Chłopcy do bicia. Polska piłka teatrem absurdu

Dariusz Wołowski
Piłkarze reprezentacji Polski są jak chłopcy do bicia, którzy nie mogą zadowolić niektórych swoich krytyków nawet wtedy, gdy wygrywają 6:0. Czy polska piłka nie jest teatrem absurdu? - pisze Dariusz Wołowski ze Sport.pl.
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl

Po poniedziałkowym meczu Szwecja – Polska (3:1) w Lidze Narodów natknąłem się na wypowiedź Tomasza Hajty. Wysłuchałem jej nie dlatego, żebym uważał go za błyskotliwego analityka, ale doskonale pamiętam spotkanie Szwecja – Polska sprzed 23 lat.

Zobacz wideo Musieliśmy się wstydzić za polską piłkę. I to w miejscu, które sprawiało nam ból

Lewandowski jest niepotrzebny?

11 czerwca 2003 roku w Sztokholmie Hajto wybiegł na boisko w podstawowej jedenastce reprezentacji w eliminacjach Euro 2004. Szwedzi bezlitośnie ograli wtedy Polaków 3:0. Byłem na trybunach, więc tym bardziej bezradność piłkarzy Pawła Janasa zapadła mi w pamięć. Przed meczem założyłem się zresztą o wynik z Maciejem Szczęsnym, kiedyś bramkarzem drużyny narodowej. I niestety ten zakład wygrałem.

Po 23 latach Hajto miał okazję odreagować na swoich następcach, choć akurat zgadzam się, że druga połowa poniedziałkowego meczu kadry Jana Urbana w Sztokholmie była fatalna.

Po spotkaniu Polska – Bośnia i Hercegowina przed tygodniem jeden z moich młodszych kolegów zauważył, że "z tej całej naszej piłkarskiej kadry ludzi obchodzi tylko Robert Lewandowski". Najlepiej oczywiście niesie się w Internecie krytyka 38-letniego kapitana. Toteż przed meczem z Rumunią Zbigniew Boniek powiedział, że te sześć bramek, które Robert zdobył za kadencji Urbana, strzeliłby każdy inny napastnik. Wniosek? Lewandowski nie jest już potrzebny drużynie narodowej.

Rzecz jasna nie odmawiam Hajcie, Bońkowi, czy komukolwiek innemu prawa do wygłaszania własnych opinii. W przestrzeni publicznej najlepiej niesie się krytyka. Jest moda na skandale, afery, one najlepiej się sprzedają. Toteż jeden z komentatorów piątkowego meczu Polska – Rumunia zręcznie pomija hat-tricka Lewandowskiego, tymczasem jego żółtą kartkę nazywa "sabotażem". Bo wyklucza go ona z rewanżu z Bośnią i Hercegowiną 5 października. Skandal, prawda?

Czytając komentarze po piątkowym meczu z Rumunami, mam wrażenie, że wynik 6:0 to bardziej wina gości niż zasługa gospodarzy.

Kolejny zbawca polskiej piłki

Krytyka Lewandowskiego zapewnia szeroki rozgłos, dlaczego z tego nie korzystać? Za chwilę kapitan skończy karierę w reprezentacji i co wtedy poczniemy? Aż strach pomyśleć.

Oczywiście pozostanie nam ulubiona zabawa Polaków pod hasłem "zmieniamy selekcjonera". Po poniedziałkowej porażce w Sztokholmie ze Szwecją media donosiły o tym, kto zastąpi Jana Urbana. Z grubsza wiadomo, że Jerzy Brzęczek, którego w styczniu 2021 r. zdymisjonował ówczesny prezes PZPN Zbigniew Boniek. Wyrzucił go z posady selekcjonera w przekonaniu, że nie wykorzystuje on ofensywnego potencjału Lewandowskiego, Piotra Zielińskiego i innych. Czy polska piłka nie jest teatrem absurdu? Teraz, po znakomitej pracy z reprezentacją młodzieżową, niechciany pięć lat temu Brzęczek jawi się znów jako zbawca.

Nie wierzę w zbawców, którzy w pojedynkę wprowadzą reprezentację Polski do europejskiej czołówki. To musi być robota zbiorowa. Zaczynając od gruntownych reform w szkoleniu, by w przyszłości Lewandowski, czy Zieliński nie byli w naszej piłce wyjątkami, które pojawiają się raz na 50 lat. Albo potraktujemy polski futbol poważnie, albo będziemy się bawić w przekrzykiwanie w internecie: zwykle po porażce i od święta po zwycięstwie.

Dziś polscy piłkarze są za słabi, by wygrywać ze Szwedami w Sztokholmie. Tak samo było 23 lata temu. I szefowie PZPN nie wyciągnęli z tego żadnych wniosków.

Dariusz Wołowski
Więcej o: