Sport.pl+

Jan Urban szczerze przed mundialem: Ta myśl wciąż nie daje mi spokoju

$Mecz eliminacji MS Polska - Holandia
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

- Wciąż czuję gorycz porażki w barażach ze Szwecją i na pewno nie uda mi się jej pozbyć teraz, gdy zaczyna się mundial. Powinniśmy na nim być. Złość minie mi pewnie dopiero jesienią, gdy rozpoczniemy rywalizację w Lidze Narodów - mówi Jan Urban, selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski.

Przeżył "piekło Monterrey" jako piłkarz, podczas meksykańskiego mundialu w 1986 roku. Marzył, by Robertowi Lewandowskiemu i innym obecnym reprezentantom kraju zaserwować to samo 40 lat później. Gdyby 31 marca prowadzona przez Jana Urbana drużyna narodowa wygrała mecz barażowy ze Szwecją w Solnie, 15 czerwca właśnie w meksykańskim Monterrey zmierzyłaby się z Tunezją. Porażka 2:3 przekreśliła jednak te nadzieje. Polskich piłkarzy nie ma na mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku.

"Ani słowa o obecnej sytuacji w kadrze" – tak się z Janem Urbanem umówiliśmy. Ten wywiad jest wspomnieniem selekcjonera o mistrzostwach sprzed 40 lat i opowieścią o tym, czego oczekuje po turnieju zaczynającym się 11 czerwca na Stadionie Azteków w Mexico City.

Dariusz Wołowski: Mundial sprzed 40 lat zapisał się w historii piłki jako turniej magiczny, podczas którego miliony ludzi podziwiały geniusz Diego Maradony. I nie tylko geniusz, zważywszy na bramkę zdobytą przez niego ręką w ćwierćfinale z Anglikami.

Jan Urban: Dla mnie tamte mistrzostwa były dużym rozczarowaniem, nie tylko ze względu na wynik sportowy. Owszem, zawiedliśmy kibiców, którzy na pewno oczekiwali więcej. Reprezentacja Polski zdobywała medale mistrzostw świata na turniejach w 1974 i 1982 r., była więc wtedy powszechnie szanowana. Ale gdy wspominam mój jedyny mundial, nie chodzi mi już o porażki z Anglią i Brazylią. Miałem 24 lata, jechałem na wielką imprezę i oczekiwałem czegoś niezwykłego. W telewizji oglądałem wielkie święto, tymczasem po przyjeździe na miejsce nie czułem nic z tych rzeczy. Na meczach grupowych w Monterrey atmosfera była nijaka. Jakby to nie była wielka impreza, ale jakieś towarzyskie granie. Niewielka liczba kibiców na trybunach, godziny meczów wczesnopopołudniowe, za to w Polsce transmisje w środku nocy. Z mojego punktu widzenia cała faza grupowa była więc raczej umiarkowaną frajdą [Polacy zremisowali 0:0 z Marokiem, pokonali 1:0 Portugalię i przegrali 0:3 z Anglią]. Nie tak to sobie wyobrażałem jako chłopak jadący na swój pierwszy mundial. Czuliśmy się odseparowani od atmosfery wielkiej imprezy.

Nie narzekam na warunki pobytu w Monterrey, czyli na ośrodek, bo był OK. Prawdziwą atmosferę walki o mistrzostwo świata poczuliśmy jednak dopiero w Guadalajarze, gdy pojechaliśmy na mecz 1/8 finału z Brazylią. Tam był pełny stadion, na ulicach miasta czuło się, że ludzie żyją mundialem. Boisko też było lepsze, trawa bardziej europejska, czyli biegało się po niej łatwiej, a nie jak po gąbce. Tyle że zaraz po meczu z Brazylią [Polska przegrała 0:4] pakowaliśmy walizki.

A jak było z tym osławionym „piekłem Monterrey", o którym tyle mówiono? Upał, wilgotność, trawa po kostki – Zbigniew Boniek twierdził, że warunki do gry były ekstremalnie trudne. 

– Organizm każdego z nas reagował inaczej. Ja nie miałem problemu z upałem. Owszem – trawa była taka jak na większości boisk w Ameryce Łacińskiej, czyli gęsta, podobna do gąbki. Nogi się w nią zapadały. Z pewnością wysoka temperatura i wilgotność mniej przeszkadzały Marokańczykom czy Portugalczykom, a bardziej Anglikom i nam, ale ja niechętnie szukam alibi. Uznajmy, że warunki dla wszystkich były takie same. Zresztą byliśmy na to przygotowani, bo pojechaliśmy do Monterrey na tyle wcześnie, żeby się zaaklimatyzować. Poza tym o naszym losie w tych mistrzostwach zdecydowała porażka z Anglią, a nie mecze z Marokiem czy Portugalią.

