Wielki problem Polski przed Euro. "Ludzie nie powinni wiedzieć"

Dawid Szymczak
- Bismarck mówił, że ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi wielką politykę i parówki. Może nie powinni też wiedzieć, jak się za kulisami robi piłkę nożną - mówi dr Seweryn Dmowski, doradca do spraw komunikacji, specjalista od historii politycznej Polski i futbologii. Rozmawiamy o kibicowaniu reprezentacjom, nastrojach wokół polskiej kadry, problemach PZPN i drużyny oraz oczekiwaniach przed Euro 2024.

Zapraszamy do lektury jednego z tekstów, które tworzą nasz Magazyn.Sport.pl na Euro. Świetni autorzy, mocne teksty, ciekawe tematy - trochę o piłce, a trochę wokół niej. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.

***

Dawid Szymczak: To, że kibicuje pan Legii Warszawa, wyrył pan nawet w opisie swojego konta w serwisie X. A jest pan kibicem reprezentacji Polski?

Seweryn Dmowski: - Skomplikowane pytanie.

Zobacz wideo Probierz stawia na młodzież. "Czasami jest bezczelny"

Sam mam z nim problem.

- Oglądam mecze, trzymam kciuki, życzę powodzenia, ale dawno temu przestałem się pasjonować. Na pewno nie powiedziałbym, że jestem "ultrasowskim" kibicem polskiej kadry. W tej sprawie wiele też zmienia upływający czas, bo mam dziś dziesięcioletniego syna, który już od kilku dni przebiera nogami, bo idą mistrzostwa. I siedząc tak obok niego, widząc tę jego pasję, też zaczyna to wszystko we mnie odżywać. Dołączam do niego i zaczynamy kibicować razem. To też specyfika wielkiego turnieju: chcę, żeby Polska jak najlepiej wypadła i wygrała.

A jeśli nie wyjdzie?

- Na pewno nie pochłonie to moich myśli tak, jak potrafi pochłonąć porażka mojego klubu.

Odpowiedział pan sobie na pytanie dlaczego?

- To osobiste doświadczenie, choć wydaje mi się, że ludzie urodzeni w latach 80. znajdą w mojej opowieści punkty wspólne. Gdy dorastaliśmy, marzyliśmy o tym, by w ogóle dostać się na wielki turniej. Młodość wypełniły nam nieudane eliminacje. Przełomem był awans do Korei i Japonii w 2002 roku, który skończył się zawodem i napisał scenariusz na kolejne imprezy, w których gramy mecz otwarcia, o wszystko i o honor. Dzisiaj łatwiej pojechać na turniej, awans w przypadku rozrośniętych mistrzostw Europy nie jest już sukcesem samym sobie, a na samych turniejach do sukcesów było nam raczej daleko. W takiej sytuacji trudniej poczuć wielkie emocje. Mam też wrażenie, że inaczej przeżywa się piłkę, będąc dzieckiem. Te silne emocje dotyczące kadry uleciały u mnie wraz z dojrzewaniem. Teraz odżywają przy wielkich turniejach. Ale przy Lidze Narodów? Zdarzyło mi się nie włączyć telewizora.

To zapytam szerzej. Dlaczego w ogóle kibicujemy reprezentacjom?

