Jeśli w piątek Jan Urban grał o posadę, a piłkarze mieli pokazać, czy chcą jeszcze z obecnym selekcjonerem pracować, to nie mogli tego udowodnić w lepszy sposób. Reprezentacja Polski rozbiła Rumunię 6:0, ale posada Urbana nie stała się nagle dużo bezpieczniejsza. W poniedziałek w Zenicy z Bośniakami - bez zawieszonego Roberta Lewandowskiego - kadra będzie musiała udowodnić, że to nie był jednostkowy wyskok.
Najwięksi malkontenci mogliby kręcić nosem tylko na pierwszy kwadrans. Że w ofensywie niewiele zdziałaliśmy, a w defensywie - szczególnie po stałych fragmentach gry - znów było niebezpiecznie. Ale nie przesadzajmy. Jeśli w piątek Jan Urban rzeczywiście grał o posadę, to pokazał, jak takie spotkania powinny wyglądać. A piłkarze nie pozostawili wątpliwości, czy z obecnym selekcjonerem chcą dalej współpracować. W końcu nie mamy na co narzekać. Reprezentacja Polski - po pięciu spotkaniach bez wygranej - dała nam powody do uśmiechu.
Tak, decydująca była 22. minuta, rzut karny i czerwona kartka dla Radu Dragusina. Ale błąd Rumuna nie był przypadkowy. Wymusiło go kapitalne krzyżowe podanie Sebastiana Szymańskiego do Roberta Lewandowskiego. Tak, mimo to Polacy do przerwy nie zachwycili. Ale w drugiej połowie zagrali tak, jak powinni. To była reprezentacja Polski, jakiej oczekiwaliśmy.
Reprezentacja, która na drugą połowę wyszła z jednym nastawieniem: strzelić jak najwięcej goli. Nie taka, która chciała kalkulować i wygrać jak najniższym nakładem sił, mając na horyzoncie poniedziałkowe spotkanie z Bośniakami. To była drużyna, która chciała dominować, do końca walczyć o kolejne bramki, nie zostawić żadnych wątpliwości. Ostatnio tylko ją krytykowaliśmy, ale - na szczęście - w końcu jest też za co pochwalić. I nie umniejszajmy tej wygranej poziomem rywala czy czerwoną kartką. Na tę wygraną drużyna Urbana solidnie zapracowała.
To była całkowita dominacja, Rumuni nie mieli nic do powiedzenia. Dobrze - nareszcie! - wyglądała obrona, dowodzona przez Jana Bednarka i Jakuba Kiwiora. Na skrzydłach mnóstwo wiatru robili Nicola Zalewski i Przemysław Frankowski, a w środku pola rządzili Piotr Zieliński i odkrycie tego zgrupowania - Wiktor Nowak. Nietuzinkowymi podaniami popisywał się Szymański, trzy gole strzelił Lewandowski, a na boisko weszli też młodzi: Marcel Reguła i Oskar Pietuszewski. Czego chcieć więcej?
Potwierdzić kierunek w Zenicy
Po piątkowym spotkaniu Urban - przynajmniej na chwilę - może odetchnąć, a kibice się uśmiechnąć. Tak upartej, konsekwentnej w ofensywie i przede wszystkim skutecznej kadry dawno nie widzieliśmy. Ale entuzjazm po meczu z Rumunią nie może przesłonić całej perspektywy. A ta daleka jest od obrazu po tej imponującej wygranej.
Polakom wciąż daleko do pierwszego miejsca w grupie Ligi Narodów, wciąż nie wiadomo, czy będą w niej grali o awans, czy o utrzymanie. Kierunek mocno wyznaczy poniedziałkowy mecz z Bośniakami w Zenicy, którego Urban nie może przegrać. Nie może, bo cały piątkowy trud i entuzjazm szybko odejdą w zapomnienie.
Dlatego jedno spotkanie z Rumunią nie sprawiło, że posada Urbana stała się dużo bezpieczniejsza. Jeśli w poniedziałek przegramy z Bośniakami, czarne chmury znów zbiorą się nad głową selekcjonera, a kadra będzie krytykowana za słabiutkie wyniki w Lidze Narodów i wątpliwą przyszłość. Mecz w Zenicy - trochę niespodziewanie - zyskuje bardzo poważną rangę.
W poniedziałek chcemy zobaczyć podobną drużynę i otrzymać potwierdzenie, że spotkanie z Rumunią nie było przypadkiem. Chcemy wygranej i poziomu, na jaki nas stać. Oczywiście, rywal będzie trudniejszy, publiczność wrogo nastawiona, a drużyna Urbana będzie musiała sobie poradzić bez zawieszonego za kartki Lewandowskiego.
Ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Jeśli Urban i kadra chcą zamknąć usta krytykom, muszą to zrobić w dobrym stylu. Pierwszy krok ku temu postawili w piątek. Teraz czas na kolejny.