Zobacz wideo Załamany Piotr Zieliński po meczu ze Szwecją. Te słowa łamią serce

Słynny Pelé przed mistrzostwami mówił, że Polska to jego kandydat do medali, a może nawet do finału.

– O nie. To musiała być tylko wypowiedź kurtuazyjna. Aż tak mocni nie byliśmy. To była dobra drużyna, kilku piłkarzy, którzy cztery lata wcześniej w Hiszpanii sięgnęli po medal, kilku młodych, uznawanych za utalentowanych. Mieliśmy potencjał, ale mimo wszystko nie na najwyższe cele. Medaliści z Hiszpanii byli o cztery lata starsi, dla Władka Żmudy to był czwarty mundial, pojechał po to, by wyrównać rekord Niemca Uwe Seelera – 21 meczów w finałach mistrzostw świata. Myślę, że gdybyśmy wygrali z Marokiem w grupie i nie trafili w 1/8 finału na Brazylię, ale na rywala w naszym zasięgu, mogło być inaczej. Czy warto jednak wciąż to rozpamiętywać po 40 latach?

Plotkowano o rozłamie w waszej kadrze na grupę śląską i warszawską. Było wtedy w drużynie Antoniego Piechniczka kilku graczy Górnika Zabrze i kilku Legii Warszawa.

– Nieprawda. Nie było żadnych podziałów. Takie opinie pojawiły się po fakcie, bo trzeba było znaleźć argumenty, dlaczego nie wyszły nam te mistrzostwa. Przyczyna była inna. Nie chcę rozdrapywać starych ran, ale w meczach grupowych nie byliśmy w takiej formie fizycznej jak potem w spotkaniu z Brazylią. Od tego zaczęły się nasze problemy. Każda reprezentacja, nawet taka z topu, po osiągnięciu sukcesów miewa kryzysy. W Polsce ten kryzys się zaczynał. Musiało minąć potem aż 16 lat, żeby nasza kadra wróciła na mundial.

Powiedział pan, że nieszczęście zaczęło się od porażki z Anglikami w Monterrey 0:3. Jakie były jej przyczyny?

– Anglicy grali z nożem na gardle po porażce z Portugalią i remisie z Marokiem. Musieli nas pokonać, żeby przetrwać w turnieju. My natomiast mieliśmy komfort. Czuliśmy, że remis z Marokiem i zwycięstwo z Portugalią zapewniły nam już awans, choćby z trzeciej pozycji w grupie. No i Gary Lineker ukarał nas trzema golami za takie podejście. Determinacja Anglików okazała się decydująca, ale mieli też wtedy naprawdę mocną drużynę.

Porażka skazała nas na grę w 1/8 finału z Brazylią. Paradoksalnie zagraliśmy najlepszy mecz tych mistrzostw, choć wynik 0:4 temu przeczy. Mieliśmy okazje na objęcie prowadzenia, ale straciliśmy gola z karnego, a w drugiej połowie rywal był już zdecydowanie lepszy. Nie wiem, czy wyeliminowanie Brazylii było w naszym zasięgu.

Włodzimierz Smolarek, Zbigniew Boniek, Jan Urban, Dariusz Dziekanowski – z takim atakiem reprezentacja zakończyła mistrzostwa z zaledwie jednym zdobytym golem.

– Takie są fakty. Do tego można dodać utalentowanych piłkarzy, takich jak Ryszard Tarasiewicz, Jan Furtok, Darek Kubicki, czy trochę starszego od nas, czyli z pokolenia 1962, Jana Karasia. Mieliśmy dobrych piłkarzy, z pewnością mogło być lepiej. Nie widzę sensu tak po latach rozpamiętywać przeszłości, której już przecież nikt nie zmieni.

Po turnieju w Meksyku Boniek powiedział, że reprezentacja Polski nie zagra na mundialu przez następne 20 lat. Pomylił się niewiele. Awansowała na kolejne mistrzostwa świata dopiero w 2002 roku.