- Choćby dlatego, że tych jedenastu gości na murawie reprezentuje nas w bardzo oczywisty sposób. Widzimy ich ubranych w biało-czerwone stroje i wiemy, że to są "nasi". Że właśnie oni zostali wybrani z 38-milionowego narodu, do którego my również należymy. To prosty wizualny zabieg. Prosty mechanizm zamknięcia bardzo skomplikowanej zbiorowości, jaką jest naród polski, w tych jedenastu osobach, które biegają po boisku. Patrząc historycznie, kibicujemy dlatego, że piłka nożna we współczesnym wydaniu rozwijała się na przełomie XIX i XX wieku równolegle z nowoczesnymi tożsamościami narodowymi. Stała się przestrzenią, na którą można było łatwo przenieść potrzebę utożsamiania się i przynależności do większej zbiorowości. Szczególnie było to przyjemne, gdy nasza drużyna wygrywała i można było wspólnie się z tego cieszyć, razem świętować. Ale kibicujemy też oczywiście dla rozrywki i dla emocji. Chcemy, by coś oderwało nas od bieżących spraw i zagospodarowało nam wolny czas. Niezależnie od powodów – zawsze jednak kibicowaliśmy swoim. Od tego się zaczęła się historia kibicowania: koledzy w tygodniu razem zjeżdżali do kopalni czy razem szli do fabryki, a w weekend kilku z nich wkładało strój piłkarski, pozostali dopingowali ich z trybun. Po meczu razem lądowali w barze. Każdy kibicował drużynie z miejsca, z którego pochodził albo w którym mieszkał. Mobilność ludzi była znacznie mniejsza niż dziś, więc kibicowaliśmy klubowi z dzielnicy, z miasta, najdalej z regionu. Kibicowanie oczywiście się pod tym względem zmieniło, przestaliśmy kibicować w ten sposób, ale wspieranie reprezentacji jest wciąż bardziej konserwatywne niż kibicowanie klubom.

Dziennikarz "The Athletic", który napisał świetny tekst o kibicowaniu reprezentacjom, zaczął od zapytania swojej kilkuletniej siostrzenicy, dlaczego jest za Anglią. Odpowiedź była najprostsza z możliwych: przecież mieszkamy w Anglii. I wie pan co? Dziesięciolatka z mojej rodziny odpowiedziała niemal identycznie: bo jesteśmy Polakami. Pan przy okazji poprzedniego Euro też napisał o dziecięcych emocjach. O synu, który opłakiwał porażkę ze Słowacją.

- Tak, był wtedy przekonany, że to jest nasz czas i możemy osiągnąć naprawdę duży sukces. Dlatego rozczarowanie było tak duże. Mechanizm kibicowania reprezentacjom jest specyficzny. Deklaratywnie właściwie wszyscy powiemy, że jesteśmy za Polską. Trudno znaleźć osoby, które utożsamiają się z reprezentacją innego kraju. Mogą lubić Hiszpanię, ich styl gry, poszczególnych piłkarzy, trzymać za nich kciuki, ale prawdziwie zaangażowani najczęściej jesteśmy w sprawy naszego narodu. Do ustalenia pozostaje oczywiście poziom przywiązania i zaangażowania. Możemy uciec do podstaw socjologii i przypomnieć, że nie wybieramy przynależności tylko do rodziny i do narodu. Los decyduje za nas. Ale czynników jest więcej. Patriotyzm – rozumiany jako życzenie powodzenia mojemu narodowi. Szowinizm, czyli przeświadczenie, że nasz naród jest najlepszy i nam się to zwycięstwo należy. Myślę też, że przy dużych imprezach reprezentacje zbierają dużo więcej kibiców, niż mają na co dzień. Ludzie dają się ponieść karnawałowi. Żyjemy w innym rytmie – od meczu do meczu, czasami z rozpalonym grillem, z rozmowami w pracy na ten temat. Uaktywniają się sponsorzy, marketingowcy, reklamodawcy i wciągają nas do tej zabawy.

Jak kibicują Polacy, a jak inne narody? Jest coś charakterystycznego, co moglibyśmy porównać?

- To wszystko byłoby bardzo mocno oparte o nasze wyobrażenia o tych zjawiskach, które są zbudowane na stereotypach, sympatiach i antypatiach. Zajmowałem się kiedyś sprawą upolityczniania mistrzostw świata i hierarchią rywali, którą wszystkie kraje tworzą również na podstawie wpływu historii i rywalizacji pozasportowej. Ten wpływ był duży. W Polakach choćby mecze z Rosją czy Niemcami wzbudzały dodatkowy dreszczyk emocji. Ale też ważne są dla nas spotkania z Anglikami, mimo że nie mieliśmy z nimi żadnego pozasportowego konfliktu. Ta rywalizacja wyrosła na boisku. Spotykaliśmy się z nimi w latach 80. i 90. w wielu eliminacjach i oni ciągle nas lali. Ale same różnice w kibicowaniu zacierają się w związku m.in. z globalizacją. Na pewno różnice lepiej byłoby widać na poziomie piątej ligi w Niemczech i Hiszpanii czy na siódmym poziomie w Anglii. Na poziomie wielkich imprez trudniej je dostrzec, bo pula biletów jest ograniczona, są drogie, a kupno wejściówek to dopiero początek wydatków. Dostęp do mistrzostw świata czy Europy jest ograniczony, a publiczność zunifikowana. Są ornamenty – Holendrzy w chodakach czy Francuzi w beretach i bagietką pod pachą – które chętnie wyłapują kamery, ale istota kibicowania jest ta sama. Wciąż oczywiście jedni kibice śpiewają głośniej i składniej, mają ciekawsze przyśpiewki, ale różnice i tak się zacierają.

