wcześniej noga była otwarta, żeby nie wdało się jakieś zakażenie. Lekarze czuwali, czy wszystko się goi. 18 stycznia miałem piątą operację, a właściwie 90-minutowy zabieg. Lekarze wyciągnęli mi z nogi cztery mniejsze śruby, zostawili piątą, półmetrową, na całą długość piszczela. Na niej były umocowane te mniejsze. W międzyczasie miałem problemy z okostną, dostawałem zastrzyki. Od tamtej pory przechodzę rehabilitację. Długa śruba zostanie w nodze na stałe. Będę miał problemy na lotniskach, ale da się z tym żyć.

Czułeś wsparcie?

- Gdybym chciał wymienić wszystkich, wywiad skończyłby się na samych nazwiskach. Cierpiałem jak diabli, naprawdę mocno dostałem po dupie. Tak samo moja rodzina. Przez pierwsze trzy miesiące byłem nieznośny. Leżałem w domu i się męczyłem. Potem wstałem z łóżka, zaczęła się rehabilitacja, na cały dzień jechałem do klubu. Na początku żona wiele przeze mnie przeszła, ale miałem od Asi wielkie wsparcie. Dziękuję także kumplom z boiska i spoza niego oraz lekarzom. A także kibicom. Ci z Anderlechtu, nieważne, gdzie gra drużyna, zawsze w 27. minucie przerywają doping i przez 60 sekund krzyczą "Wasyl, Wasyl". Byłem parę razy na meczu i słyszałem - ciarki szły po plecach. Już chciałbym wybiec na boisko i im podziękować. Robię wszystko, żeby w ostatnim meczu ligowym, 8 maja, wyjść choćby na kilka minut. To byłaby nagroda za te miesiące gehenny oraz podziękowanie dla kibiców za wsparcie.

Lekarze?

- Jak tylko mnie poskładali w klinice w Antwerpii, powiedziałem im: "panowie, jestem twardy, ciężkiej roboty w ogóle się nie boję, ale proszę, zróbcie wszystko, żebym miał szansę, żeby było nad czym pracować". Spisali się wspaniale. A przecież z takimi operacjami nie mają na co dzień do czynienia. Ciężko jest też ułożyć program rehabilitacji, wszystko zależy od organizmu sportowca. Dziękuję im więc za to, że dali mi drugie piłkarskie życie.

Kibice nie zdają sobie sprawy, jak tytaniczną pracę trzeba wykonać, żeby po takim urazie wznowić grę w piłkę.

- Od pierwszej sekundy, jak tylko wstałem z łóżka, stawiałem przed sobą kolejne cele, krok po kroku, ale do przodu. Najpierw myślałem o powrocie do pełnej sprawności, bo miałem problemy z chodzeniem. Ciężką pracą wszystko osiągałem. Ale sporo czasu minie, zanim będzie jak było. Prawa noga wciąż jest chudsza, pełno na niej blizn.

Jak tylko zaczęła się rehabilitacja, ciężkie chwile przeżywali ze mną lekarze i ci, którzy stawiali mnie na nogi. Zdesperowany byłem strasznie, chciałem robić więcej, niż mogłem. musieli mnie hamować. Tłumaczyli mi wiele razy, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Mówili, że dzień wolny to też trening, ale ja im nie wierzyłem, tylko chciałem zasuwać. Wtedy noga się buntowała. Teraz już odpoczywam, jak Bóg przykazał, czyli w niedzielę. Ale ciężka praca trwa nadal, poświęcam rehabilitacji osiem-dziewięć godzin dziennie.

Co miesiąc jeżdżę też do kliniki w Antwerpii na konsultację z doktorem, który mnie operował. Robi rentgen nogi i decyduje, jak dalej ma przebiegać rehabilitacja.

Był moment, w którym powiedział: "jest źle"?

- Nie. Bez przerwy tylko powtarza, żebym się nie spieszył. Ale ja wiem swoje. Inaczej się pracuje i mobilizuje, kiedy ma się cel. A moim celem jest występ w ostatnim meczu ligowym.

Tym bardziej że odzyskaliście mistrzostwo Belgii.

- Feta jest dla mnie sprawą drugorzędną. Liczy się powrót na boisko. Koledzy zdominowali ligę, mamy prawie 20 punktów nad drugim zespołem. Zagrałem w pierwszych pięciu meczach, więc nie zdobyliśmy tytułu zupełnie bez mojego udziału (śmiech).

Kiedy wróciłeś na boisko?

- Na początku stycznia pojechałem z zespołem do hiszpańskiej La Mangi, żeby przepracować okres przygotowawczy. Spróbowałem biegać razem z nimi, ale nie dałem rady. Potem miałem zabieg i cztery tygodnie przerwy, żeby wszystko się zagoiło. Pod koniec lutego spróbowałem biegać, ale czucie w stopie wróciło tylko na 40 procent. Kłuje mnie, kiedy kopię piłkę. Najgorzej jest z tej strony, z której wyszła mi kość. Tam miałem uszkodzone niektóre nerwy. Kiedy przeniosłem się na boisko, mięśnie pracują inaczej i co chwila przytrafiają mi się mikrourazy. Inne mięśnie pracowały bowiem w siłowni, inne - kiedy biegam. Ostatnio trenowałem na plaży. Na piasku jest miękko i mniejszy nacisk na kość.

Ból będzie ze mną jeszcze długo. Już nie pamiętam, kiedy trenowałem bez bólu. Wiem, że tak być musi. Noga się odradza.

Najgorsza jest monotonia. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem w gorącej wodzie kąpany. Pocieszam się, że teraz praca będzie inna: z kolegami na boisku. Potem oni będą mieć miesiąc wakacji, ja najwyżej dziesięć dni. I wracam do rehabilitacji. Chcę rozpocząć przygotowania do sezonu z zespołem i zobaczę, co będzie.

Spotykałeś się z psychologiem?

- Nie czułem takiej potrzeby, wiedziałem, że sam muszę sobie radzić. Zobaczymy, co będzie po powrocie na boisko. Zamierzam nie cofać nogi. Grać ostro jak zawsze.

Axel Witsel?

- Nic nie powiem, ale czas nie zagoił ran. Po tym, co przeszedłem, nie da się zapomnieć.

Myślałeś o reprezentacji? Franciszka Smudę znasz z Lecha Poznań.

- Ciężki temat. Kadra to dla mnie coś więcej. Jej meczów nie da się odbębnić, trzeba zagrać z pełnym poświęceniem. Jak zacznę grać w Anderlechcie, porozmawiamy o kadrze.

Rozmawiał Robert Błoński

Raport o kontuzji Marcina Wasilewskiego ?

Więcej o: