Fatalny mecz Polaków. Ukraina pokazała nam, jak się gra w piłkę

Czy Jan Urban widzi problemy naszej kadry? Pewnie widzi. Czy umie je rozwiązać? Na razie na pewno nie. Gdyby potrafił, reprezentacja Polski nie straciłaby dwóch absurdalnie łatwych (z perspektywy rywali) goli. Stare demony nadal ucztują w naszej kadrze, która przegrała we Wrocławiu z Ukrainą 0:2. Jeśli ten mecz miał pokazać, braku której drużyny na mundialu świat może pożałować, to za nami na pewno nikt nie zapłacze.
Robert Lewandowski
PAP/Maciej Kulczyski

"Derby pokonanych przez Szwecję" - takim m.in. mianem można było określić dzisiejsze starcie Polski z Ukrainą. Zarówno nam, jak i naszym wschodnim sąsiadom Skandynawowie wbili po trzy gole (3:2 z Polską, 3:1 z Ukrainą), zamykając drogę na mundial. Przez co bezpośrednie starcie na Tarczyński Arenie Wrocław miało było wyłącznie towarzyskie. Co oczywiście nie oznaczało, że nie było powodu, by uważnie ten mecz obserwować. 

Zobacz wideo Kara za obrazę sędziego? Rostkowski: Jedna literka w słowie może wiele zmienić

Debiutantów na treningach sporo, ale w wyjściowym składzie już niekoniecznie

Jeśli chodzi o Polaków, Jan Urban zaczął już powoli sprawdzanie nowych twarzy w kadrze. Na majowo-czerwcowe zgrupowanie powołał pięciu absolutnych debiutantów. Przy czym, jak się okazało, meczu z Ukrainą w wyjściowym składzie nie zaczął żaden z nich. W porównaniu z finałem baraży ze Szwecją nasz selekcjoner zmienił bramkarza, bo do kadry po poważnej kontuzji kolana wrócił Marcin Bułka. Na środku obrony zamiast Jana Bednarka pojawił się Tomasz Kędziora. Pierwszą szansę od 1. minuty otrzymał Oskar Pietuszewski, natomiast wyeliminowanego przez uraz Matty'ego Casha na prawym skrzydle zastąpił Arkadiusz Pyrka. 

Ten mecz był też okazją do uczczenia pamięci zmarłego przed kilkoma tygodniami Jacka Magiery, asystenta Jana Urbana. Polacy zrobili to już przed spotkaniem, bo podczas rozgrzewki mieli na sobie koszulki z wizerunkiem trenera, dla którego stadion we Wrocławiu był wyjątkowy. To tu przez lata prowadził Śląsk Wrocław i zdobył z nim wicemistrzostwo Polski. Poza tym jeszcze przed hymnami pamięć Magiery została uczczona minutą braw od piłkarzy oraz publiczności. Bardzo licznej, bo choć był to jedynie mecz towarzyski, wrocławski stadion był w zdecydowanej większości zapełniony. 

Trudno trafić, gdy się nie strzela

Pierwsze minuty Polaków? Naprawdę świetne. Ukraińcy przez ponad 10 minut mieli kłopot, by w ogóle utrzymać się ciut dłużej przy piłce z uwagi na nasz pressing i precyzyjne, długie piłki. Problem był ze skonsumowaniem tej przewagi, bo Polakom brakowało spełnienia podstawowego warunku zdobycia gola, czyli oddania strzału.

W krótkim odstępie czasu kilka razy wydawało się, że Oskar Pietuszewski czy Piotr Zieliński mogli pokusić się o uderzenie, a mimo to niepotrzebnie jeszcze szukali dryblingu lub podania. Aż w końcu ostrzeżenie wysłali rywale. 

Pietuszewski nie błysnął skutecznością, a sędzia... dobrym wzrokiem

Oni to nawet trafili do bramki, a konkretnie Wiktor Cygankow w 17. minucie, gdy dobił cudownie obroniony przez Bułkę strzał Romana Jaremczuka. Na nasze szczęście był na spalonym, niemniej pierwszy niepokojący sygnał dotyczący naszej defensywy, tak niepewnej w barażach, się pojawił. Odpowiedzieć, tym razem zgodnie z przepisami, mógł trzy minuty później Oskar Pietuszewski. Nasz wielki talent najpierw wszystko zrobił dobrze - przyjął piłkę i uciekł obrońcy. Zabrakło wykończenia, bo przegrał sytuację sam na sam z Anatolijem Trubinem. To właśnie temu bramkarzowi strzelił wcześniej w tym roku najpiękniejszego gola w karierze, gdy w meczu Benfica - FC Porto wkręcił w murawę mistrza świata Nicolasa Otamendiego i huknął ile sił. Tamtej precyzji i mocy uderzenia tym razem zabrakło. 

Trybuny we Wrocławiu nie były przesadnie aktywne, bardziej reagując na to, co się aktualnie dzieje. Natomiast w kluczowej sytuacji milczało coś, co nie powinno - gwizdek sędziego. "Stempel" na nodze Tomasza Kędziory w polu karnym był oczywisty, powtórki nie pozostawiały wątpliwości. Niestety, sędzia Filip Glova tego nie zauważył. 