My raczej śpiewamy ciszej i niezbyt składnie. Mieliśmy nawet eksperyment z dopingiem wyświetlanym na telebimach na Stadionie Narodowym. Nie mamy żadnej przyśpiewki o reprezentacji. Ale o tym pan właśnie mówił: że nie potrafi kibicować kadrze w "ultrasowskim" stylu. Najwyraźniej w Polsce niewielu potrafi.

- Zestawienie "kiboli" z "piknikami" nie jest najbardziej fortunne z punktu widzenia naukowego, bo dotyczy skrajności. Różnie można klasyfikować kibiców i umieszczać ich w grupach. Bardzo ciekawa jest teoria Antonowica i Wrzesińskiego, którzy adaptują koncepcję "niewidzialnej religii" Thomasa Luckmanna, doskonałego socjologa. Uważał, że nowoczesne, postindustrialne społeczeństwa, nawet jeśli są świeckie i zsekularyzowane, to wytwarzają wewnątrz siebie więzi, które są bardzo podobne do więzi o charakterze religijnym. W myśl tego kibiców można podzielić jak członków grup wyznaniowych: na fundamentalistów, ateistów, bigotów czy kibiców małej wiary. Ale dla szerszych generalizacji brakuje nam punktu odniesienia – nie wiemy, niestety, jak z socjologicznego punktu widzenia dokładnie wygląda cała populacja kibiców w Polsce.

Ale i bez tego możemy stwierdzić bez wielkiego ryzyka, że na Bułgarską w Poznaniu czy na Łazienkowską w Warszawie chodzą inni kibice niż na Stadion Narodowy, gdy gra reprezentacja.

- Tak, intuicja podpowiada, że są to dwie, niemal zupełnie inne grupy. Ten "ultrasowski" model kibicowania, któremu przypisujemy przygotowywanie opraw, chęć przekrzyczenia przeciwników, pokazania im, że jesteśmy więksi i mocniejsi, zniknął z meczów reprezentacyjnych z wielu powodów. Po pierwsze, czynnik ekonomiczny – bilety na kadrę są stosunkowo drogie. Inaczej jest kupić raz na jakiś czas bilet na Żyletę czy Kocioł za kilka dych, a inaczej zapłacić dwieście złotych za oglądanie piłkarzy reprezentacji, z którymi często nawet się indywidualnie nie identyfikujemy i nie utożsamiamy. Trudno zbudować mocniejsze więzi, widząc się z kadrowiczami raz na kilka miesięcy. Kluby grają tydzień w tydzień, łatwiej żyć ich sprawami.

A po drugie?

- Zaszły w polskim społeczeństwie przemiany kulturowe. Bardzo wyraźne. Powiem ze swojej perspektywy, człowieka, który stoi na trybunie północnej na Legii i patrzy na Żyletę. Widzę, że ta Żyleta się starzeje. To zawsze była trybuna młodych „łebków". Dominowali nastolatkowie. Dzisiaj widzę tych samych ludzi, którzy od lat zajmują te same miejsca. Obserwujemy przemiany demograficzne i przemiany kulturowe, które odbijają się później na stadionach.

Jesteśmy w przededniu Euro, a szału nie ma. Nie czuć przedturniejowej ekscytacji, gorączki, uniesienia i przesadzonej chwilami wiary. Jesteśmy na drugim biegunie. Piłkarze i selekcjoner się z tego cieszą. Powtarzają, że nie ma napompowanego balonika. Kadra nam zobojętniała?