– W tamtych czasach eliminacje wielkich turniejów były znacznie trudniejsze niż dziś, bo w finałach grało mniej drużyn. Na Euro jechało siedem najlepszych zespołów z kontynentu [ósmy był gospodarz turnieju], więc my regularnie przegrywaliśmy kwalifikacje. Na mundial dostać się było łatwiej, ale i to się nie udawało. W Polsce czasy się zmieniały, reprezentanci mogli wyjeżdżać do zagranicznych klubów i grali tam ważne role. Często liderów. Selekcjonerzy stracili co prawda przywilej organizowania długich zgrupowań kadry, nie mieli zawodników na miejscu, ale za to my na co dzień rywalizowaliśmy z silnymi rywalami. Nie byliśmy już zamknięci w naszej lidze. Osiągaliśmy wyniki w klubach, długo graliśmy w reprezentacji, ale bez sukcesów.

W latach 1988-2000 reprezentacja Polski przegrała siedem kolejnych eliminacji wielkich imprez. W kraju zmieniał się wtedy system, upadł PRL, może to miało wpływ na porażki narodowej drużyny?

– Nie. To znów byłoby szukanie alibi. Jeśli kandydat do reprezentacji Polski grał w Bundeslidze i tam sobie świetnie radził, to co przeszkadzało mu wygrywać z reprezentacją? Kryzys tamtych lat dotykał wielu Polaków, ale akurat nie piłkarzy grających za granicą. Może nie byliśmy aż tak mocni, jak się wydawało, albo było nas za mało, żeby stworzyć reprezentację, która liczyłaby się w świecie.

Wróćmy do 1986 roku – mundial w Meksyku był turniejem Maradony. Tak jak ostatnie mistrzostwa w Katarze były popisem Leo Messiego. Którego z nich wyżej pan ceni?

– Myślę, że każda epoka ma swoich bohaterów, a każde pokolenie kibiców własnych idoli. Naszym był Maradona, bo Pelégo widzieliśmy tylko we fragmentach nagrań, a to nie to samo. Znam osiągnięcia Brazylijczyka, wiem, że był wielki, ale za mało go oglądałem na boisku. Są tacy, którzy za piłkarza wszech czasów uważają Johana Cruijffa. Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski należą do najlepszych egzekutorów. Ja miałem okazję rywalizować z Maradoną – w 1988 roku jako kapitan naszej reprezentacji w meczu towarzyskim z reprezentacją ligi włoskiej, której on był kapitanem. Diego zdobył gola i zaliczył asystę, zremisowaliśmy wtedy 2:2 na San Siro. Mam jeszcze gdzieś zdjęcie, gdy witam się z nim przed meczem. Potem grałem przeciw niemu w lidze hiszpańskiej. Był zawodnikiem unikalnym, widowiskowym, zjawiskowym, ale Messiemu też tego wszystkiego nie da się odmówić. Niech każdy sam zdecyduje, kto był numerem 1. Ja nie potrafię.

30 grudnia 1990 roku – czy to najsłodszy moment w pana karierze?

– O te trzy bramki w meczu Osasuny z Realem Madryt na Santiago Bernabéu pytano mnie już pewnie z tysiąc razy. Mnie to już nudzi, bo uważam, że jednak osiągnąłem w piłce znacznie więcej. Wyjechałem do Pampeluny jako 27-letni piłkarz i do tego momentu grałem zawsze w naszej lidze jako pomocnik. W Hiszpanii dostrzeżono we mnie napastnika. Było to dla mnie samego zaskoczeniem. Ale na tej zmienionej pozycji grałem na tyle dobrze, że w pewnym momencie zainteresował się mną Johan Cruijff, który był moim idolem. Prowadził wtedy Barcelonę, zbudował wielki Dream Team. Dla mnie to był duży komplement, że ktoś taki zwrócił na mnie uwagę. Oczywiście tamten hat trick na Santiago Bernabéu jest dla mnie rodzajem nagrody za wysiłek całej kariery, którą uważam za udaną. Pozostaje mi tylko wątpliwość, czy to Polacy się pomylili, ustawiając mnie w pomocy, czy Hiszpanie – przesuwając do ataku. Tego już się jednak nie dowiemy.

Kiedyś podczas święta San Fermines w Pampelunie rozmawiałem z kibicami Osasuny. Twierdzili, że umiejętnościami wyrastał pan ponad tamten zespół, który grał przecież wtedy w europejskich pucharach. Dlaczego nie przeniósł się pan do Barcelony?