Ukraińskie "termity" pożarły polski płot. Bo murem nie godzi się tego nazwać

Roman Jaremczuk miał w 34. minucie tyle miejsca na 16. metrze po stracie Jakuba Piotrowskiego, że bez kłopotu uderzył na tyle mocno oraz precyzyjnie, że Bułka nie miał szans. Nie wykorzystaliśmy swoich dobrych minut. Rywale dostali od nas pomoc i skorzystali. A potem, przed przerwą, jeszcze raz. W 44. minucie weszli w nasze pole karne jak w masło. Nikt nawet nie próbował przeszkadzać Cygankowowi, który zbiegł z lewego skrzydła, dograł do Jarmołenki, a jego... też nikt nie pilnował, przez co z łatwością z bliska trafił na 2:0. 

Jan Urban na przedmeczowej konferencji prasowej mówił o konieczności pracy nad grą defensywną. W pierwszej połowie absolutnie nie było tego widać. Zamiast solidnego muru, był co najwyżej nadjedzony przez termity, drewniany płot. I nie można tu nawet mówić o winie samych stoperów, bo zwłaszcza drugi gol dla rywali był efektem kompletnej dezorganizacji w kryciu oraz złej reakcji na wydarzenia boiskowe. 

Zmian bez liku, gra bez efektu

Nasz selekcjoner w przerwie zareagował mocno. Przeprowadził aż pięć zmian, a mimo wyniku ściągnął największe ofensywne gwiazdy: Piotra Zielińskiego, Oskara Pietuszewskiego, Sebastiana Szymańskiego i przede wszystkim Roberta Lewandowskiego. Kapitan naszej kadry dotrzymał słowa i wyszedł przed meczem na boisko z walczącą z nowotworem Mają Mecan z fundacji Cancer Fighters, ale nie doczekał się 90. gola w kadrze. Na murawie zastąpił go debiutant Mateusz Żukowski, strzelec 17 goli w 2. Bundeslidze (on, a nie Karol Świderski, który grał ewidentnie za jego plecami). Środek obrony za to stracił Przemysława Wiśniewskiego, a zyskał innego nowicjusza, czyli Oskara Wójcika z Cracovii. Pojawił się również m.in. Bartosz Kapustka, którego sam fakt powołania wywołał wiele kontrowersji. 

Czy to odmieniło obraz gry? Może na chwilę nieco pobudziło nas w ofensywie, bo już po pierwszym golu dla rywali wyglądaliśmy jak z wyciągniętą wtyczką. Świderski mógł wykorzystać złe rozegranie Ukraińców w ich polu karnym, lecz gości znów ocalił Trubin. Jednak poza tą sytuacją, de facto sprezentowaną przez rywali, a nie wypracowaną przez Polaków, niewiele się zgadzało. O ile w pierwszej połowie można się było zżymać na brak skuteczności, bo jeszcze coś kreowaliśmy, tak po przerwie trudno było mówić o nieskuteczności. Nie było czego marnować. 

Publiczność wolała skandować nazwisko tego, który zszedł

Kolejne minuty mijały, a poprawy widać nie było. Symboliczne były dwa podania Bartosza Kapustki: jedno do nikogo za linię końcową, drugie też do nikogo, tylko tym razem za linię boczną. Kibice we Wrocławiu tak bardzo nie mieli się kim zachwycać na boisku, że woleli skandować nazwisko nieobecnego już wtedy na murawie Roberta Lewandowskiego. Przy czym dobrze, że chociaż to, bo obiektywnie należy ocenić, iż atmosfera na trybunach nie była lepsza niż ta, na którą często narzekamy na Narodowym.

Jeśli miał paść jakiś gol, to prędzej dla Ukrainy, ale skórę Polakom uratował Bułka. Naszym jedynym celnym strzałem pozostawał ten Świderskiego, po podaniu od przeciwnika. Niecelne podania, za mocne dośrodkowania, straty. Zmiennicy bez impulsu, chyba że negatywnego. Jeśli Jan Urban znów powie, że Kapustka go nie zawiódł i wypełnił zadania, naprawdę nie wiemy, jakie to zadania miały być. 

Stare demony nas pożarły. Urban ma o czym myśleć

Z przykrością należy stwierdzić, że w tym meczu nie zobaczyliśmy absolutnie żadnego progresu w grze Polaków. Ze Szwecją traciliśmy gole w sposób banalny. Tu było dokładnie tak samo. Jednak tam potrafiliśmy chociaż coś strzelić. We Wrocławiu nasza ofensywa usiadła na czteroliterowej części ciała po pierwszym golu dla rywali, a po zmianach w przerwie, zamiast wstać, zmieniła pozycję na leżącą. Spokój na lato już straciliśmy. W kolejnym meczu towarzyskim, z Nigerią, zagramy o to, by nie było totalnej paniki. 

Polska - Ukraina 0:2 (Jaremczuk 34', Jarmołenko 44')

Więcej o: