Przed czekającym nas we wtorek 31 marca w Sztokholmie meczem "o wszystko" w barażach do mundialu warto - może jako prorocze zaklęcie - przypomnieć wydarzenie, do którego doszło w tym samym mieście przed ponad stu laty. Dokładnie: 28 maja 1922 roku.
Wtedy to, dokładnie w 27. minucie międzypaństwowego meczu Polska – Szwecja, napastnik reprezentacji Polski Józef Klotz strzelił - z karnego – pierwszego w historii gola dla Polski.
Początki polskiej piłki
Historia polskiej piłki nożnej zaczęła się w Galicji, w pierwszej dekadzie XX wieku. Pierwsze piłkarskie kluby powstały we Lwowie, potem w Krakowie i właśnie mecz między reprezentacjami Lwowa i Krakowa, rozegrany na krakowskich Błoniach w Zielone Świątki, czyli 6 czerwca 1906 roku, uważa się za początek polskiej piłki nożnej.
Nie było państwa polskiego, a więc nie było nas na międzynarodowych zawodach, m.in. na igrzyskach w Sztokholmie w 1912 roku. Potem wybuchła wojna światowa. Wbrew greckiej tradycji - w roku olimpijskim nie przerwano jej - a odwołano igrzyska w 1916 r. Kolejne wyznaczono na rok 1920, w Amsterdamie.
Kilkanaście miesięcy wcześniej, dzięki staraniom i zabiegom „ojca" polskiego futbolu Józefa Lustgartena powstał Polski Związek Piłki Nożnej, którego najważniejszym zadaniem - obok stworzenia piłkarskiej ligi - było powołanie olimpijskiej kadry narodowej. Zadanie było karkołomne, bo do rozpoczęcia igrzysk pozostało tylko kilka miesięcy, znaleziono jednak brytyjskiego trenera, dokonano selekcji zawodników, zaplanowano nawet trzy sparingi, z Austrią, Czechosłowacją i Węgrami. Jednak zamiast na boiska piłkarze po raz kolejny ruszyć musieli na front. Tym razem przeciw Bolszewikom, a więc Polska, mimo że już niepodległa, nie była obecna na kolejnych igrzyskach.
Wojna szczęśliwie dla Polski zakończyła się zwycięstwem. Można było rozegrać „zaległe" mecze z Węgrami. Niestety, oba skończyły się porażkami. Gdy więc PZPN otrzymał zaproszenie na towarzyski mecz z reprezentacją Szwecji, zaplanowany na koniec maja 1922, spotkanie stało się wydarzeniem nie tylko sportowym.
Dla młodego państwa polskiego sport był czymś więcej niż tylko zabawą czy rozrywką. Możliwość pokazania światu polskich barw, godła, odegrania hymnu było manifestem w świecie, w którym polska państwowość wciąż przeszkadzała wielu potężnym międzynarodowym graczom.
Reprezentacja Józefa Lustgartena
Zestawienie składu polskiej kadry powierzono Józefowi Lustgartenowi. Była to postać niebanalna. Pochodzący z zamożnej krakowskiej rodziny żydowskiej, od dziecka związał się z piłką nożną i pozostał jej wierny do końca życia. Uważał się za Polaka i Żyda, w ankiecie personalnej na Uniwersytecie Jagiellońskim podał narodowość polską i wyznanie mojżeszowe. Grał na rożnych pozycjach, zasłynął jednak jako bramkarz, który jako pierwszy w Polsce stosował tak zwane robinsonady, czyli wyskok i rzucanie się z piłką na ziemię.
To on wymyślił nazwę i barwy swego pierwszego klubu, Cracovii. Karierę piłkarską łączył z nauką. Skończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktoryzował się w Wiedniu. Ale gdy Cracovia została zaproszona do Hiszpanii na mecz z Barceloną, porzucił aplikację, za co został skreślony z listy adwokatów. Ale co to miało za znaczenie, - jak sam mówił - skoro Cracovia zremisowała z Barceloną 1 :1.
Walczył w Legionach, a gdy „wybuchła" Polska, zajął się organizacją PZPN, w którym został sekretarzem. Po zakończeniu kariery zawodniczej był też szanowanym w całej Europie sędzią.
Zestawiając kadrę narodową na mecz ze Szwecją Lustgarten oparł się wyłącznie na graczach z Małopolski, czyli dawnej Galicji. Siedmiu piłkarzy grało w Cracovii, trzech w Pogoni Lwów, a Józef Klotz z Jutrzence Kraków. Obok Klotza, Żydem był także Józef Sperling z Cracovii.
W Krakowie skład uważano za optymalny, w Warszawie tamtejsza prasa sportowa pisała o „drużynie kompromitacji". Mimo to wyprawa do Sztokholmu miała oprawę wręcz historyczną. W Warszawie żegnał piłkarzy przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w Sztokholmie witał poseł pełnomocny Rzeczypospolitej. Piszę o wyprawie, bowiem podróż trwała trzy dni. Najpierw pociągami z Krakowa do Warszawy i z Warszawy do Berlina, tam nocleg i kolejna podróż pociągiem do Stralsundu. Potem przesiadka na prom na wyspę Rugia i dopiero parowcem do Sztokholmu. Każdą część podróży prasa sportowa w Polsce opisywała z detalami. Na stadion polscy pilarze dotarli podstawionymi przez szwedzkie władze automobilami.
„Nawet Polska nas pobiła"
Mimo że mecz miał charakter towarzyski, olimpijski stadion był pełen – przyszło 16 tysięcy widzów.
Do 27. minuty utrzymywał się wynik bezbramkowy. To, co działo się później, tak relacjonował krakowski „Przegląd sportowy":
„W 27. minucie Sperling kończy bieg centrą, Hemming, nie atakowany przez nikogo, daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki, był Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu, pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął".
Józef Klotz stał się bohaterem narodowym, mimo że nie bez jego winy po przerwie Szwedom udało się wyrównać. Ale szybko o tym zapomniano, bo piętnaście minut przed ostatnim gwizdkiem Józef Garbień z Pogoni Lwów strzelił druga bramkę dla Polski.
W swym trzecim meczu międzypaństwowym Polska pokonała ówczesną piłkarska potęgę. Nic więc dziwnego, ze nad Wisłą zapanowała euforia. Inaczej było po drugiej stronie Bałtyku. W dzienniku „Svenska Dagbladet" pisano: „Nawet Polska nas pobiła. Jeszcze tego tylko brakuje, żebyśmy przegrali z Grenlandią i Jamajką."
Dla Józefa Klotza był to przedostatni występ w reprezentacji Polski. Po ślubie przeniósł się do Warszawy, gdzie grał w tamtejszej drużynie Makabi. Rodzina miała mu za złe, że porzucił socjalistyczną Jutrzenkę dla syjonistycznego klubu, w dodatku grającego w lidze B.
W czasie wojny znalazł się w getcie. Udało mu się wydostać na aryjską stronę, gdzie jednak zginął, najprawdopodobniej zadenuncjowany i rozstrzelany. Symboliczny grób zdobywcy pierwszej bramki w barwach Polski znajduje się na żydowskim cmentarzu w Krakowie.
Odmienne były losy Józefa Lustgartena. W 1939 roku udało mu się uciec z Krakowa do Lwowa. Tam jednak, jako polski inteligent, został aresztowany przez NKWD. Zwolniony, potem znów aresztowany, przesiedział w łagrach ponad 10 lat. Gdy jednak w 1956 roku został zwolniony, pierwsze, co zrobił po przybyciu do Moskwy, to wybrał się na mecz Dynama.