- Weszliśmy na to Euro kuchennymi drzwiami. Mieliśmy zawalone eliminacje podlane serią wizerunkowych kompromitacji piłkarzy i federacji. Łatwiej byłoby nam uwierzyć, że za chwilę podbijemy Europę, jeśli szturmem przeszlibyśmy eliminacje. Nieważne nawet, z jakiej klasy rywalami byśmy grali. Byłyby okolicznościowe koszulki, szampan i dużo uśmiechów. Tymczasem przy naszym awansie sporo było wstydu i żalu, że w ogóle wylądowaliśmy w barażach po grze w tak łatwiej grupie. Dalej jest sam Michał Probierz. Nie widzieliśmy w nim najlepszego z najlepszych polskich trenerów. Nie był murowanym kandydatem, nie miał za sobą największych sukcesów w ostatnich latach. Wchodził jako strażak, by gasić pożar po Fernando Santosie, którego praca w Polsce też była przykładem globalizacji futbolu. Trener z sukcesami, z wielkim doświadczeniem, a nie sprawdził się w naszych warunkach kompletnie. Widzimy też, że nasz najlepszy piłkarz w ostatnich latach, człowiek, w którym przy poprzednich turniejach widzieliśmy największą nadzieję na dobry wynik, nie bije już rekordów Gerda Muellera i nie zdobywa Ligi Mistrzów. Strzela, ale mniej i w klubie, który jest w kryzysie. A może po prostu nauczyliśmy się już tych porażek? Nawiązuję do tych siedmioletnich chłopców, którzy nastawiają się na piękną przygodę, a później są bardzo rozczarowani. Jak się za bardzo nie uwierzy, to później mniej boli.

Skupia się pan na boiskowych sprawach, a ja mam wrażenie, że wajcha uczuć wobec reprezentacji przestawiła się po aferze premiowej. Nie ma nawet co jej porównywać ze sprawą Stasiaka, porażką z Mołdawią czy komunikacją PZPN w sprawie sponsorów. Ona wkurzyła kibiców znacznie bardziej.

- Jest sporo prawdy w powiedzonku, że czego nie widzą oczy, tego sercu nie żal. Przecież my wiemy, że piłkarze są przepłacani i mają fortuny na koncie. I czujemy, że w piłce są za duże pieniądze, a kopanie prosto do celu jest wynagradzane zbyt sowicie. Nie jest to przecież najwznioślejsza umiejętność, jaką może posiąść człowiek i na jakiej może zarabiać. Więcej korzyści mamy z naukowców i lekarzy, którzy często nie są wynagradzani tak dobrze. Myślę, że kibice wiedzą też, że piłkarze lubią pieniądze. Ale przy tej aferze ktoś uchylił kotarę, pokazał kulisy. Bismarck mówił, że ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi wielką politykę i parówki. Może nie powinni też wiedzieć, jak się za kulisami robi piłkę. Inna sprawa, że ten kryzys został fatalnie rozegrany pod względem komunikacyjnym. Każdy mówił co innego, więc powstało wrażenie, że wszyscy kłamią. Doszło przerzucanie odpowiedzialności i winy na innych. Czterdzieści różnych wersji zdarzeń. Ale te premie połączyłbym jeszcze z tym pyrrusowym zwycięstwem ekipy Michniewicza. Polska po 36 latach wyszła z grupy na mundialu, a i tak spadła na nią krytyka, bo gra była bardzo ciężka do oglądania. Trudno tę reprezentację było lubić, nawet jeśli ostatecznie osiągnęła cel. Więc zgoda – wtedy coś między reprezentacją a kibicami pękło.

A dzisiaj tę reprezentację łatwiej polubić?

- Mogę mówić za siebie. Pracowałem też w klubie, odpowiadałem za public relations, wciąż zawodowo zajmuję się komunikacją, więc wiem, jak działają mechanizmy, które się stosuje, by drużyna była bardziej lubiana. Ta kadra ma kilka problemów. Wrócę do tego, o czym już mówiłem: Robert Lewandowski jest u końca swojej kariery i też kroczy od jednego kryzysu wizerunkowego do drugiego. Pod tym kątem to nie jest idealnie prowadzona kariera jak na sportowca tak wielkiej klasy.

Mam wrażenie, że do trzech lat temu była.