– To były inne czasy. Przede mną w lidze hiszpańskiej nie grał żaden Polak, poza Jankiem Tomaszewskim, który przez rok bronił bramki Herculesa Alicante. Górnik otrzymał za mnie 750 tys. dolarów, do tego Osasuna sfinansowała mi zgrupowanie, to dla klubu z Pampeluny był spory wydatek. Wszyscy byli ciekawi, czy warto tyle za mnie płacić. Pojechałem do Hiszpanii w wieku 27 lat, a zanim wyrobiłem sobie markę, zacząłem zbliżać się do trzydziestki. Wtedy to był wiek, w którym piłkarz zaczynał już myśleć o emeryturze. Poza tym nie miałem agenta, który załatwiałby sprawy transferowe. W Barcelonie konkurencja była zresztą ogromna, bo wtedy w lidze hiszpańskiej mogło grać w każdej drużynie tylko po trzech obcokrajowców. Co nie znaczy, że byłem na Osasunę skazany. Szefowie tego klubu zauważyli mnie w 1988 roku, w zaciętych meczach Górnika Zabrze z Realem Madryt w 1/8 finału Pucharu Europy. W 1991 roku, już z zespołem z Pampeluny, wyeliminowaliśmy VfB Stuttgart z Pucharu UEFA. W rewanżu w Stuttgarcie, który wygraliśmy 3:2, zdobyłem dwa gole i miałem asystę. Dostałem wtedy propozycje transferu z kilku klubów Bundesligi. Moja rodzina czuła się jednak znakomicie w Hiszpanii, ja zresztą też, więc nie chcieliśmy się przeprowadzać. Do dziś w Pampelunie uważają, że byłem jednym z najlepszych piłkarzy, jaki grał w Osasunie.

Czy Antoni Piechniczek był tym trenerem, który mocno wpłynął na pana karierę?

– Piechniczek był trenerem o dużej wiedzy, doświadczeniu, bardzo dobrze przygotowanym do zawodu. Umiał rozmawiać z zawodnikami i nimi zarządzać. To nie przypadek, że jako jedyny do dziś prowadził Polskę dwa razy w finałach mistrzostw świata. Pracowałem z nim w kadrze, a potem również na co dzień w Górniku Zabrze. W reprezentacji zadebiutowałem jednak jako piłkarz Zagłębia Sosnowiec, w wieku 23 lat. Wtedy miałem pierwszy kontakt z Piechniczkiem. Dał nam ostro w kość podczas przygotowań przed mundialem w Meksyku. Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym powiedział, że Piechniczek miał na moją karierę jakiś wyjątkowy wpływ, bo miałem co najmniej kilku trenerów, o których można tak powiedzieć.

Pamięta pan z boiska Luisa de la Fuente, obecnego selekcjonera Hiszpanów. Jest o rok starszy od pana. Gdy grał pan w Osasunie, on występował jako lewy obrońca w Sevilli.

– Nie pamiętam.

Rozumiem, że z Hiszpanią czuje się pan na tyle związany, żeby kibicować jej podczas mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku. Aktualni mistrzowie Europy jadą tam po złoto.

– Oczywiście Hiszpania jest mi wyjątkowo bliska, ale faworytów mundialu jest więcej. Konkurencja będzie ogromna. Lubię styl gry zespołów La Liga i reprezentacji Hiszpanii, oparty na kreatywności, technice i zaawansowanej taktyce. Gra Hiszpanów sprawia frajdę piłkarzom i kibicom, w dodatku pozwala sięgać po najwyższe cele. Patrzeć na nich to niekłamana przyjemność. Oczywiście rozumiem, że każdy styl ma swoich przeciwników i wielbicieli, więc to w jakimś stopniu kwestia gustu. Opinię, że po angielskiej najlepszą ligą w Europie jest hiszpańska, da się jednak obronić.

Gdyby miał pan wymienić swoich faworytów mundialu…

– Nie będę oryginalny. Mocni będą ci, co zawsze. Oczywiście Argentyna i Brazylia – dwie potęgi z Ameryki Płd. Poza tym moim cichym faworytem jest Maroko. W Katarze zostało pierwszą drużyną z Afryki, która dotarła do strefy medalowej. Juniorskie reprezentacje tego kraju spisują się znakomicie, więc dobrze pracują tam z młodzieżą. Ciekaw jestem bardzo, jak wypadną Marokańczycy w tych mistrzostwach, gdzie w wielu miejscach będzie trzeba znosić upał, a oni nie powinni mieć z tym problemów. Oczywiście wśród faworytów są drużyny z Europy, która piłkarsko wciąż jest zdecydowanie najsilniejszym kontynentem. Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Anglicy, Holendrzy, Belgowie, Chorwaci. No i, chciałoby się powiedzieć, Włosi, ale nie będzie ich na trzecich kolejnych mistrzostwach. Dlaczego, to chyba największa tajemnica mundialu. Za to w USA, Meksyku i Kanadzie zobaczymy Norwegię z Erlingiem Haalandem. Jeśli będą grali tak jak w eliminacjach, gdy rozbili Włochów, to i oni mogą zajść wysoko.

