Krótką mamy pamięć. Nie pamiętamy, co rok temu było prawdziwą katastrofą, nie pamiętamy Helsinek, żenujących przepychanek z opaską kapitana. Teraz to już jest po prostu sport. A w sporcie nie zawsze się wygrywa - pisze po towarzyskich meczach reprezentacji Jacek Laskowski, komentator TVP Sport, w felietonie z cyklu "Sport w 4K".
Kiedy kończyłem komentować barażowy mecz ze Szwedami, było mi, jak nam wszystkim, po prostu żal. Żal, że akurat tak się to skończyło, że na ten mundial po raz pierwszy od lat Polska nie pojedzie. Ale było mi też żal czegoś innego. Wiedziałem, że właśnie w tym momencie sympatyczna aura wokół naszej kadry prysnęła jak bańka mydlana. Choć może nikt wtedy jeszcze o tym nie myślał, ja wiedziałem, co na początku czerwca nas czeka. Minęły dwa miesiące, nadeszły towarzyskie mecze rozgrywane w cieniu zbliżającego się mundialu, mecze, w których niczego zyskać się nie dało, można było w nich tylko stracić. Mecze, których nie wygrywając wyraźnie do zera reprezentacja Polski aktywuje w nas uśpiony na chwilę wirus - wirus furiozy.
"Grzmi!", "miażdży!", "miesza z błotem!", "nie zostawia suchej nitki!", "zrównał go z ziemią!" - to tylko część określeń z nagłówków w portalach. "Katastrofa, kompromitacja, kicha". No i oczywiście wszechobecna teza - "Jak to dobrze, że nie jedziemy na mistrzostwa, doszłoby tam do kompromitacji!" (Tej wnikliwej oceny akurat swoim kolegom i ekspertom zazdroszczę, w życiu bym na to nie wpadł).
Zaskoczyło mnie to wszystko? Ani trochę. Mogłem stworzyć takie tytuły w ciemno, wracając w Solnie ze stadionu do hotelu. Czasem przeraża mnie, jak bardzo to wszystko jest przewidywalne. Choć wtedy jeszcze nie wiadomo było, z kim w czerwcu zagramy, można było przewidzieć, że będą to przeciwnicy niegroźni, zmęczeni, grający drugim albo i trzecim składem, a jeśli nie finaliści mundialu, to na pewno oszczędzający się i będący myślami już gdzie indziej. Z takimi przegrać albo zremisować to już szczególny wstyd. No bo przecież Biało-Czerwoni będą w tym samym czasie w optymalnej dyspozycji, wypoczęci, z utęsknieniem czekający na nocne transmisje zza oceanu. No i naturalnie w takich meczach na błędy sędziów nie wolno się powoływać, to wstyd i nieprzyzwoitość!! Oczywiście, finalistom mistrzostw świata w rozgrywanych teraz meczach wolno remisować i przegrywać - w końcu zgrywają się, ćwiczą różne warianty, są zmęczeni długim sezonem itd.
"Na boisku powinno się palić!!" - wyczytałem w opinii jednego z byłych reprezentantów. Ooo, pomyślałem sobie, uwielbiam wracać do wielkich chwil polskiego futbolu. Pamięć już nie ta, więc z przyjemnością przypomnę sobie wspaniałe triumfy poprzednich reprezentacji i te płonące boiska, zwłaszcza w meczach towarzyskich. Niestety, zamiast tego wróciły wspomnienia z wielu meczów słabych i potwornie słabych, pohukiwanie na innych dzisiaj jest jednak zdecydowanie łatwiejsze i bardziej nośne.
Zobacz też: Tak wygląda tabela el. do MŚ kobiet po meczu Polska - Francja
Czy naprawdę byli reprezentanci posądzają tych obecnych o brak ambicji, o to, że wybiegając na boisko, nie chcą zagrać jak najlepiej i wygrać, choć sami wiele wyników wymazaliby chętnie ze swoich karier?
I czy my, dziennikarze, radośnie zbijający głośne "piony" z kadrowiczami przed meczami i po nich, naprawdę myślimy, że ci sympatyczni chłopcy, z którymi tak fajnie się gawędzi, akurat przez te 90 minut na boisku zamieniają się w leni i nieudaczników, którzy uparli się, żeby nam wszystkim robić na złość?
Krótką mamy pamięć. Nie pamiętamy, co rok temu było prawdziwą katastrofą, nie pamiętamy Helsinek, żenujących przepychanek z opaską kapitana, chowania się po meczu, okoliczności towarzyskiego meczu z Mołdawią. To była katastrofa, to była kompromitacja i od tego udało się odciąć i uciec. Teraz to już jest po prostu sport. A w sporcie nie zawsze się wygrywa.