- Tak, trzy–cztery lata temu to się zmieniło. Lewandowski wszystkie najważniejsze trofea już zdobył, szczyt kariery ma za sobą.

Ale reprezentacja to nie tylko kapitan. Nie tylko Lewandowski.

- Tak, dalej brakuje nam bohaterów, z którymi ludzie mogliby się utożsamiać. Kimś takim był Kuba Błaszczykowski. Przykład gościa, którego wszyscy lubią.

Powiedziałbym, że może nawet bardziej, niż go lubili, to podziwiali jego drogę. Szanowali go i jednocześnie współczuli mu tej tragedii z dzieciństwa.

- To wszystko się mieszało. Piłka pomogła mu wyjść z życiowej tragedii, a później zrobił chyba większą karierę, niż można się było spodziewać. Kibice uwielbiają takie historie. W reprezentacji brakuje mi dzisiaj charyzmatycznych, wyrazistych postaci. Ale nie wiem, czy to z tego powodu nie wzbudzają takiej powszechnej sympatii.

Nie ma wątpliwości, że pomógłby im dobry wynik. Osiągnięcie, które przerosłoby oczekiwania.

- Brakuje mitu założycielskiego. Wygrana w Cardiff z Walią po karnych na siłę mogłaby spełnić taką rolę. Może nie ze względu na klasę rywala, ale dzięki okolicznościom. Karne – być albo nie być. Tylko pamiętajmy, my wtedy otwieraliśmy ostatnie drzwi do Euro. Ratowaliśmy się przed kompromitacją. To za mało, by zbudować mit.

Po meczu kibice razem z piłkarzami śpiewali hymn. Wtedy pomyślałem, że może to będzie symbol odrodzenia tej relacji, przebaczenia i budowania od nowa. I nie wykluczam tego. Zobaczymy, co będzie na Euro.

- To było emocjonujące. Jak Szczęsny obronił ten strzał Daniela Jamesa z karnego, sam wyskoczyłem z fotela i się darłem, a na fali entuzjazmu kupiłem bilety na mecz z Austrią w Berlinie. Zabieram rodzinę i chcemy to przeżyć.

No proszę!

- Ale czy towarzyszy temu choćby 20 procent emocji, które odczuwam przy meczach Legii? No nie.

A kiedy pana związek z kadrą był najsilniejszy?

- Lata 90. Nie było bramek na YouTube, więc łowiłem wszystko, co tylko zostało napisane i powiedziane o reprezentacji. Pamięć o sukcesach lat 70. i 80. była jeszcze stosunkowo świeża. Nie przypuszczaliśmy, że na awans na mundial poczekamy aż do Jerzego Engela i roku 2002. Pokładałem niezwykłą wiarę w piłkarzach, którzy grali na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Dzisiaj wiemy, że ona była naiwna i wynikała pewnie z niezrozumienia, czym są igrzyska olimpijskie w piłce nożnej. Oni zajęli drugie miejsce, a ja wierzyłem, że za chwilę podbiją świat. Zgadzałem się z Wojtkiem Kowalczykiem, że teraz tylko zmienimy szyld, pojedziemy dalej i będziemy w tej piłce coś znaczyć. Okazało się, że nie. Ale proszę zobaczyć. Tamte drużyny miały ten mit założycielski. Nawet jeśli mało spektakularny. Dla drużyny Apostela to remis z Francją w Paryżu. Prawie ich wtedy ograliśmy. W drużynie Wójcika były te igrzyska. Później jeszcze w 2016 roku miałem chwilę reprezentacyjnego uniesienia. To będzie osobiste, co powiem, ale do kadry Nawałki przyciągała mnie wtedy przede wszystkim prawdziwość.

Skoro to osobiste, to muszę zapytać, co pan rozumie przez tę prawdziwość?

- Tomasz Jodłowiec i Michał Pazdan w ważnych rolach. To nie byli wielcy piłkarze, ale dawali radę. Poza nimi było więcej zawodników z Ekstraklasy. Dalej – Piszczek i Błaszczykowski, od których, moim zdaniem, biła szczerość.