Atutem Hiszpanów jest najbardziej kreatywna linia pomocy?

– Z pewnością technika i gra kombinacyjna to mocne strony aktualnych mistrzów Europy. W tym aspekcie mają przewagę nad Anglikami czy Niemcami, natomiast ustępują im pod względem fizycznym. Nie chodzi mi o to, że piłkarze Luisa de la Fuente mniej lub wolniej biegają, ale w walce wręcz ustępują najsilniejszym. Siła mięśni Anglików, Niemców czy Francuzów jest większa, natomiast Hiszpanie używają innych narzędzi, żeby z nimi rywalizować. Swoją fantazją, ruchliwością potrafią rozmontować nawet najlepszą defensywę przeciwnika. Problem może polegać na tym, że nie wiemy, w jakim stanie fizycznym kluczowi piłkarze będą podczas mundialu. Młodzi hiszpańscy skrzydłowi, Lamine Yamal i Nico Williams, mogą w ogóle nie zagrać w fazie grupowej. Każda drużyna będzie miała swoje problemy, wygra ten, kto sobie z nimi najlepiej poradzi. Dlatego najlepsi zabiorą na mundial 26 graczy będących na podobnym poziomie. Po ciężkich sezonach w ligach żaden selekcjoner nie będzie pewnie grał tą samą jedenastką przez całe mistrzostwa.

Mówił pan o Maroku i Norwegii jako potencjalnych rewelacjach tych mistrzostw. Ktoś jeszcze?

– Bardzo ciekawi mnie, co Mauricio Pochettino udało się zrobić z kadrą USA. To znakomity trener, a jako gospodarze Amerykanie będą mieli atut swoich stadionów i kibiców. Z ciekawością będę śledził ich mecze.

Wymienił pan Brazylię wśród faworytów, choć od lat przeżywa kryzys. Wciąż wychowuje wielu bardzo dobrych piłkarzy, ale już nie tak wybitnych jak Pelé, Garrincha, Romario, Ronaldo czy Ronaldinho. Dlatego od 24 lat czeka na szósty tytuł mistrza świata.

– Do wymienionych dodałbym Zico. Tak jak już mówiłem: nie ma kraju, w którym nie zdarzałyby się kryzysy, lata chude. Dotyczy to także Brazylii i innych potęg. Ważne, by wykorzystywać lepsze momenty, a Brazylijczycy zrobili to pięć razy. Teraz mają słabszy okres, ale im dłużej czekają na szósty tytuł, tym są go bliżej. Spójrzmy na Włochów, to przecież czterokrotni mistrzowie – co oni mają dziś powiedzieć?

Mimo wszystko podtrzymuję swoje zdanie, że Brazylia będzie należała do faworytów mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku. Wciąż ma bardzo duży potencjał. Może obecni piłkarze brazylijscy to nie są artyści, ale co najmniej rzemieślnicy najwyżej klasy. Z takimi można iść na mistrzostwach nawet po złoto. Widocznie w ostatnich latach nie było trenera, który by potrafił wydobyć z nich to, co najlepsze.

Kandydaci na gwiazdy mistrzostw to Kylian Mbappé, Yamal, Nico Williams, Ousmane Dembélé, Michael Olise… A może jeszcze raz Messi?

– Same znane nazwiska. Ja bym do nich dodał Harry’ego Kane’a, który może być nie tylko królem strzelców turnieju, ale też jego wielką indywidualnością. To piłkarz uniwersalny. Poza skutecznością daje drużynie bardzo dużo w grze kombinacyjnej i w defensywie, w wysokim pressingu. Zawodnik kompletny. Rzadko się zdarza, żeby taki gwiazdor był na boisku aż tak pracowity. Konkurencją dla Kane’a w rywalizacji o tytuł króla strzelców powinien być Erling Haaland, ale to będzie zależało od tego, czy Norwegia potwierdzi formę z eliminacji.

