W 2025 roku oficjalnie powrócił zorganizowany doping dla reprezentacji Polski. Jego świadkami byliśmy m.in. podczas listopadowego meczu z Holandią (1:1). Doszło jednak wówczas do sporych kontrowersji. Kibice starli się z policją. Służby nie pozwoliły bowiem wnieść specjalnie przygotowanego na tę okazję transparentu. W drugiej połowie spotkania fani zaczęli rzucać race na murawę. Okazuje się, że w najbliższym czasie zorganizowanego wsparcia kibiców już nie będzie.
We wtorek PZPN przekazał, że "współpraca ze Stowarzyszeniem 'To My Polacy' została definitywnie zakończona". "Decyzja ta jest konsekwencją skandalicznych i niebezpiecznych wydarzeń, które miały miejsce podczas meczu kwalifikacji do MŚ 2026 Polska - Holandia, rozegranego 14 listopada 2025 roku na PGE Narodowym (...) Spotkanie zostało przerwane na kilka minut z powodu rażącego złamania regulaminu i skrajnie niebezpiecznego zachowania części osób, w tym użycia materiałów pirotechnicznych i wrzucenia ich na murawę – w kierunku dzieci podających piłki, fotoreporterów oraz samych piłkarzy. Takie działania bezpośrednio zagrażały zdrowiu i życiu uczestników wydarzenia" - czytaliśmy w komunikacie.
Teraz do tych słów odniósł się Mateusz Pilecki, prezes stowarzyszenia "To My Polacy". Stwierdził wprost, że PZPN mija się z prawdą w sprawie wydarzeń, do których doszło w trakcie meczu z Holandią. - Ludzie z PZPN kłamią na każdym kroku. W komunikacie federacji jest stek kłamstw. W krótkim tekście można zawrzeć wiele manipulacji i ściem - zaczął w programie "Tylko Sport" na antenie Kanału Sportowego, po czym odniósł się do kilku zarzutów pod adresem kibiców.
- Napisano, że race leciały w kierunku dzieci podających piłki i fotoreporterów. Jest pełno nagrań z tego incydentu. Jedyny moment, kiedy fotoreporter był blisko racy, to gdy sam podbiegł, żeby ją sfotografować. Nie było żadnej złej woli, żeby zrobić komuś krzywdę - podkreślał. - Niech każdy się jednak zastanowi, czy większego niebezpieczeństwa nie było przy bramkach biletowych, gdy wiele osób czekało ściśniętych, żeby wejść na stadion. Niektórzy wchodzili dopiero na drugą połowę - dodawał.
Pilecki opowiedział też nieco o relacji, jaka ostatnio łączyła stowarzyszenie z PZPN. Jak ujawnił, już od kilku miesięcy organizacja zabiegała o spotkanie ze związkiem, ale nie było odpowiedzi. W końcu do spotkania doszło, ale to nie przebiegło po myśli stowarzyszenia. - Chcieliśmy rozwijać projekt. Nie wiedzieliśmy, że nasza współpraca zmierza ku końcowi. Mieliśmy założenie, że każdy popełnia błędy i wyciąga wnioski. (...) Tymczasem spotkanie trwało mniej niż kilka minut - ujawnił. Jak ono przebiegło?
- Wiceprezes PZPN Adam Kaźmierczak w pewnym momencie przejął głos i wygłosił kilkuminutowy monolog, w którym zabrał wszystko, po co przyszliśmy na to spotkanie. Jeśli ktoś wychodzi z pozycji agresora i chce cię zdeptać, licząc, że będziesz błagał o jakieś ochłapy, to nie. Uważam, że PZPN powinien podejść do tego spotkania jak równy z równym - podkreślał.
Zobacz też: W Katalonii wrze po tym, co robi Real. "Skandal, który przekracza granice".
Tak więc w najbliższym czasie o zorganizowanym dopingu mowy nie ma. A teraz szczególnie mógłby pomóc reprezentacji, o ile nie dochodziłoby do jakichś kontrowersyjnych sytuacji. Już w marcu Polska zagra w barażach, które zadecydują o "być albo nie być" na mistrzostwach świata 2026. W półfinale Biało-Czerwoni zmierzą się z Albanią i spotkanie zostanie rozegrane właśnie u nas. W ewentualnym finale nasza kadra zagra na terenie rywala. A będzie nim Szwecja bądź Ukraina. Jeśli w równoległym półfinale wygrają nasi wschodni sąsiedzi, wówczas finał zagrają w obcym kraju, ale będą gospodarzami. Jest to spowodowane toczącą się w Ukrainie wojną.