Wielu moich znajomych wspomina podobnie, że ci piłkarze byli jacyś. Glik – twardziel. Grosicki – kumpel. Krychowiak – z innej bajki, ale jak w Sevilli wygarniał piłkę Messiemu, to pękaliśmy z dumy. Fabiańskiego lubili chyba wszyscy kibice i bardzo rzadko w kadrze zawalał. O Błaszczykowskim i Piszczku już pan wspomniał. Kibice nie przypną podobnych łatek obecnym piłkarzom, bo niewiele o nich wiedzą.

- Liczba wyrazistych postaci na zewnątrz rzeczywiście nie jest zbyt duża. Ekspertem w tym zakresie nie jestem, ale wiem, że na szczęście nie zawsze ci, którzy wiodą prym w szatni, są też charyzmatyczni na zewnątrz. Czasami idzie to w parze, ale nie zawsze.

Kibice już się odobrazili po tych premiach, Mołdawii, całym poprzednim roku? Takie odnoszę wrażenie. Ale może po prostu zbliża się wielki turniej, więc każdy jest biało-czerwony.

- Te dwie rzeczy się nie wykluczają. Można pamiętać o porażce w Kiszyniowie, "zazuzizuziza", a jednocześnie wkładać na głowę ułańskie czako. To też urok piłki. Tylko kluczowe jest ustalenie, o jakiej grupie kibiców my rozmawiamy. Podam przykład. Moja mama w ostatnich latach bardzo wkręciła się w kibicowanie. Ogląda wszystkie mecze Igi Świątek, bardzo je przeżywa. Zjeździliśmy za piłką kawałek świata, ale to mecze reprezentacji są dla mamy wyjątkowe. Wzrusza się na hymnie i odczuwa te wszystkie patriotyczne emocje, które trudno jej znaleźć na co dzień. Co prawda nie rozmawiałem z nią o tym, ale wydaje mi się, że nawet nie słyszała o Mirosławie Stasiaku ani serwisie Inszury. To sprawy dla wtajemniczonych. Pan to śledzi, ja to śledzę, żyje tym Twitter. I Twitter o tym wszystkim szybko nie zapomni. Ale mama?

Nie gniewa się, bo nawet nie ma pojęcia, że coś się stało.

- Mama jest oczywiście tylko przykładem. Chodzi o to, że meczami Ligi Narodów i aferkami żyje właśnie ta węższa grupa bardziej wkręconych w kibicowanie. Moja mama i jej podobni kibice włączają się, gdy nadchodzi wielki turniej. Wtedy dopiero reprezentacja wychodzi daleko poza umownego Twittera i jej sprawami zaczynają żyć kibice znacznie mniej wkręceni. Nagle twitterowa bańka staje się mniejszością.

A afera premiowa do mamy dotarła?

- Śledzi media, więc zakładam, że o tym słyszała. Ale może po prostu to sprawdzimy?

Seweryn Dmowski wyciąga telefon, dzwoni do mamy, tłumaczy, że udziela wywiadu i ma pytanie.

- Mówi coś mamie nazwisko Stasiak? Mirosław Stasiak.
- Nie.
- Tak przypuszczałem, ale musiałem sprawdzić. A o aferze premiowej mama słyszała?
- W internecie czytałam.
- I co?
- Trochę się wkurzyłam.

Miał pan rację.

- Wszystko jest kwestią skali. W aferę premiową weszli najważniejsi politycy. Zaczęło się od wizyty premiera. Jak się w Polsce pojawia premier, to zaczyna się przepychanka Platformy Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością, a temat zyskuje rozgłos w mediach. Ta sprawa wyszła więc poza sport. Reszta tych afer, o których wspominamy, nie wydostała się poza tę bańkę Twittera.

To wracając bliżej sportu – jak pan podchodzi do tego "dmuchania balonika" przed wielkim turniejem? Piłkarzom źle się to kojarzy, nie lubią tego.

- Coś w tym jest, bo mamy przykłady zespołów, które odnosiły sukcesy, a przed turniejami kibice mówili im wręcz, że nie mają po co jechać. Dania w 1992 roku, Grecja w 2004…

U nas po losowaniu też pojawiały się takie głosy, że z tą formą nie ma nawet czego szukać przeciwko Francji, Holandii czy Austrii.