Jeden z reżyserów filmowych mówił kiedyś, że gdy idzie do kina, ogląda filmy przez pryzmat swojego zawodu. Ale te najwybitniejsze dzieła sprawiają, że zmienia się w widza. Czy pan pozawala sobie czasem oglądać mecze jako kibic, czy odruchowo rozbiera je pan na czynniki pierwsze okiem trenera?

– To zależy od sytuacji. Jeśli jadę na mecz jako selekcjoner, oglądać kandydata do kadry, skupiam się na analizie gry tego jednego piłkarza, więc samo spotkanie jest tylko w tle. Meczów jest jednak tak dużo, że pozwalam sobie też na kibicowanie. Od czasu do czasu zdarza się taka uczta jak finał ostatniego mundialu Argentyna – Francja [3:3, Argentyna wygrała w karnych]. W tamtym meczu było wszystko: znakomita organizacja gry, klasa, dramaty, bohaterowie, zwroty akcji i umiejętności graczy na kosmicznym poziomie. Tamten mecz mógł zadowolić nawet laików, którzy nie śledzą piłki na co dzień. Taką samą ekscytację czułem niedawno, oglądając spotkanie w półfinale Ligi Mistrzów PSG – Bayern Monachium [5:4]. To też było dzieło sztuki, które zapadło w pamięć na lata. Wydaje mi się, że takich spotkań jest jednak coraz mniej, co zmusza do refleksji nad przyszłością piłki.

Ma pan o nią obawy?

– Zastanawiam się, czy w przyszłości nasza dyscyplina będzie wciąż potrafiła przyciągać miliony fanów na świecie. Młode pokolenie już ma problem, by skupić uwagę na grze przez 90 minut. Oczywiście, futbol to biznes, a najwięcej zarabiają ci, którzy wygrywają i zdobywają trofea. Nieważne, w jaki sposób i jakim kosztem. To czasem zabija atrakcyjność widowiska. A przecież piłka to także rozrywka i musi być pasjonująca dla widza. Nie jestem pewien, czy w przyszłości wciąż tak będzie. Ogromne pieniądze przyspieszyły rozwój futbolu, weszły do niego nowe technologie. To wszystko jest normalne, a jednak niesie ze sobą zagrożenia. Chęć zwyciężania sprawia, że organizacja gry staje się ważniejsza niż indywidualne możliwości piłkarzy. Defensywa bierze górę nad atakiem, który jest trudniejszy i bardziej ryzykowny. Przez to gra staje się zmechanizowana, mecze podobne do siebie, a to wszystko może doprowadzić do znużenia kibica.

W USA, Kanadzie i Meksyku zagra aż 48 drużyn, niektóre z nich egzotyczne, będą debiutowały na wielkim turnieju, więc w starciu z gigantami mogą tracić wiele goli. A kibice właśnie na gole czekają. Będzie pewnie trochę wysokich wyników. Hiszpanie zaczynają mundial od spotkania z Republiką Zielonego Przylądka.

– Nie lekceważyłbym debiutantów, bo nawet ci najmniejsi, o anonimowych z pozoru nazwach, mają niezłych piłkarzy. Czasem naturalizowanych. Stawiam, że mogą być niespodzianki, gdy ktoś z faworytów straci koncentrację. Argentyna zaczęła mundial w Katarze od porażki z Arabią Saudyjską. I znalazła się w złej sytuacji. Z Meksykiem wygrała z trudem, z Polską pewniej. A dopiero potem ruszyła po złoto.

Wybiera się pan na mundial czy będzie go śledził w telewizji?

– Nie wiem. Nie było w PZPN rozmów na ten temat.

Odżałował pan już porażkę ze Szwecją w barażach o mundial?

– Skąd. Teraz? Gdy zaczynają się mistrzostwa i wszyscy o nich mówią? Powinniśmy w nich grać – ta myśl wciąż nie daje mi spokoju. Rozczarowanie minie mi pewnie dopiero jesienią, gdy zaczniemy rywalizację w Lidze Narodów. Futbol nie zna pustki i choć jeden cel nie został zrealizowany, z wiarą przystąpimy do kolejnego, czyli walki o awans na Euro 2028. Podczas przygotowań do Ligi Narodów wrócę w wir pracy, a to zawsze pomaga. Będzie okazja do rewanżu. Ale na razie porażka ze Szwecją wciąż siedzi mi w głowie.

Co można było w Solnie zrobić inaczej?

– Wygrać. Po prostu wygrać. Byliśmy w stanie to zrobić.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...