Czwartkowy mecz z Albanią mógł się potoczyć inaczej. W 72. minucie, przy stanie 1:1, Kamil Grabara obronił strzał w sytuacji sam na sam. To prawdopodobnie najważniejsza parada w jego dotychczasowej karierze.
- Bez niej nie byłoby nas w finale baraży, a przecież to piłkarz, który mógł nie zagrać w tym meczu. Gdyby był zdrowy Łukasz Skorupski, nie byłoby Kamila Grabary w bramce reprezentacji Polski. Czasami nieszczęście jednego jest szczęściem drugiego - mówił Dominik Wardzichowski, dziennikarz Sport.pl, na gorąco po meczu Polska - Albania w półfinale baraży o awans na mistrzostwa świata.
- W najważniejszym momencie stanął na wysokości zadania i dał reprezentacji coś ekstra - wtórował mu Dawid Szymczak, też ze Sport.pl.
Kluczową interwencję Grabary i gola Piotra Zielińskiego, który wyprowadził Biało-Czerwonych na prowadzenie 2:1, dzieliło dokładnie 86 sekund.
Grabara długo musiał czekać na taki występ w reprezentacji. Choć w styczniu skończył 27 lat, wystąpił w niej dopiero po raz czwarty. Przez ostatnie lata jego nazwisko przewijało się w dyskusjach nad powołaniami do drużyny narodowej, ale nigdy w kontekście pierwszego wyboru.
Dość powiedzieć, że od jego debiutu w seniorskiej kadrze [1 czerwca 2022 r., w meczu Ligi Narodów we Wrocławiu z Walią - przyp. FM] do drugiego występu minęły ponad trzy lata. A od debiutu Grabary przez reprezentację zdążyło przewinąć się czterech selekcjonerów. Pierwszy występ z orłem na piersi zaliczył u Czesława Michniewicza - starego znajomego z młodzieżówki, który zabrał też go na mistrzostwa świata w Katarze w roli jednego z rezerwowych. Grabara nie znalazł uznania podczas krótkich rządów Fernando Santosa, ale też w trakcie trwania kadencji Michała Probierza.
Na zgrupowanie wrócił we wrześniu 2025 roku, za sprawą Jana Urbana. W październikowym, towarzyskim meczu z Nową Zelandią selekcjoner zdecydował się dać po 45 minut Grabarze i Bartłomiejowi Drągowskiemu. A kiedy w listopadzie zabrakło etatowego dotąd bramkarza - Łukasza Skorupskiego - obaj dostali po jednym meczu: Grabara zagrał z Holandią (1:1), a Drągowski z Maltą (3:2).
Problemy zdrowotne Łukasza Skorupskiego sprawiły, że sztab reprezentacji przed marcowym zgrupowaniem "barażowym" stanął przed wyzwaniem zdefiniowania nowej hierarchii w bramce reprezentacji. Walkę o miejsce między słupkami wygrał Grabara. Przeciwko Albanii zaliczył najważniejszy bramkarski egzamin w życiu.
To nie był mecz, w którym jako bramkarz miał wiele pracy. Najpierw pewnie wyłapał dośrodkowanie posłane w jego pole karne, a przed przerwą przepuścił gola, strzelonego przez Arbera Hoxhę, ale trudno było mieć do niego pretensje - nie chciał ryzykować faulu i potencjalnej czerwonej kartki, dobijającej zespół w tak ważnym meczu. Wiedział, że jego moment może jeszcze nadejść. I nadszedł - w 72. minucie, gdy w sytuacji sam na sam zatrzymał Albańczyków, a chwilę później pod drugim polem karnym Polacy świętowali gola Zielińskiego.
Wtorkowy barażowy finał jawi się nie tylko jako mecz o najbliższą przyszłość polskiej piłki, ale też tę dalszą - polskiej bramki. Nie chce się wierzyć, że jeśli Grabara zagra wielkie spotkanie, powrót do zdrowia Skorupskiego wywróci aktualną hierarchię bramkarzy. Golkiper, który od wielu lat gra we Włoszech [Bologna jest jego trzecim klubem Skorupskiego na Półwyspie Apenińskim], w maju skończy 35 lat i może być największym bramkarskim pechowcem polskiej piłki w XXI wieku.
Jak bowiem inaczej określić golkipera, który w Serie A rozegrał 324 mecze, a w reprezentacji dobił do zaledwie 20 występów? Przekleństwem Skorupskiego przez lata był fakt, że bronił w czasach Łukasza Fabiańskiego i Wojciecha Szczęsnego. Choć w drużynie narodowej debiutował w 2012 roku, ponad połowę swoich spotkań rozegrał w niej w latach 2024-2025, a więc po zakończeniu reprezentacyjnej kariery przez Szczęsnego.
Grabara może z kolei powtórzyć wyczyn Artura Boruca sprzed blisko 20 lat. W eliminacjach do mistrzostw świata 2006 aż siedem spotkań rozegrał Jerzy Dudek, cykl kwalifikacyjny kończył jednak Boruc. Zagrał w trzech meczach i to on był potem numerem jeden w polskiej bramce na mundialu w Niemczech. Na tamtym turnieju spisał się zresztą znakomicie.
Polska piłka w późniejszych latach miała bramkarzy, którzy niespodziewanie wskakiwali do bramki i wykorzystywali swoje szanse. W 2012 roku - po czerwonej kartce dla Wojciecha Szczęsnego w meczu otwarcia Euro z Grecją - między słupki wszedł Przemysław Tytoń. Od razu obronił rzut karny i stał się bohaterem narodowym. To on zaczynał też kolejny cykl eliminacyjny - do mistrzostw świata 2014.
W 2016 roku pech ponownie dopadł Szczęsnego, który z powodu kontuzji odniesionej w pierwszym meczu Euro przeciwko Irlandii Północnej musiał ustąpić miejsca Łukaszowi Fabiańskiemu. Do bramki podczas mistrzostw już nie wrócił, a Fabiański zanotował turniej życia - poprowadził Polskę aż do ćwierćfinału, po drodze stracił zaledwie dwa gole.
Czy Grabara pójdzie w ich ślady? Aby stało się to możliwe, Polska musi pokonać Szwecję.