- Na koniec każdy piłkarz podchodzi do tego inaczej. Może mu to pomóc się zmotywować, a może go przytłoczyć. My też żyjemy kliszami. "Pompowanie balonika" zaczęło się u nas od Jerzego Engela i deklaracji, że do Korei i Japonii jedziemy po medal. Piłkarze wyskakiwali nam wtedy z lodówek. I też nie mogli się wtedy dogadać w sprawie pieniędzy od sponsorów. To nakręcanie się i potęgowanie emocji nie jest złe samo w sobie, ale musi za tym stać wewnętrzna koncentracja na zadaniu. Jeżeli ona umyka i liczy się tylko to, co na zewnątrz, zaczyna się problem. Przecież na koniec wszystkim zależy na zainteresowaniu – federacji, sponsorom, mediom, także samym piłkarzom. Im więcej klików, odsłon, reklam, ludzi przed telewizorami, tym więcej wszyscy zarabiają. Ale z biegiem lat coraz trudniej takie wielkie zainteresowanie wygenerować. Mamy bowiem mnóstwo bodźców. Euro i mundiale kiedyś były wyczekiwane, wszystko inne szło wtedy na bok. Dzisiaj pewnie niektórzy wciąż podchodzą do tego jak do wielkiego święta, ale przybywa osób, którym ten turniej umyka w natłoku innych spraw, rozrywek, celebrytów czy politycznej nawalanki.

A w ogłaszaniu powołań przez Michała Probierza na konferencji poświęconej turniejowi golfowemu widzi pan celowe obniżanie oczekiwań? Spuszczanie resztek powietrza z balonika?

- Znamy się z trenerem od lat. To przemiły, bardzo inteligentny człowiek, prywatnie inny niż w okienku telewizora. Chyba rozumiem jego intencję, ale jest dzisiaj w futbolu minimalna granica profesjonalizmu, której nie należy przekraczać. I to nie jest uwaga do trenera Probierza, ale raczej do PZPN. Widzieliśmy, jak inne drużyny ogłaszały swoje kadry. Albo to były arcydzieła marketingu, co jest świetne dla marki i kontraktów sponsorskich, albo federacje miały przy okazji do powiedzenia coś społecznie ważnego. Z marketingowego punktu widzenia nie można ogłaszać kadry tak, jak zrobiła to Polska. Może stały za tym jakieś powody natury psychologicznej. Tego nie wiemy. Jeśli mielibyśmy pewność, że to "nieprofesjonalne" ogłoszenie kadry w jakiś sposób pomoże jej awansować z grupy, to na koniec każdy stwierdzi, że było warto. Ale gwarancji nie ma.

A kibicowsko to Euro będzie ciekawe? Ukraina z dodatkową misją, Gruzja z pozaboiskowymi problemami. No i Niemcy chcą zorganizować kolejny wspaniały turniej, który przysporzy im dumy podobnej jak w roku 2006.

- Oczywiście. To jest wielka impreza, która po rozproszonym poprzednim Euro znów zamknie się w granicach jednego kraju. W dodatku mówimy o Niemcach, którzy jako społeczeństwo są dzisiaj targani problemami z asymilacją migrantów i wszystkimi kwestiami, które się z tym wiążą, narastają problemy ekonomiczne. Obserwowanie tego podczas turnieju będzie arcyciekawe. A ile mamy ekip z Bałkanów! Niemal każda z animozjami względem innych. Na pewno będzie się dużo działo.

I na pewno znów nie uda się oddzielić sportu od polityki. 

- To się nie uda nigdy. Zawsze będziemy przenosić na piłkę elementy skonfliktowanych tożsamości – narodowych i etnicznych. Nie ma prostszego sposobu, by dokonać projekcji tego, z czym się utożsamiamy, na tych jedenastu gości na boisku.

***

Świetni autorzy, mocne teksty, ciekawe tematy - o piłce i wokół niej. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.

Magazyn.Sport.pl na Euro - cytat z wywiadu Dawida Szymczaka z dr. Sewerynem Dmowskim o cieniach i blaskach kibicowaniaMagazyn.Sport.pl na Euro - cytat z wywiadu Dawida Szymczaka z dr. Sewerynem Dmowskim o cieniach i blaskach kibicowania Marta Kondrusik

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.