- We wtorek może być jeszcze lepiej - zapowiadał Viktor Gyokeres po meczu z Ukrainą (3:1). Wówczas ustrzelił hat-tricka i zasugerował, że reprezentacji Polski zamierza wbić jeszcze więcej goli. Ostatecznie mu się to nie udało, ale i tak został "katem" Biało-Czerwonych. To on zdobył decydujące trafienie. W 88. minucie skorzystał z zamieszania w polu karnym i dobił strzał. W tej sytuacji najpierw uderzenie jednego ze Szwedów obronił Kamil Grabara, kolejne wylądowało na poprzeczce aż w końcu do piłki dobiegł Gyokeres i dopełnił dzieła.
- Jedziemy do Ameryki! - krzyczał do kamer Viaplay Gyokeres, cytowany przez aftonbladet.se. - Trudno to opisać słowami. Wszyscy tego pragnęli. Możliwość wywalczenia awansu na mundial właśnie tutaj, na ojczystej ziemi, jest nie do opisania. Mieliśmy wiarę do końca i dlatego zwyciężyliśmy - podkreślał tuż po meczu z Polską (3:2). Opowiedział też o emocjach, które towarzyszyły mu po strzeleniu gola. Wówczas cały stadion skandował jego imię. - Trudno mi znaleźć słowa, by opisać to, co czułem - mówił, dodając, że miał gęsią skórkę.
Nie tylko dla tej stacji udzielił wywiadu. W mixed-zonie złapał go Mateusz Borek z Kanału Sportowego. - Muszę przyznać, że to było trudne spotkanie i tego właśnie się spodziewaliśmy - zaczął Gyokeres. Następnie przeanalizował mecz, doceniając Biało-Czerwonych. - Polska ze swoją linią pomocy utrudniała nam kontrolowanie gry. I uważam, że robiła to naprawdę dobrze, ale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jesteśmy niebezpieczni, kiedy atakujemy i pokazaliśmy to w pierwszej połowie za pomocą bramek, które zdobyliśmy - mówił wprost Gyokeres.
- Oczywiście zdajemy sobie sprawę również z tego, że jesteśmy silni w stałych fragmentach gry i dobrze, że właśnie w taki sposób strzeliliśmy gola - dodawał. A jak wyglądało ostatnie 45 minut z jego perspektywy? - W drugiej odsłonie tego starcia było dużo pojedynków i nie było tak dużo futbolu, ale to było do przewidzenia w takim spotkaniu. Najważniejsze było to, aby pozostać w nim i odnaleźć się w sytuacji, kiedy było to potrzebne - puentował.
Zobacz też: Gwiazda Szwecji po meczu z Polską: "Śmiali się i mogą śmiać się dalej".
Kto wie, jakby potoczył się ten mecz, gdyby nieco inne decyzje podejmował Slavko Vincić. Zdaniem wielu ekspertów Polska została okradziona z rzutu karnego. Ten, m.in. w opinii Michała Listkiewicza dla Sport.pl, należał się Biało-Czerwonym. Mowa o sytuacji z 48. minuty, kiedy to po faulu w polu karnym upadł Jakub Kamiński. Ani Słoweniec, ani VAR nie dopatrzyli się jednak przewinienia, które wydawało się być ewidentne. - Należał się nam rzut karny. Możemy się czuć pokrzywdzeni - mówił były prezes PZPN. Kontrowersyjną decyzję arbiter podjął też w końcówce pierwszej połowy, co dało szansę Szwedom na stworzenie zagrożenia w polu karnym Polaków i rywale z tego skorzystali.
Nie ma jednak co dywagować, co by było, gdyby. Fakt jest taki, że kadra Jana Urbana nie jedzie na MŚ 2026, a robi to Szwecja! Piłkarze Grahama Pottera zrewanżowali się Polakom za finał baraży sprzed czterech lat. Wówczas to my pojechaliśmy na mundial po pokonaniu Szwedów 2:0.